wtorek, 29 grudnia 2015

Martynika: Sainte Marie


Widzieliśmy go na plaży w Sainte Marie, niedaleko tego półwyspu, co w listopadzie staje się wyspą i na który nie udało nam się dotrzeć. Wyprostowany w siodle, jego ramiona lśniły w słońcu jak pokryte niewidzialną zbroją. Kiedy galopował, kopyta ledwo muskały grzbiety fal i mieliśmy wrażenie, że stąpa po wodzie. Co chwilę zwalniał, przystawał, jakby się wahał, jakby nie chciał dotrzeć do celu zbyt szybko. Ocean tłumił odgłos końskich kroków, nie zostawiały śladów.

Może taki właśnie będzie Posłaniec z listem od Króla? Że to już teraz, że nadszedł czas, że pora ruszać w drogę? Wbrew całemu ludzkiemu rozsądkowi trzeba nam wierzyć, że będzie to najradośniejsza wiadomość. 

Naszemu Przyjacielowi, który już wie, jak wygląda Posłaniec i dokąd prowadzi Droga.

niedziela, 6 grudnia 2015

Pamiętniki z Martyniki. Dzień 14. Ostatni zachód słońca.


Mądrzy mówią, że nie powinniśmy odliczać, "wydzielać porcji życia", że każdy dzień jest nie tylko tym jedynym, ale jednym z wielu kolejnych. Tak, to kwestia punktu odniesienia i bardzo bym chciała nie myśleć o tym ostatnim wieczorze jak o pożegnaniu.  

Nie wiem, czy jeszcze kiedyś się spotkamy i nawet jeśli w przypływie szalonego przekonania, że wszystko jest możliwe przeglądam czasem oferty pracy na Martynice, dobrze wiem, że nie możemy być razem. Jesteś moją Martyniką właśnie dlatego, że do Ciebie tęsknię z daleka, że czekam na Ciebie jak na wielkie święto. Nie mogłabyś być codziennością.  

Jeszcze mam pod stopami Twój aksamitny piasek, jeszcze zlizuję z ust sól morskiej wody, jeszcze wypatruję w konarach przybrzeżnych drzew pierwszych świetlików, lecz kiedy słońce znika za Rocher du Diamant na Anse Mabouya wyraźnie czuję, że już zaczyna mi Ciebie brakować. Dokładnie wtedy. 

sobota, 5 grudnia 2015

Pamiętniki z Martyniki. Dzień 13. Kobiety.


Odette, hebanowa królowa domu starców, która podzieliła się ze mną Martyniką przyniesioną w sobie na szarą północ Francji, Martyniką, która była krwawiącą raną i równocześnie jedynym antidotum.

Młode dziewczyny ćwiczące w parku w Fort de France ognistą choreografię, boso, z uniesionymi nad głowę rękami, miękko kołyszące biodrami.

Catherine pachnąca dymem, w którym wędzą się kurczaki i żeberka, z uśmiechem jak stąd do rodzinnej Saint Lucie, którą nawet można czasem dostrzec na horyzoncie spod jej blaszanej budki z lokalnym jedzeniem na plaży w Le Diamant. 

Wysuszona staruszka o hinduskiej urodzie, z kolczykami jak złoty deszcz, siedzaca na plastikowym krzesełku przed chatą w Morne des Esses, wyplatająca kapelusz z trzciny nie otwierając oczu.

Ta kobieta, co płynęła z nami statkiem, o skórze lśniącej czarnym jedwabiem, w doskonale dopasowanej sukience i butach na obcasach, z wygładzonymi do tyłu włosami odsłaniającymi uszy delikatne jak płatki hibiscusa, nie mogliśmy oderwać od niej wzroku.

Cztery Murzynki grające w domino na składanym stoliku na plaży Anse Figuier, z powagą, ceremoniałem, w ciszy. 

I jeszcze ta, co w Grand Rivière niosła na głowie kosz pełen mango i bananów, nie widzieliśmy jej twarzy, szła przed nami, pod światło, odcinał się wyraźnie jej kontur, wąska talia, ostry kąt łokcia prawej ręki podtrzymującej kosz, lewa poruszająca się w rytmie kroków, łapiąca równowagę.

Kobiety o ciałach ze stali, potężnych udach i rozłożystych biodrach, pogodzone ze swoją cielesnością, silne i dostojne, o dumnym spojrzeniu nieugiętych. 

Piękne. 

piątek, 4 grudnia 2015

Pamiętniki z Martyniki. Dzień 12. Kwestie praktyczne.


Trudno w to uwierzyć, ale Matynika naprawdę należy do Unii Europejskiej i by tu się znaleźć wystarczył mi polski dowód osobisty. Pomimo sporych różnic kulturowych, nadal jesteśmy we Francji, miejscowi mówią w znanym nam języku, można płacić czekami, wszystko się znajdzie w supermarkecie. Egzotyka, ale bardzo oswojona, z mnóstwem pułapek na turystów. Uczymy się tych pułapek unikać, omijamy szerokim łukiem hotele z prywatnymi plażami, sklepy z pamiątkami i wszelkie oferty "all inclusive". Wypożyczamy na lotnisku samochód, by móc dostać się do tych wiosek, gdzie autobus nie dojeżdża, podjechać polną drogą do mało znanych plaż i mieć luksus skręcenia w tę właśnie ulicę tylko z tego powodu, że tak malowniczo się pnie w górę wśród pól bananów. Mieszkamy w dwupoziomowym domu na wzgórzu z olbrzymim tarasem i oszałamiającym widokiem na zatokę Fort de France, wynajmujemy go przez internet. Kosztuje o jedną trzecią taniej, niż dwuosobowy pokój w hotelu "Panoramic" po drugiej stronie ulicy. Robimy zakupy w małych sklepikach i przede wszystkim na targu, gdzie można znaleźć i pomme cannelle, i korzenie ignam, i wielkie avocado. W rybackich portach kupujemy świeże ryby, olbrzymie mieczniki cięte na plastry. Czasem idziemy do jakiejś restauracji, albo jemy acras sprzedawane przy plaży, najczęściej jednak gotuję sama, eksperymentujemy z lokalnymi warzywami, odkrywamy nowe owoce. 

Dużo rozmawiamy z ludźmi. Tak bardzo francuska bariera form grzecznościowych nie przyjęła sie na Karaibach, nieznajomi zwracają się do siebie per "doudou", "kochanie". Czas ma tu inną wartość i ten na rozmowę nigdy nie jest policzony. Murzynki na targu wytłumaczą, po czym rozpoznać dojrzała maracuję i jak zrobić zapiekankę z batatów, rybacy w porcie przepowiedzą pogodę, chłopak na stacji benzynowej opowie, gdzie można popływać kajakiem po lasach  namorzynowych. Snują historie rodzinne, o niemożliwym wyjściu z niewolnictwa i segregacji rasowej, próbują nas wciągnąć w dyskusję o polityce, czasem nawet częstują rumem. I za każdym razem ze wzruszeniem się dziwią, że nie tylko o plażę nam chodzi. 

czwartek, 3 grudnia 2015

Pamiętniki z Martyniki. Dzień 11. Rytm życia.


Nie sposób doświadczyć tu ciszy, Martynika cała jest muzyką.

Dobrze pamiętam pierwszą noc spędzoną dwa lata temu w Trois Ilets, wpatrywanie się w wirujące skrzydło wentylatora pod sufitem i przekonanie, że nigdy nie uda mi się zasnąć. Odgłosy tropikalnej nocy to nie kołysanka, to orkiestra symfoniczna grająca fortissimo: cykanie, szelesty, tupoty i świsty, a przede wszystkim głośne piski - zrozumieliśmy później, że trzeba za nie winić malutkie żółte żabki, które, jak się okazuje wieczorem, są wszędzie. Cały ten nocny koncert jest miarowy, ma wewnętrzną strukturę, czasem tylko wzbija się w powietrze jakieś solo, jak rytmiczny kontrapunkt wygrany na djembe. 

Ocean nigdy nie jest daleko, jego spokojny oddech słychać prawie na całej wyspie. Jest niczym wielki bęben bèlè, na którym siada się okrakiem, o głosie niskim i dostojnym, tropikalne basso continuo. Nocny rzęsisty deszcz dudni po blaszanych dachach, ciężkie krople tłuką się jak ziarna flamboyant w marakasach. Stukają na wietrze łodygi bambusów, szumią srebrne włosy cukrowej trzciny. 

Na czym innym mogliby grać miejscowi, jak nie na bębnach, ti-bwa, czy marakasach? Jak inaczej wyrazić rytm życia? Galopujące serce?

video


6.

środa, 2 grudnia 2015

Pamiętniki z Martyniki. Dzień 10. Pomme cannelle.


Wyciągnij dłoń, mam dla Ciebie pomme cannelle, "cynamonowe jabłko". Niewiele ma wspólnego z cynamonem, z jabłkiem jeszcze mniej, przedziwny owoc pokryty smoczą łuską. Czujesz jego ciepły cieżar, miękkie drżące serce? Zerwane dziś rano z drzewa rosnącego w ogrodzie tej Murzynki, co sprzedaje czerwone banany przy rondzie w Rivière Salée, brzemienne słońcem, gotowe oddać Ci wszystkie swoje słodkie tajemnice. Znajdziesz je tylko tu, na Karaibach, nie znosi transportu, nie dojrzewa oderwane od gałęzi zbyt wcześnie, więc zapamiętaj dobrze ten zapach, może już się nie powtórzy. Gdy przełamiesz go na pół pod zielonym pancerzem znajdziesz biały soczysty miąższ z mnóstwem podłużnych czarnych pestek. Zupełnie nie potrafię opisać, jak smakuje, jedyne, co przychodzi mi do głowy, to słodycz niespiesznego pocałunku, ale czy ta metafora może cokolwiek wyjaśnić? Zrozumiesz, jak spróbujesz.

Nieś go ostrożnie na otwartej dłoni, bo jeśli będziesz chciał mocno go uchwycić, owoc rozpadnie się na drobne kawałeczki, mleczny sok przecieknie przez palce i nic Ci nie zostanie. Miejscowi mówią, że pomme cannelle jest jak miłość - pozwoli się skosztować tylko temu, co nie będzie chciał trzymać go zbyt mocno, co nie zaciśnie na nim dłoni. 

wtorek, 1 grudnia 2015

Pamiętniki z Martyniki. Dzień 9. Grande Anse.


Słońce toczy się coraz niżej, promienie padają z ukosa na morskie dno, mienią się drobinki koralowego piasku wzburzone ruchem płetw, które już prawie przyrosły nam do stóp. Gdzieś tu muszą być, zawsze przecież pasą się sielsko na podwodnych łąkach między zacumowanymi żaglówkami. Kiedy nagle pod nami rysuje się wielki owalny cień, zamieramy w bezruchu. Wiadomo, że woda powiększa, jak lupa, ale gdy będziemy przy kolacji próbować jakoś ubrać w słowa to doświadczenie, ustalimy, że miał co najmniej półtora metra. Gdy tak obserwujemy olbrzyma niespiesznie skubiącego glony, gdy towarzyszymy mu, kiedy z gracją wypływa na powierzchnię, by zaczerpnąć powietrza, gdy uczestniczymy w tym hipnotycznym podwodnym balecie, także dla nas czas zaczyna płynąć w żółwim tempie. Wydaje się, że też moglibyśmy żyć kilkaset lat. 

Spotkanie z olbrzymim morskim żółwiem zielonym ma miejsce na półmetku naszych wakacji. Niepostrzeżenie przechyliły się szalki wagi i nie odliczamy już kolejnych dni naszego pobytu, tylko zliczamy te, które jeszcze nam pozostały. Czy w życiu też przychodzi taka chwila, że zaczyna się liczyć czas od końca?

poniedziałek, 30 listopada 2015

Pamiętniki z Martyniki. Dzień 8. Notre Dame du Mont des Oliviers.


Nie da się tu trafić przez przypadek. Gdybym rok temu w samolocie nie spotkała tego Benedyktyna, co wyruszył z misją podreperowania finansów martynikańskiej wspólnoty, w ogóle nie wiedzielibyśmy, że na wzgórzu nad Fort de France gnieździ się solesmeńskie opactwo. Kościół z kanciastego betonu, kilka budynków mieszkalnych, mnóstwo kwiatów, między drzewami da się dostrzec ocean, choć powietrze jest tu już wilgotne i zielone dżunglą. 

Nieszpory zaczynają się o 17:15, mnichów jest ośmiu, zaśpiewają po łacinie. Gregoriańskie chorały nawet na tym końcu świata brzmią tak bardzo znajomo, świetliste melodie tutaj też mają moc łączenia nieba z ziemią. 

Rorate caeli desuper et nubes pluant justum. 
Ne irascaris, Domine, ne ultra memineris iniquitatis.

W miarę jak zapada zmierzch, przez otwarte na oścież drzwi i okna kościoła tropikalna noc dołącza się do śpiewu smyczkami świerszczy, chórem świszczących żab i całą orkiestrą niezidentyfikowanych stworzeń, które tworzą charakterystyczny nocny gwar Martyniki. Kiedy zamilkną Benedyktyni, monodie dalej będą się śpiewać, aż do świtu.

Gdy wychodzimy z kościoła jest już zupełnie ciemno. Spada na nas ożywczy ciepły deszcz, pieszczota niebios.

niedziela, 29 listopada 2015

Pamiętniki z Martyniki. Dzień 7. Fort de France.


Stolica Martyniki jest miastem brzydkim, brudnym i przeraźliwie biednym. Prom z naszej l'Anse à l'Ane dopływa tam w 15 minut, nie wierzymy własnym oczom, katedra zniknęła - później okaże się, że właśnie rozebrano stalowo-drewnianą wieżę do remontu. W porcie stoją dwa turystyczne statki wielkie jak wieżowce, niemieccy emeryci szczelnie wypełnili dziś wąskie duszne uliczki oraz setki identycznych sklepików z plastikowymi butami i kwiecistymi obcisłymi sukienkmi "made in China". Ktoś wylewa brudną wodę prosto na ulicę, rdzewieją metalowe balkony, łuszczy się farba. Zapach curry i cynamonu miesza się z fetorem rybiego targu i gnijących owoców, powietrze drży klaksonami stojących w korkach samochodów. 

Pomimo tej całej brzydoty, brudu i biedy spacerując po Fort de France nie przestajemy się uśmiechać, miasto pulsuje pozytywną energią. Ludzi łączy niemalże namacalna więź, debatujące grupki mężczyzn w słomkowych kapeluszach stoją w każdej bramie, kobiety zagadują do siebie obierając warzywa na sąsiednich balkonach, nikt nie spuszcza głowy, z ciekawością patrzą nam w oczy.

Naprawdę wydają się szczęśliwi, powinniśmy się od nich uczyć. Wieczorami wyciągają z domów bębny i tańczą na ulicy. 

sobota, 28 listopada 2015

Pamiętniki z Martyniki. Dzień 6. -6 m.


Jeśli raj był miejscem absolutnej harmonii cielesnych doznań i jeśli jeszcze gdzieś istnieje jakaś jego namiastka, to jest nią karaibskie morze. Krystaliczna woda o temperaturze 30° C, ledwo odczuwalne fale kołyszą podwodne ogrody jak echo odległych kroków. Człowiek zanurza się w nim jak we wspomnieniu bezpowrotnie utraconego bezpieczeństwa. Nie bez powodu w języku francuskim morze (la mer) i matka (la mère) brzmią dokładnie tak samo.

Pierwsze prawdziwe nurkowanie, pół godziny na głębokości 6 m. Powrót przed początek.

piątek, 27 listopada 2015

Pamiętniki z Martyniki. Dzień 5. Morne des Esses.


Nad Atlantykiem jak zwykle chłodniej, droga z portu Sainte Marie do Morne des Esses pnie się prawie pionowo w górę - i nie jest to hiperbola. Wąska skalna półka, przepaście po jednej, a czasami nawet po obu stronach, żeby jeździć samochodem po Martynice trzeba mieć dobre hamulce i stalowe nerwy. Ze szczytu widok na kryte czerwoną dachówką domki trzymające się cudem stromych zboczy, strzelające w niebo fajerwerki palm, poletka bananów i trzciny cukrowej. 

Tegoroczne małżeńskie negocjacje o zamianie pola buraków cukrowych na pole trzciny uważam za otwarte.  

czwartek, 26 listopada 2015

Pamiętniki z Martyniki. Dzień 4. Podwodne cuda.


Mam nadzieję, że nie masz lęku wysokości, będziemy latać.

W Anses d'Arlet pod wodą jest skała, stojąc na plaży w centrum miasteczka można dostrzec jej wierzchołek wystający ponad powierzcznię, przysiadają na nim mewy. Wystarczy przepłynąć jakieś 50 metrów, by się przy niej znaleźć, woda jest tak przejrzysta, że ma się wrażenie szybowania w powietrzu. W połowie drogi spotykamy olbrzymią ławicę srebrnych rybek wielkości sardynek, rozstępują się przed nami, jak jaskółki w locie, jakiś niesłyszalny sygnał nakazuje im nagle zmienić kierunek, wszystkim tysiącom w tej samej sekundzie, żadna z nich nawet nas nie dotknie. Im bliżej skały, tym więcej kolorów i po chwili znajdujemy się w prawdziwym akwarium. Wokół nas ryby o przedziwnych nazwach: anioły, rycerze, papugi, trąbki, te malutkie i całkiem spore, płaskie, nadymające okragłe brzuchy, ze szpiczastym nosem, z postrzępionymi płetwami, przechadzające się pojedynczo i w całych stadkach, jaskrawo żółte, w pomarańczowo-białe paski, tęczowe, czerwone, w kolorowe kropki, fantazja natury nie przestaje zadziwiać. Skała okazuje się nagle podwodnym ogrodem, chylą się na wietrze ukwiały, ramiona korali jak konary drzew, gąbki jak starannie przystrzyżone krzewy, kwitną rozgwiazdy. Przelatujemy nad tym wszystkim w zachwycie, zawieszeni w przestrzeni. Mocno ściskam małą dłoń, wielki to zaszyt być przewodnikiem wśród cudów doświadczanych po raz pierwszy.

środa, 25 listopada 2015

Pamiętniki z Martyniki. Dzień 3. Saint Pierre.


Dlaczego przewodnik pokazał nam te zdjęcia? 

Restauracja nazywa się Fromager, jak to olbrzymie czterystuletnie drzewo, co rośnie tuż obok, z konarami wyrastającymi z pnia pod kątem prostym, z kolczastą korą. Miejscowi nazywają fromager "drzewem duchów", w St Pierre jest sporo duchów. Dokładniej: ponad 30 tysięcy, wybuch Montagne Pelée w 1902 roku miał siłę rażenia dziesięciu bomb atomowych i oszczędził tylko jednego mieszkańca (już kiedyś o nim pisałam). Przewodnik pokazał nam kamienną celę, w której zamknięto Cyparisa i która uratowała mu życie, ruiny teatru mieszczącego ośmiuset widzów odkopane spod pięciometrowej warstwy wyplutych przez wulkan kamieni, uliczki wyłożone brukiem z Bordeaux (coś w końcu trzeba też było przytransportować z - nie tylko do - Europy, inaczej okręty były zbyt lekkie, by stawić opór falom), fragmenty osmolonych kamiennych murów, na których wyrosło dzisiejsze miasto. Opowiedział ze szczegółami, jak umierali. A na koniec pokazał nam zdjęcia.

Potrawka z ośmiornicy w pomidorach i papryce pali jak tropikalne słońce w samo południe i nawet towarzyszące jej smażone słodkie banany nie są w stanie zmienić tego faktu. W dole St Pierre ufnie zwraca twarz w stronę morza, choć złowrogi cień wulkanu czai się tuż za plecami... i znów powracają przed oczami te zdjęcia. Ciągle nie potrafię zrozumieć dlaczego nam je pokazał. Czasem naprawdę lepiej nie wiedzieć, nie widzieć, stworzyć sobie obrazy nie przekraczające naszej własnej miary.

Chłopcy kończą lody, dopijamy kawę. Dość historii na dzisiaj, chodźmy na plażę. Na północy wyspy piasek jest czarny jak popiół.

wtorek, 24 listopada 2015

Pamiętniki z Martyniki. Dzień 2. Światło.


Blisko do równika, dzień kończy się i zaczyna zupełnie niespodziewanie. Nietrudno wstać przed świtem, gdy czeka na nas przenikające na wskroś światło zwielokrotnione w każdym liściu, jak w niekończącej się mozaice luster. Budzą się kolibry, zawisają kilka sekund nad nakrytym do śniadania stołem, machają skrzydełkami tak szybko, że nawet ich nie widać, przez moment skrzą się szmaragdowe brzuszki i już ich nie ma, zniknęły wśród kwitnącej bugenwilli. Pierwsi pasażerowie czekają na prom do Fort de France, choć wcale nie sprawiają wrażenia, jakby się im gdzieś spieszyło, czas ma tu inną wartość. Szósta rano, dzień drugi, tyle powodów, by być wdzięcznym.  

poniedziałek, 23 listopada 2015

Pamiętniki z Martyniki. Dzień 1. Odlot.


Niedzielne popołudnie, lotnisko w Orly jak baza wojskowa w pobliżu linii frontu, wszędzie dwuosobowe patrole uzbrojone w karabiny, kamizelki kuloodporne, maski gazowe. Podróżni spoglądają na siebie podejrzliwie sparaliżowani w niemej czujności. Lot do Fort de France jest opóźniony o cztery godziny, każda minuta trwa kwadrans, z dziećmi - dwa. 

Startujemy w stronę zachodzącego słońca, będziemy je gonić przez cały Atlantyk. Niewiarygodny spektakl, lecimy 10 000 km nad czerwono-złotą równiną chmur, zmierzch zapada przez dziesięć godzin. Zachwyt tak wielki, że już nie ma miejsca na strach.

Nocna Martynika widziana z góry jest jak odbijająca się w oceanie gwiezdna konstelacja, samolot siada leciutko, olbrzymi tropikalny nocny motyl. Powietrze jest gęste, pełne wilgotnej roślinności i dojrzałych owoców, przyjmuje nas życzliwym ciepłym dotykiem. 

Jutro wszystko wyda nam się dużo bardziej realne, ale w ten pierwszy wieczór na tarasie z widokiem na migoczące w oddali światła Fort de France śnimy naszą Martynikę.


czwartek, 19 listopada 2015

Laon: Tintinnabulum

Gram loquitur, Dia vera docet, Rhe verba colorat,
Mus canit, Ar numerat, Geo ponderat, Ast colit astra.*


Tintinnabulum, dzwoneczki. Posłuchaj, jak brzmi dźwięk światła rozpraszającego ciemności.

Średniowiecze wcale nie było mroczne, z całych sił pięło się do światła. Sztuk wyzwolonych, czyli umiejętności godnych wolnego człowieka, jest siedem, cała ludzka mądrość spoczywa na tych siedmiu kolumnach, Martiannus Capella w V w. był o tym święcie przekonany. Obowiązkiem wolnego człowieka jest poznanie Bożego Słowa, ale nie bezmyślnie i ślepo, lecz poprzez systematyczne kształcenie się w sztuce literackiej i naukach ścisłych. Najpierw należy więc opanować studia nad Słowem, czyli Trivium, trzy drogi dostępu do literatury: retorykę, gramatykę i dialektykę. Później przyjdzie czas na krzyżujące się ścieżki Quadrivium, nauki o Rzeczach, które można pojąć tylko dzięki czterem gałęziom matematyki: arytmetyce, geometrii, astronomii i muzyce. Nie dziw się, muzyka naprawdę jest matematyką, tą, która pozwala oswoić czas i trwanie.

Odrobina tego średniowiecznego światła dociera do nas przez kolorowe szkiełka rozety sztuk wyzwolonych z 1180 r. w północnym ramieniu transeptu katedry w Laon. Błądząc wśród martwych kamiennych domów górnego miasta trudno uwierzyć, że kiedyś Laon było stolicą państwa Karolingów, do której ściągały barwne kupieckie karawany i światłe umysły z całej Europy, że jeszcze zanim pięć wież Notre Dame wyrosło ze wzgórza, studiował tu sam Pierre Abelard. Królową wszelkich nauk jest filozofia i to ona zasiada na tronie mądrości z berłem w dłoni w centrum rozety. Jako atrybut potęgi wcale nie potrzebny jej miecz - dumnie dzierży święte księgi. Jej stopy spoczywają na ziemi, ale głowa sięga chmur, gdyż jako jedyna obcuje z Bogiem twarzą w twarz. Tłumaczy studentom, że niczym po drabinie trzeba wspinać się ku światłu po szczeblach kolejnych sztuk wyzwolonych, tylko w ten sposób można posiąść mądrość. Wokół niej zgomadziły się wszystkie zacne damy (zaczynając od góry i zgodnie z ruchem wskazówek zegara): Retoryka dźwigająca księgi z antycznymi mowami, Gramatyka nauczająca dzieci, żywo gestykulująca Dialektyka, Astronomia wparująca się w astrolabium, Arytmetyka trzymająca nomogramy, Medycyna, bliska krewna siedmiu sióstr, Geometria kreśląca cyrklem architektoniczne plany i w końcu Muzyka. Usiadła bokiem na kamiennej ławce, w prawej dłoni trzyma pałeczkę, którą uderza w coś przypominającego dzwoneczki, a lewą zdaje się kłaść dźwięki w powietrzu, plączą się przez chwilę w skrywającej włosy woalce i lekkim lotem wzbiją się w górę, jeszcze przez chwilę podąża za nimi wzrokiem, zanim rozprysną się pod sklepieniem jak mydlane bańki.

Jaki kształt miały te dźwięki? Jak brzmiała świetlista melodia wygrywana przez najwspanialszą ze sztuk wyzwolonych? Co to za instrument? Z naszymi wszechmocnymi smartfonami w dłoni mamy wrażenie, że wiemy wszystko i że nosimy w kieszeni sumę dokonań minionych pokoleń. To nie tak, zupełnie nie tak, każda rewolucja brutalnie rwie wątłe nici kulturowego dziedzictwa, obiecuje światło i porządek, a niesie jedynie chaos, by później na zgliszczach budować od zera jakiś zupełnie nowy świat. Zgubiliśmy dzwoneczki z Laon.

Może słychać jeszcze ich echo u estońskiego kompozytora Arvo Parta? Przez dwadzieścia lat miotał się między dodekafonią i serializmem, by w końcu pozwolić się unieść gregoriańskim chorałom na wyżyny mistycznych doświadczeń. W połowie lat '70 postanawił odnaleźć utraconą prostotę, powrócić do perfekcyjnych akordów, oczywistych triad, jak śpiew trzech dzwoneczków z Laon. Nazwałem moją muzykę tintinnabulacją, bo brzmi jak tintinnabulum, jak dzwoneczki - tłumaczył zdziwionym nawykłym do hałasu współczesnym. Melodia i akompaniament stają się jednym. Moja muzyka jest jak białe światło, które zawiera w sobie wszystkie kolory. Tylko pryzmat może rozdzielić kolory i sprawić, że będą widoczne. Tym pryzmatem jest dusza słuchacza. 

Tintinnabulum, średniowieczne dzwoneczki z Laon. Dźwięk światła rozpraszającego ciemności. Dźwięk nadziei.

* Gram (-atyka) mówi, Dia (-lektyka) naucza, Re (-toryka) barwi słowa, Muz (-yka) śpiewa, Ar (-ytmetyka) liczy, Geo (-metria) waży, Ast (-ronomia) zajmuje się ciałami niebieskimi.

Suzanne Martinet, La cathédrale de Laon, édition Art et Tourisme


sobota, 14 listopada 2015

Chemin des Dames


Wielka Wojna nigdy się we Francji nie skończyła, wszystkie kolejne pokolenia noszą ją w sobie jak jakąś genetyczną skazę, krąży we krwi czarną smołą strachu i wstydu. 11 listopada, jak co roku, kroki same kierują się w poszukiwaniu śladów i blizn gnane ludzką potrzebą rozumienia i poczucia sensu, uwznioślenia zwierzęcego wycia konających, które wciąż uparcie powraca leśnym echem.

Wąska wyżyna niczym długi na 26 km mur obronny łączy Laon i Soisson. Szczytem biegnie Chemin des Dames, malownicza "Droga Pań", Adelajdy i Wiktorii, córek Ludwika XV, które regularnie przejeżdżały tędy z Paryża do zamku La Bove, odwiedzić byłą guwernantkę (przy okazji także kochankę ojca...) Francoise de Chalus. Aby białe królewskie rumaki nie ubłociły sobie kopyt, drogę wybrukowano - dziś jest asfaltową szosą departamentalną 18CD.  

Wiosną 1917 r. pozycje na górze zajęli Niemcy, a Francuzi pod wodzą generała Niwelle próbowali wspiąć się na szczyt. Misja niemożliwa, skazana na porażkę, padali pod kulami jak sarny namierzone z myśliwskiej ambony. Zginęło ich tu ponad 200 tysięcy i żołnierskie piosenki mówiące o ziemi zroszonej krwią w tym przypadku nie mają nic z metafory, horror rannego ciała jest zawsze tak okrutnie rzeczywisty. Dziury po eksplozjach pocisków są jeszcze dziś doskonale widoczne pod skórą podszycia, las ciągle oddycha śmiercią. I to uporczywe pytanie o sens - podobno dorosłość jest akceptacją faktu, że po prostu czasami go nie ma. Ścieżka wspina się pod górę, gruba warstwa suchych liści kryje błotniste kałuże i wystające korzenie drzew, ślizgają się buty. Leżące w dole wioski udają, że już niczego nie pamiętają, a przecież nie wolno zapomnieć. Żadnego z 200 tysięcy.

Wszyscyśmy ocaleli z tej Wojny. Tej i kilku innych, także tych, które dopiero przeczuwamy. Ocaleliśmy nie po to, aby żyć, mamy mało czasu. Najważniejsze - i najtrudniejsze - powiedzieć o tym wszystkim naszym dzieciom.

Pamięci 13.11.2015.

wtorek, 3 listopada 2015

Arles: Vincent i Paul


Nie ma już Żółtego Domu, choć w zasadzie mógłby być wszędzie, każdej nocy Arles jest szafirowo-złote, jak na jego płótnach. Na parterze kuchnia i atelier, na piętrze dwie malutkie sypialnie z zielonymi okiennicami: jedna Vincenta, druga dla gościa. Zbyt mocno na niego czekał, zbyt wiele na nim ciążyło nadziei, żaden człowiek, choćby nawet postury Gauguin, nie był w stanie wypełnić tej otchłani samotności, nie mógł stać się tamą dla szaleństwa wzbierającego jak Rodan. Czekał na niego całe lato. Za pieniądze od Théo kupił łóżko dla przyjaciela, żeby jeszcze tylko starczyło na farby i na chleb, nic nie szkodzi, że będziemy żyć skromniej, niż mnisi, Sztuka nakarmi ciało i duszę, a Arles stanie się Pont-Aven południa. Świeżo pomalowane na żółto ściany, gościnny pokój niech będzie prawdziwie słoneczny, przytulny, jak kobiecy buduar, urządzony z miłością. 

Szyderczy śmiech Paula ranił uszy, jak ostrze brzytwy, nie lubię żółtego, wszystko u ciebie jest jak słoneczniki, ze spłowiałą od słońca czupryną sam jesteś już do słonecznika podobny. Przyjechał w końcu 23 października 1888 r., wysiadł z pociągu w drewnianych sabotach, zmęczony piętnastogodzinną podróżą z Bretanii z sześcioma przesiadkami, chory na jakieś tropikalne paskudztwo. Runął ciężko na zaścielone w żółtym pokoju nowe łóżko i od razu zasnął. Nawet nie podziękował. 

Wytrzymali ze sobą dziewięć tygodni. Tęsknota wygładza rysy, Paul na którego czekał, nagle tak bardzo cieleśnie okazał się być kimś innym. Trzeba przyznać, że wspierał i zachęcał, ale i tak zazwyczaj kończyło się na krytyce obrazów Vincenta, który wcale jej nie potrzebował, by czuć się ostatnim z ostatnich, zawsze i we wszystkim najgorszym. Błagalne starania o okruchy uznania, o dobre słowo, a w zamian tylko rosnące rozczarowanie. I znów samotność, ta najbardziej przerażająca, bo w obecności ukochanego człowieka. Słynna kłótnia ma miejsce na dzień przed Wigilią. Słowa Paula są tak bolesne, że już chyba lepiej by było nie mieć uszu. To lewe dostanie w prezencie filigranowa Rachel, która jako jedyna w całym Arles miała dla Vincenta odrobinę ludzkiego ciepła. Podobno to właśnie o nią się pokłócili, Paul sugerował, że jej usługi zbyt mocno nadwyrężają wspólny budżet, nawet kobiety nie potrafisz uwieść, jak chcesz, mogę cię nauczyć, powiedział. Błysnęła brzytwa, już nigdy więcej się nie zobaczyli.  

W maju na własną prośbę Vinicent został zamknięty w przytułku dla obłąkanych w pobliskim Saint Rémy de Provence, gdzie przez rok malował bez wytchnienia pejzaże pełne drzewek oliwnych przypominających wyciągnięte w agonii ku niebu palce starca. Decyzję o "samo-odejściu" podjął w Auvers sur Oise mając 37 lat. Dla Paula nie było innej drogi tylko droga do morza*, więc uciekał, byle dalej - a wiedzą emigranci, że od siebie uciec nie sposób - Tahiti, Markizy... Umierając na gangrenę wśród egzotycznych kwiatów malował bretańską wieś pokrytą śniegiem. I nawet na ten koniec świata zabrał ze sobą nasiona słoneczników, kwitły w tropikalnym ogrodzie tysiącami czarnych smutnych oczu.


*Zbigniew Herbert, Gauguin Koniec

V. Van Gogh, Lettres à son frère Théo
V. Forrester, Van Gogh ou l'enterrement dans les blés
E.H. Gombrich, Histoire de l'Art


5.

środa, 28 października 2015

Saintes Maries de la Mer: Bieg o kokardę


Wcale nie było tego w planach, wszystko przez ten wiatr. Wieje już naprawdę nie do zniesienia, łzawią oczy, wszyscy zdają się gorączkowo szukać schronienia, więc gdy otwierają się te olbrzymie drzwi podążamy za podnieconym tłumem i nagle zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy w arenach.

Bieg o kokardę, tak to właśnie dzisiaj młodzi chłopcy (les razeteurs) będą próbować poskromić byki z ośmiu prestiżowych manad*. Kokarda jest przywiązana do byczych rogów cienutkim sznureczkiem i cała zabawa polega na tym, by ją odczepić używając specjalnego metalowego grzebienia (le razet). Kokardy są warte po kilkadziesiąt euro, fundują je miejscowe café płynące rosé, lokalna prasa, restauracje, osoby prywatne. Byki noszące kokardy (les cocardiers) są gwiazdami na równi z razeteurs, a ich kariera może trwać nawet 10 lat. Wokół areny wznosi się drewniana czerwona bariera tworząca okrągły korytarz (callejon), do którego wskakują razteurs by uciec przed szarżującym bykiem.


Areny doskonale chronią przed wiatrem, gna nad naszymi głowami sztormowe fale chmur, jakbyśmy byli zamknięci w zatopionej na dnie huczącego oceanu okrągłej szkatułce. Ostatnie zraszanie perfekcyjnie wygrabionego piasku odbywa się w rytmie trzeszczącej z głośników „Carmen” i w końcu dziesięciu młodzieńców w bieli wkracza na scenę, pozdrawiają publiczność, nerwowo przestępują z nogi na nogę napinając uda gotowe do skoku. Na dźwięk fanfar otwierają się czerwone drzwi i na arenę drobnym kroczkiem wbiega pierwszy byk. Staje oślepiony, grzebie kopytem w piasku, sapie ciężko. Nie wie, że ma sporo szczęścia, że nie będzie rozlewu krwi jak w tradycyjnej korridzie, ale i tak wygląda na bardzo zdziwionego obrotem sprawy. „Est-ce que ce monde est sérieux?” ** – brzmi w głowie szlagier Françisa Cabrela. Razeteurs zacieśniają krąg wokół czarnego cielska, podrygują groteskowo, wspinają się na barierki, wskakują na trybuny. Jeden z nich zdobywa się na atak, szybki gest w stronę rogów i już trzyma w dłoni kokardę, 20 euro. Jeśli spodziewaliście się gracji i tanecznego spektaklu, nic z tego, bieg o kokardę jest jak boks, ciosy i podskoki. Potem do akcji wkracza drugi byk, nieco bardziej agresywny, raz po raz wbija rogi w deski barier, po biegu trzeba kilka z nich wymienić na nowe. Trzeci byk psuje zabawę, ciągle wskakuje do callejon, chłopcy nie mają gdzie się skryć, wspinają się na ściany, odwracają się role i robi się naprawdę niebezpiecznie. Lepiej rozumiemy dlaczego w niektórych arenach urządzono nie tylko punkty medyczne, ale i bloki operacyjne.  

Po godzinie mamy już zdecydowanie dość tauromachii - na dziś, a może nawet i na zawsze. Przepychając się wśród gwizdających na palcach mężczyzn pachnących anyżkiem Pastisu wychodzimy z aren na betonowe nabrzeże. Pocałunki dla zwycięzców będą miały dziś smak soli. Wiatr od morza jest jak ściana ze szkła, która zaraz runie na miasto. 


*Manada – camargijska hodowla czarnych byków przeznaczonych do toromachii w Prowansji i Langwedocji; byki te są mniejsze od swoich hiszpańskich kuzynów, ale za to bardziej nerwowe, szybsze i zwinniejsze. 
** „Czy ten świat jest poważny?”, fragment piosenki „La corrida” opisującej korridę z perspektywy byka.

sobota, 24 października 2015

Arles: Alyscamps


Krajobraz jak po Sądzie Ostatecznym z tympanonu gotyckiej katedry. Puste kamienne sarkofagi ustawione w nieskończoność wzdłuż drogi ku światłu, ziścił się cud zmartwychwstania ciała. Już po ostatecznym podziale na zgrzytających zębami i śpiewających psalmy. Padają na kolana drżące cienie jesionów.

W czasach, gdy śmierć była jeszcze mocno zrośnięta z życiem, nekropolie nie chowały się z zakłopotaniem za wysokimi murami. Rzymianie grzebali zmarłych wzdłuż najważniejszych traktów i niemy korowód przodków towarzyszył każdemu, kto docierał do Arles drogą Aureliusza. Rozrastały się mityczne Alyscamps, Elizejskie Pola pierwszych chrześcijan, którym obca była myśl, że będziemy zbawiani pojedynczo. Ciemne wody Rodanu niosły czułna z ciałami zmarłych, każdy z ciężarem obola na języku, by zapłacić grabarzom za pochówek tuż obok świętego Trofima czy Genesa, niewygórowana cena za nadzieję, że w sądny dzień będzie można się skryć przed bożym gniewem w świętości innych. 

Dziś nie ma tu już nikogo. Święci spoczęli w katedrze, rozkradziono rzeźbione sarkofagi, by udekorować nimi pałace i ogrody, albo poić z nich bydło. Zgasł wieczny ogień w wieży-latarni romańskiego kościoła, nie ma kto wskazać drogi zbłąkanym duszom. Co się z wami stało, siostry i bracia z Alyscamps? 

Kiedy ostatnie ziarenko piasku spadnie z hukiem na dno klepsydry, będziecie na nas czekać. Staniemy ramię w ramię u wrót doliny.


piątek, 16 października 2015

Arles: Święty Trofim


Długo patrzyliśmy sobie w oczy. Twarz wydawała się znajoma, pełne spokoju błękitne spojrzenie. Czekał tam, gdzie ponad pięćdziesiąt lat temu rozstał się z nim Poeta, w rogu krużganków katedry w Arles, na lewo od wejścia. Nie przemawiał do kanoników, nie objaśniał romańskich kapiteli i choć minęło już południe, nie spieszył się do refektarza. Miał mi coś ważnego do powiedzenia.

Tak naprawdę, to nic o nim nie wiem na pewno. Podobno był pierwszym biskupem Arles. Podobno nigdy nie był biskupem. Podobno był przyjacielem Świętego Pawła i przybył do Prowansji w 46 r. Podobno był jednym z siedmiu misjonarzy, którzy w III w. wyruszyli z Rzymu chrystianizować Galię. Podobno do Galii wysłał go Święty Piotr kilka lat po Zmartwychwstaniu. Podobno podczas prześladowania chrześcijan przez Decjusza wyparł się Kościoła. Podobno później do niego powrócił prowadząc tłum tych, których nawrócił. Prawdopodobnie nigdy nie istniał i jest jakąś hagiograficzną sumą wielu mniej lub bardziej świętych Trofimów... ale jakie to ma dziś znaczenie? 

Kiedy tak stoimy twarzą w twarz, najważniejszy jest ucieleśniający się właśnie gest rąk rzeźbiących z czułością arabeskę ucha, rozświetlająca kamienne spojrzenie wiara, która jest pewnością. I to, że pomimo dzielących nas stuleci, ciągle możemy sobie patrzeć w oczy. 



sobota, 10 października 2015

Kasztany



Mgła zawsze przychodzi nie wiadomo skąd. Droga jest prosta, perspektywa przewidywalna aż po horyzont, gdy nagle pojawia się tak zupełnie znikąd. Prawdziwa, jesienna, perląca się we włosach, przenikająca na wskroś. Jako pierwsze znikają doliny, przez chwilę korony drzew jeszcze skrzą się zachodzącym słońcem, wieże kościołów dają się ponieść falom jak okręty ze zwiniętymi żaglami. Potem zostają już tylko pożółkłe źdźbła traw, kilka kamieni i nasze własne kroki.   

Trzeba wtedy mocno uchwycić się kasztanów w kieszeniach płaszcza, ich chłodnej, gładkiej pewności siebie. Może uda się nie zbłądzić. 

sobota, 3 października 2015

Arles: Nocny spacer


Drżą świerszcze, butelka rosé już pusta, chodź ze mną na spacer po Arles. Nie bierz mapy, spróbujemy sami rozplątać uliczki. Z resztą dobrze wiesz, że nie da się tu zgubić, zawsze w końcu znajdzie nas srebrna fasada świętego Trofima.


Nie staraj się pojąć gdzie wschód, gdzie zachód, niech połknie nas miasto, jak ryba Jonasza, niech niesie na nieznany brzeg. Rodan jest rzeką ze stali, potężną i ślepą, nocą balustrada mostu wydaje się niebezpiecznie niska. Popatrz, latarnie nabrzeża jak komety z warkoczem zanurzonym w wodzie.


W amfiteatrze cisza, żadnych gladiatorów, byki wzbijają chmury kurzu jedynie na czerwonych plakatach zapowiadających bieg o kokardę. Dziś arena należy do kotów, krokiem ekwilibrysty paradują między arkadami.


Nocne Arles jak na płótnach Van Gogha, wirujące, niebiesko-złote. I kiedy nagle zza rogu wyłoni się ta postać w kapeluszu, przez moment będzie się nam wydawać, że zaraz podejdzie do rozstawionych gdzieś w pobliżu sztalug i zacznie malować tańczące gwiazdy.

Schowaj aparat, trwalsze od zdjęć są te chwile. Zmruż oczy. 


Jeśli kiedyś przygarnie Cię Arles, chodź ze mną na samotny spacer. Rendez-vous 59, rue du Refuge, o 22:00. 


4.

czwartek, 1 października 2015

Bourges: Próby i błędy


Obcując z francuskim gotykiem łatwo można ulec iluzji, że jest on racjonalną, matematyczną konstrukcją, że wszystko było zaplanowane, przewidziane, wyliczone. Owszem, zaczynało się zawsze od ambitengo planu, ale potem, jak to w życiu, różnie bywało. W Beauvais nigdy nie udało się wybudować nawy, w Amiens ratowano kolumny żelazną wstążką, zachodni portal w Chartres trzeba było ustabilizować metalowymi ramami.

Pierwsze ziarenko gotyku, które wiatr historii zaniósł na południe od Loary, wykiełkowało w cieniu murów obronnych Bourges. Grunt, mogło by się wydawać, nieprzychylny: miasto niewielkie, 15 tysięcy mieszkańców nie zdoła udźwignąć finansowego ciężaru budowy, nie ma słynnych relikwi, nie rozwinął się tu kult żadnego świętego, na horyzoncie nie widać pielgrzymów z brzęczącymi sakiewkami. Biskup Henri de Sully ma jednak wielkie ambicje - w końcu już dwóch z jego kanoników zostało papieżami* - i jest zafascynowany opowieściami swojego brata Eudes, kantora w powstającej właśnie paryskiej Notre-Dame. Katedra w Bourges też będzie miała pięć naw i sześciodzielne sklepienie, ale prześcignie tą znad Sekwany śmiałością kolumn, ogromem usidlonej przestrzeni, perfekcją perspektywy nie przeciętej transeptem.

Nie wiadomo, kto wykreślił na pergaminie te flirtujące z szaleństwem plany. Architekt nie miał w sobie wystarczająco dużo pychy, by jak Robert z Luzarches w katedrze w Amiens, podpisać na posadzce swoje dzieło. A może to przeczucie, że projekt okaże się jednak zbyt śmiały i że coś się nie powiedzie sprawiło, że Mistrz Katedry w Bourges wolał pozostać anonimowy? Z pewnością łatwiej by było wybudować katedrę na nagiej ziemi, jednak średniowiecze nie lubiło takich dróg na skróty i plan nowej katedry był modernizacją wbudowanej w mury obronne miasta romańskiej bazyliki. Kiedy w 1199 r. zmarł Henri de Sully, roboty trwały już od pięciu lat, a zdołano jedynie zbudować pierwszy poziom prezbiterium, brakowało funduszy. Nowy biskup Guillaume de Donjon, jak na Cystersa przystało, okazał się przedsiębiorczy, wyprosił u Eudes de Sully kawałek szczęki świętego Szczepana i kilka innych kosteczek w Chartres, bowiem nie spodziewał się zupełnie, że już za kilka lat rzesze pielgrzymów nadciągną do Bourges do jego własnych relikwii. Styczeń był mroźny, nowe prezbiterium z olśniewającymi witrażami połączone niedbale z romańską nawą, wszędzie lodowate przeciągi, przeziębił się biskup prawiąc kazania i zmarł, kanonizacja poszła sprawnie, datki zaczęły spływać do skarbca kanoników. Tempo stukotu młotów na placu budowy z largo przyspieszyło do... adagio.

Po sześdziesięciu latach od rozpoczęcia prac brakowało już w zasadzie tylko wież. I wtedy właśnie okazało się, że fundamenty są jednak zbyt płytkie, im bardziej wieże pięły się wzwyż, tym mocniej chyliła się zachodnia fasada, a na sklepieniach rysowała się pajęczyna pęknięć. Panika sparaliżowała budowę na następnych pięćdziesiąt lat. Wieże nie wzniosły się wyżej**, nie zaryzykowano dodatkowego obciążenia ich dzwonami, trzeba było obniżyć zachodnią fasadę i pogodzić się z faktem, że nie będzie miejsca na prawdziwą rozetę. Jak na lasce, cierpiąca konstrukcja wsparła się na gigantycznej przyporze, którą podtrzymano fasadę od południowej strony. Nic więcej nie dało się dla niej zrobić. Udało się wytłumaczyć aniołom z tympanonu, że już nic im nie grozi i przekonać je, by jednak nie odlatywały. W końcu można było poświęcić katedrę.

Czyż nie brzmi znajomo ta historia? Ryzykowne plany, niezgoda na to, co niemożliwe i nadzieja, że może jednak mi się uda, próby, pomyłki, błądzenie po omacku, prawdziwe tragedie, gorączkowe szukanie wyjścia z opresji i brakującego grosza, czasem zniechęcenie i rezygnacja. I najważniejsze: przekonanie, że to wszystko ma jednak jakiś sens. Katedry są znacznie bardziej ludzkie, niż nam się wydaje. 

*Lucjusz III i Urban III
** Północna wieża runęła w końcu w XVI w. Ta renesansowa, którą na jej miejsce odbudowano, ma mocniejszą konstrukcję i jest nieco wyższa od poprzedniej (65m), ale to nie koniec katastrof: później jeszcze hugenoci potłukli rzeźby w portalach, w XVII w. kanonicy w dobrej wierze zdemontowali sześć XII-wiecznych witraży, by rozjaśnić nawę główną, a XIX-wieczni nadgorliwi restauratorzy zabytków ubrali przypory w pinakle i galeryjki.   

Gigantyczny łuk przyporowy podtrzymujący zachodnią fasadę.

Inspiracja: Jean-Yves Ribault, La cathédrale de Bourges, Editions Ouest-France, 2009.

wtorek, 29 września 2015

Arles


"Miasto, które nie jest z kamienia, ale z ciała", tak pisał o Tobie Poeta.
Przygwożdżone do brzegu Rodanu ciężarem historii.
Z zaśniedziałą koroną rzymskiego amfiteatru  na strapionej głowie.
Strzegące z rezygnacją wszystkich potłuczonych rzeźb i obalonych kolumn, wzruszających dowodów minionej urody.
Sennnie przymykające okiennice, zmęczone namiętnością.
Kłębku ulic tulących się do siebie w strachu przed wiatrem.
Łagodności spłowiałych pasteli.
Labiryncie szaleństwa rudego malarza z Północy.
Przezroczystości nieba rozciągniętego między gałęziami platanów.
Deszczu spadający z suszącego się w oknach prania.
Błagalne skamlenie kotów u zamkniętych drzwi.
Gwieździste przepaście podwórek.
Przyprószona złotym kurzem iluminowana księgo.

Do Ciebie ta litania dziękczynna, miasto łaskawe.
Twoje imię jak gruchanie gołębia.
Jak pocałunek.

Arles.


niedziela, 27 września 2015

Bourges: Graffiti


Żeby spojrzeć na szumiący wiatrem las przypór katedry w Bourges ze szczytu północnej wieży trzeba się wspiąć na 396 stopni. Światło wpadające przez malutkie okienka lśni na wypolerowanych tysiącem stóp schodach i wydobywa z mroku kolejne historie, te bardziej intymne. Wszędzie znaki, bo przecież graffiti jest stare, jak ludzka potrzeba posiadania i znaczenia terytorium. 

Historia mocnych dłoni trzymających młot, dni spędzonych pod ziemią i strużek potu na skroniach spisana jest znakami ciosających kamienie na budowę katedry - najczęściej są to pojedyncze litery czy symbole pozwalające na obliczenie uczciwej zapłaty za pracę. Nawet przez myśl im nie przeszło, że mogliby się upominać o nieśmiertelność własnego imienia. 

Później zaczynają pojawiać się daty i nazwiska. Wydrapane nożem w kamieniu pragną desperacko wpisać się w trwanie katedry, tu byłem, zostawiłem mój tatuaż na jej kamiennej skórze. Belenfant, "piękne dziecko", 19 stycznia 1807, XIX-wieczne pismo o szeryfowym kroju, nikt już dzisiaj nie używa takiej kaligrafii. 


Kim był sierżant Richey z Ohio, który wdrapał się na wieżę trzy tygodnie przed zakończeniem Wielkiej Wojny? Jaka jest jego historia wykuta bagnetem? Linia frontu nigdy zbytnio nie zbliżyła się do Bourges, ale stacjonowało tu sześć tysięcy amerykańskich żołnierzy "Central Record Office", którzy zajmowali się wojenną dokumentacją. Czy udało się Richey powrócić do rodzinnej krainy Wielkich Jezior? Czy oszczędziła go podążająca za Wojną plaga hiszpanki? Za co powinniśmy mu dziękować? 


Nowsze napisy stopniowo zacierają historie sprzed wieków, coraz więcej inskrypcji bazgranych markerem, chylą się na wszystkie strony niezgrabne litery pokolenia klawiatury. Kolejne wycieczki szkolne, dozgonne miłości, fascnacje okultyzmem, frustracje.

A katedra? Znosi to wszystko cierpliwie, nie osądza, nie złości się za wandalizm. Dobrze wie, że nikt nie zdoła jej sobie przywłaszczyć, że należy do wszystkich. Jak blask słońca, lot sokoła pod bezchmurnym niebem, gracja gestu tancerki. Jak nadzieja na zapisaną w pięknie nieśmiertelność. 


czwartek, 24 września 2015

Prowansja


Historii miłosnej z tego nie będzie, to po prostu kwestia zawiedzionego zaufania. 

Obiecałaś żółcie bardziej oślepiające, niż słońce i niebieski prawdziwszy, niż niebo. Obiecałaś kamienne uliczki pnące się do światła, złote powietrze pachnące lawendą i tymiankiem. Obiecałaś wrześniowe okruchy lata, oliwki popijane rosé na tarasie gwarnych restauracji. Tak bardzo chciałam Cię zobaczyć oczami Herberta, Van Gogha, Matisse'a... ale dla mnie nie chciało Ci się być piękną. Zapowiadało się romantycznie, zapaliłaś na mój przyjazd czarne świece cyprysów wzdłuż drogi, lecz później dałaś mi już tylko mdłe, białe niebo, beznadziejnie niefotogeniczne. 

Najbardziej nie mogę Ci wybaczyć tego wiatru, z którym walczyłam jak z pułkiem husarii i który nieustannie próbował mnie wypchnąć na północ, tam, skąd przyjechałam, jakbym była jakimś wrogim najeźdźcą. Naprawdę nie miało to nic wspólnego z gościnnością, bez kurtuazji chciałaś mnie wyrzucić za próg. Biczowanie piaskiem, ciągnięcie za włosy, żadnej czułości. 

Już się nie tłumacz, że Camargue to nie u Ciebie, na przewodniku czarno na białym wypisane Twoje imię. Może wybrałam zły moment na odwiedziny, może trafiłam w sam środek jakiejś rodzinnej kłótni? To by wyjaśniało te deszczowe dni żalu i szarego smutku, które nastały, gdy ucichła już furia wiatru... Jak Cię pocieszyć? Uśmiechnij się do mnie choć raz, chociaż do zdjęcia...

Dlaczego nam się nie udało, Prowansjo, dlaczego? Smukłe szyje flamingów jak znaki zapytania.  

wtorek, 22 września 2015

Bourges: Witraże



Na początku było Słowo, miecz obosieczny.
Koniec z romańskim bestiarium, hybrydami, walką dobra ze złem. Nowa katedra ma opowiadać historie, cała stać się nieśmiertelną wiadomością dla pokoleń, ma głosić Słowo wcielone każdym kamieniem, proporcjami budowli, położeniem w przestrzeni. 

A potem stało się światło.
Mistrzowie witrażu usidlili je w kolorowych szkiełkach, zamknęli w obrysach twarzy, dłoni, draperii. Jest rok 1209, nawa katedry ciągle jeszcze jest romańska, ale już ukończono gotyckie prezbiterium. Dziesięć witraży prowadzi wiernych za rękę od Proroków do Apokalipsy. 

Czas pojawił się jako ostatni.
Astronomiczny zegar z XV w. wciąż wydzwania kwadranse w nawie bocznej, przypomina z uporem, że pora ruszyć w dalszą drogę. A tu trzeba jeszcze tylu godzin, dni, może życia całego by nadziwić się gracji choćby jednego pióra z anielskiego skrzydła. Za dużo piękna dla ściśniętego serca, zbyt wielki ten niezasłużony dar. Rubiny i szafiry toczą się po policzkach. 



niedziela, 20 września 2015

Bourges: Katedra Świętego Szczepana


Bourges w deszczu kilka minut przed północą, stukot kółek walizek niesie się echem po mokrym bruku. Trudno odgadnąć miasto za zamkniętymi okiennicami hotelowego pokoju. Dopiero rano gdy głos dzwonów spływa kaskadami po dachach okazuje się, że katedra jest na wyciągnięcie ręki, kilka ulic dalej, kryje w cieniu przed wschodzącym słońcem rozgrywający się od ośmiuset lat na zachodniej fasadzie Sąd Ostateczny. Pierwszy raz czytałam o niej już pewno z piętnaście lat temu: pięć naw bez transeptu, dwupoziomowe prezbiterium, las pinakli, witraże z początku XIII wieku. Piętnaście lat - sporo czasu, by rozrosnąć się w wyobraźni i z każdym obejrzanym zdjęciem coraz większe ryzyko, że rzeczywistość nie dorówna katedrze utkanej z myśli.


Wieje niemiłosiernie, pochowali się turyści. Katedra kurczowo trzyma się maleńkiego placyku, jak jakaś fantastyczna ważka na długich nogach przypór. Drzwi od południowej strony są szeroko otwarte, wiem, że jest tam romański portal zachowany ze stojącej tu wcześniej budowli, ale przecież pierwsze spotkanie musi się odbyć zgodnie z ceremoniałem, twarzą w twarz.

Do zachodniej fasady prowadzi kilka schodów, trzeba jeszcze tylko pchnąć olbrzymie drzwi, lecz gest zastyga w pół drogi, waha się dłoń nim czule dotknie rzeźbionego drewna. To właśnie w tej chwili radość przechyla się na stronę melancholii. Już nigdy nie będzie można spotkać tej katedry po raz pierwszy.

piątek, 4 września 2015

(...)

Wisława Szymborska 

Jacyś ludzie


Jacyś ludzie w ucieczce przed jakimiś ludźmi.
W jakimś kraju pod słońcem
i niektórymi chmurami.

Zostawiają za sobą jakieś swoje wszystko,
obsiane pola, jakieś kury, psy,
lusterka, w których właśnie przegląda się ogień.

Mają na plecach dzbanki i tobołki,
im bardziej puste, tym z dnia na dzień cięższe.

Odbywa się po cichu czyjeś ustawanie,
a w zgiełku czyjeś komuś chleba wydzieranie
i czyjeś martwym dzieckiem potrząsanie.

Przed nimi jakaś wciąż nie tędy droga,
nie ten, co trzeba most
nad rzeką dziwnie różową.
Dokoła jakieś strzały, raz bliżej, raz dalej,
w górze samolot trochę kołujący.

Przydałaby się jakaś niewidzialność,
jakaś bura kamienność,
a jeszcze lepiej niebyłość
na pewien krótki czas albo i długi.

Coś jeszcze się wydarzy, tylko gdzie i co.
Ktoś wyjdzie im naprzeciw, tylko kiedy, kto,
w ilu postaciach i w jakich zamiarach.
Jeśli będzie miał wybór,
może nie zechce być wrogiem
i pozostawi ich przy jakimś życiu.


czwartek, 3 września 2015

Saint Quentin: Ave Verum


Przez dwa lata Saint Quentin było miastem-widmem. Wielka Wojna zdusiła go w stalowych szponach i w marcu 1917 r. wycisnęła zeń ostatniego mieszkańca. Gdy w końcu ucichł tępy jazgot pocisków i zimowe noce kładły się na ruinach miasta głuchym aksamitem czerni, wracali pod górę do zburzonych domów, splądrowanych fabryk, wysadzonych mostów. Jak latarnia morska ze szczytu wskazywała im drogę gotycka bazylika świętego Kwintyna: z przewróconą iglicą, dziurą w dachu, z wybitymi oknami. Ciągle biło w niej serce miasta.

Najbardziej ucierpiały drewniane stalle w prezbiterium, prawdę mówiąc nie było już co ratować. Tak więc odbijali od wapiennych murów deska po desce i nagle ukazał się im ten list z innego świata, tak bardzo potrzebne przesłanie od XV-wiecznych kanoników.

Ave verum corpus, bądź pozdrowione Prawdziwe Ciało, (...) bądź nam przedsmakiem w śmierci próbie. Dziesięcioletni Josquin des Prés wraz z Jeanem Mouton i innymi chórzystami odszyfrowuje w Saint Quentin kwadratowe nuty, kamienne bloki budujące bazylikę z dźwięków. Jeszcze przyjdzie czas na nuty okrągłe, jak krople wody w kaskadach emocji romantyków, na strojne koronki klasycyzmu, ciernie XX wieku. Na razie Josquin des Prés uczy się jak być architektem boskiego światła.

Ci, którzy przetrwali próbę śmierci, odbudują bazylikę. Będzie miała całkiem nową iglicę z lat '80, naprawioną więźbę dachu, oba transepty zostaną zręcznie połatane. I kiedy przemierzysz już cały labirynt, zdziwisz się, że kolumy aż tak bardzo odchylają się od pionu i pozwolisz zawirować rozecie z północnego ramienia transeptu, wejdź na chwilę do prezbiterium. Zapisana na pięciolinii czarną farbą wiadomość, że istnieją budowle trwalsze, niż te z kamienia, jest również dla ciebie.  


PS. Może brzmiało to tak? Z podziękowaniami dla Chłopca na Rowerze.

3.

wtorek, 1 września 2015

Beaurain: Kościół - forteca


Malutki Thierache należy do tych regionów, które są zaznaczone na geopolitycznej mapie ręką sadystycznego bóstwa nieznającego litości dla życia toczącego się w rytmie żniw, wypasów bydła i dojrzewania serów. Tuż na wschód od Ardenów, na drodze do Reims i Paryża, przecięty przez dwie senne rzeki – Sambre i Oise, od zarania historii Thierache znosił również nieustanny przepływ prądów ludzich, potopy wrogich armii, powodzie krwi. Kolejne plagi nosiły imiona rzymskich wodzów, rogatych Wikingów, Anglików w czasie Wojny Stuletniej, przeróżnych książąt nawróconych na coraz to nowsze religie. W XVII w. apokalipsa w Thierache miała ogorzałą słońcem twarz hiszpańskiego jeźdźca niosącego pochodnie obracające w popiół drewniane chaty i spichlerze pełne pszenicy. Murowane kościoły były jedynymi budynkami będącymi w stanie oprzeć się ogniu, więc stopniowo zaczęto przemienieniać je w fortece. Nie po raz ostatni religia i wojna splotły się ze sobą w trudny do rozsupłania węzeł. Do części przeznaczonej na modlitwę dobudowywano wieże godne obronnych warowni, nierzadko wielopiętrowe, mogące pomieścić mieszkańców całej wsi. Ta w Beaurain jest nawet wyposażona w kominki, na wypadek, gdyby świat skończył się w zimie. Nie zapominano o prześwitach dla strzelców, galeryjkach dla strażników, ukrytych przejściach i wieżach obserwacyjnych. W XVI i XVII wieku w Thierache powstało ponad 70 kościołów – twierdz, pancernych schronów z wypalanych bezpośrednio na placu budowy cegieł. Nikt nie mówił o stresie pourazowym, nie było kolorowych pigułek nasennych ani uspokajających. XVII-wieczny rolnik z Thierache radził sobie z lękiem, jak potrafił: szukając przez modlitwę oparcia w niewidzialnym i wznosząc widoczne z daleka fortece. Gładząc dłonią nagrzane sierpniowym słońcem czerwone ściany kościoła w Beaurain można dotknąć tego pulsującego zwierzęcego strachu wcielonego w każdą cegłę, mierzonego grubością murów. 

Zaiste nieocenionym dobrem jest sen, który nie nasłuchuje sygnału nocnej straży, przerywany nie zbrojnymi, lecz jedynie śmiesznie małymi konfliktami wewnętrznej natury. Historia okazała się dla nas łaskawa, nie postrzegamy architektury w kategoriach schronów, nie obmyślamy w popłochu najkrótszych dróg, nasza śmierć nikomu do niczego nie jest potrzebna.