Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ludzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ludzie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 listopada 2021

Najwyższa



Daleka jest droga, zachłanny ocean

Lecz dopiero gdy staniesz na wyspie najwyższej 

Rozpoznasz sny 

Odnajdziesz siebie, sam na sam, twarzą w twarz  

Odzieje cię niebo, otuli wiatr

Zabłysną słońcem twoje dłonie 

Wyciągnięte ku temu, którym się staniesz

Synku


























































































































































niedziela, 14 stycznia 2018

Ouessant: Proëlla




Jeszcze gładzi dłonią szorstkie pukle na grzbiecie owiec, jeszcze ciągnie je za sobą przywiązane do zardzewiałego łańcucha, jeszcze wbija palik w świeżą trawę. Ona jeszcze nie wie. 

Dziś rano do portu przypłynął statek, a wraz z nim wiadomość. Trzeba znaleźć nestora rodu, mężczyznę, który ją udźwignie. Nie jest łatwo być najstarszym, grand-père Yves Amadru przyciska do piersi czarny kapelusz, ból losu jeszcze bardziej przygina go do ziemi, wolałby już to miejsce odstąpić innym. 

A ona jeszcze zbiera drewno na głazach przylądka Pern, na wyspie Ouessant nie ma żadnych drzew, po opał chodzi się nad ocean. Sztorm był łaskawy, naniósł gałęzi, jeszcze trzeba je powiązać i zanieść do domu na plecach. Ona jeszcze nie wie. 

Wielu Amandru mieszka na wyspie, ze dwadzieścia chat, za każdym razem Yves trzykrotnie uderza pięścią w drzwi, formuła jest zawsze ta sama, łamie mu się głos: 

"Oznajmiam wam, że dziś wieczorem będzie proëlla u Soazic Amandru."  

A Soazic jeszcze krząta się w kuchni, dogląda kociołka obsypanego żarem, ustawia na stole drewniane miski. Ona jeszcze nie wie. 

Gdy już wszyscy zbiorą się na podwórku, dłuższą chwilę będą stać w ciemności. W oknie zarysuje się jej sylwetka, jeszcze pochyli się nad kołyską, jej usta poruszą się w rytm starej piosenki, a potem grand-père Yves trzykrotnie zapuka w szybę. Ona otworzy drzwi i tłum żałobników czarną falą zaleje izbę. Niepotrzebne jej będą słowa grand-père "Oznajmiam ci, że dziś wieczorem proëlla jest u ciebie". Nagle zda sobie sprawę, że zawsze, przecież zawsze wiedziała, że tak naprawdę jest i zawsze będzie całkiem sama. Zanoszące się płaczem kobiety uprzątną miski, rozłożą biały obrus i pobłogosławią go gałązką bukszpanu zanurzoną w święconej wodzie. Tak właśnie przygotowuje się miejsce dla proëlli, małego krzyżyka wyrzeźbionego z wosku, bielutkiego, jak jego ciało, którego nie odnaleziono. I będą się modlić i śpiewać, jakby znowu tu był: ten, którego nigdy tu nie było. 

Jutro rano do drzwi zastuka ksiądz, mężczyźni poniosą krzyżyk na ramionach do kościoła, każdy po kolei, uginając się pod ciężarem, jakby to naprawdę była trumna. Czarny orszak wypełni ulice Lampaul teatralnym zawodzeniem, rozedrgają się dzwony. Po mszy proëlla dołączy do setek innych kruchych krzyżyków w specjalnej cmentarnej kaplicy. Jako dowód śmierci na morzu, na którą przecież nie ma żadnego dowodu. 

Tymczasem ona jeszcze nie wie i wracając do domu wąską ścieżką na krawędzi klifu po raz kolejny odpędza myśl, że gdyby tak skoczyć w dół, w ten mglisty ocean oczekiwania, to może z ramion wyrosłyby skrzydła. 


czwartek, 17 sierpnia 2017

Ouessant: Bez klucza



Do samochodów na Wyspie mają prawo tylko miejscowi, nasz został na kontynencie i gdy przypływamy do portu Stiff zarezerwowane wcześniej rowery już na nas czekają. Do każdego wypożyczonego roweru transport bagaży na miejsce noclegowe gratis i choć wszystkie te maleńkie osady mają tu jakieś swoje nazwy, chłopak w porcie nie pyta nas, gdzie będziemy mieszkać, tylko u kogo. Ouessant liczy 800 stałych mieszkańców, wszyscy się znają, kartografia wyspy jest zapisem ludzkich historii, relacji, zależności. 
- To już wszystko, możecie jechać.
- A nie macie jakichś kłódek, żeby nam tych pięknych rowerów nie ukradli?
- Nie ma takiej potrzeby, na Wyspie nie ma złodziei.

Zamieszkaliśmy u Elen. Biały domek na wzgórzu z widokiem na drugi brzeg doliny, tuż za podstawówką w Lampaul, jak to dobrze, że rowery miały przerzutki. 
- To mój dom, zostawiam go pod waszą opieką. Tu jest łazienka, tu sypialnia, tu płyty z jazzem, tu wyspiarska literatura, zioła rosną tutaj, a tu jest garnek do gotowania krabów.
- A gdzie są klucze?
- Gdzieś tu powinny być... Jak chcecie, to oczywiście możecie zamykać dom, ale nie jest to konieczne, na Wyspie nie ma złodziei.

Na Ouessant nie rosną żadne drzewa i przez wieki jedyne drewno, jakie można tu było znaleźć pochodziło z roztrzaskanych o skały żaglowców. Ocean przynosił do kamienistych zatoczek fragmenty kadłubów, połamane maszty, niekiedy całe meble, wypchane ubraniami kufry i ciała topielców. Umarłych chowano na przybrzeżnych cmentarzach, a drewno wyciągano na brzeg i zostawiano do wyschnięcia. Znalazca kładł na swoim skarbie biały kamień i tyle wystarczało do oznaczenia własności respektowanej przez całą wyspiarską społeczność. Bowiem na Wyspie naprawdę nie ma złodziei. 

Jak to możliwe, Wyspo? Co takiego robisz z nami, żeśmy tu inni? Czyżby lepsi? Bliżsi innych, bliżsi siebie? Wyprani z brudu przez Ocean? Uwolnieni spod kłódek, zamków i kluczy? Z ufnością powierzeni Twojej opiece?

czwartek, 3 sierpnia 2017

Ouessant: Wyspa Kobiet




Na Ouessant porty są dwa: spoglądający w stronę kontynentu nad wodami zdradzieckiego Fromveuru Stiff i Lampaul, ukryty w głębokiej zatoce otwierającej się na Ocean. To tu chłopcy wsiadali do chybotliwych rybackich łódeczek, na pokład dumnych królewskich żaglowców i na olbrzymie jak wieloryby statki handlowej floty. Tych młodych zawsze było najwięcej. Głodny silnych ramion i twardych charakterów wyspiarzy Ocean zabierał matkom chłopców i rzadko kiedy oddawał mężczyzn. Wpatrując się w ginące za horyzontem maszty, przytrzymywały ręką wstążki białych czepców, wiatr podwiewał sięgające kolan wełniane spódnice. Taka właśnie jest odwieczna kolej rzeczy: mężczyźni należą do oceanu, a kobiety zostają w porcie. Ouessant od zawsze była wyspą kobiet. 

Ta kobieca społeczność, o mocnej strukturze i tradycji, scementowana koniecznością walki o przeżycie w obliczu żywiołów, przetrwała w niezmienionym kształcie prawie do lat '60, kiedy to dzięki regularnym połączeniom promowym z Le Conquet Wyspa znacznie przybliżyła się do kontynentu. Na Ouessant to kobieta była władczynią domu i rodziny, strażniczką wyspiarskiego języka i pieśni. Do niej należały owce, pastwiska, poletka gryki i pszenicy, skrzydła maleńkich wiatraków (każda rodzina miała swój!), kamienne domki. Podział tego skromnego majątku odbywał się wyłącznie w damskim gronie i to kobiety prosiły tu mężczyzn, nawet tych o wiele młodszych, o rękę, trzeba było się spieszyć, nim połknął ich Ocean. Na wyspie nie można było na nich liczyć, a przecież trzeba "coś jeść, gdzieś mieszkać, w coś się ubrać i rozpalić ogień", jak mówiono tu jeszcze nie tak dawno. Kobieta Ouessant nie miała innego wyjścia, musiała być silna i samowystarczalna. 

Mężczyzna był tu zawsze wielkim nieobecnym. Jeśli już czasem pojawiał się u drzwi jak zbłąkany wędrowiec, to tylko na ulotną chwilę, ciągle w drodze, jego dotyk jak morska fala. Nie miał żadnych obowiązków, ale też żadnych praw, nawet nie mógł wybrać sobie żony, która i tak nigdy nie nosiła jego nazwiska. Nie potrafił się niczym zająć na wyspie, uprawa roli i hodowla owiec to domena obecnych, o niczym nie decydował, nic do niego nie należało. Życie na wyspie doskonale toczyło się bez niego, czy w ogóle był komuś potrzebny? Odwieczny przechodzień, zawsze w ruchu, zostawiał po sobie jedynie tęsknotę brzmiącą w płaczu tulonych do piersi dzieci. I odległy posmak miłości, kryształki soli porzucone przez odpływ w zagłębieniach skał.

Dziś ostały się tylko dwa wiatraki, lecz żaden z nich już nie mieli ziarna. Kamienne domki wynajmują letnicy, zarastają cierniami leżące odłogiem pola. Historia ujarzmiania Wyspy przez kolejne pokolenia kobiet, zapisana kamiennymi murkami przecinającymi równinę, powoli staje się zupełnie nieczytelna. Jednak powiem wam w sekrecie, Siostry z Ouessant kroczące z podniesionymi głowami w procesjach Proelli*, że każdy centymetr tej bezdrzewnej wyspy wciąż przerośnięty jest waszymi korzeniami. 


*Celebrowana na Ouessant ceremonia pogrzebowa zaginionych na morzu. 

Inspiracje: Françoise Péron, Emmanuel Fournier, "Se confier à l'île", Locus Solus, 2015

piątek, 28 lipca 2017

Ouessant: Dom



Widziałam go z daleka, pod światło, upiorna sylwetka rysowała się na szczycie wzgórza, jak ruiny średniowiecznej fortecy. Ścieżka wśród wrzosowisk okazała się zbyt wąska, by kontynuować jazdę na rowerze i ten zachód słońca uciekł mi już jakiś czas temu, ale tajemnica samotnego domu nie pozwalała zawrócić, pragnienie by spojrzeć na Ouessant spod jego murów rosło z każdym krokiem. Wrzosowiska ustąpiły miejsca falującym dywanom miękkiej trawy, trawa nagim skałom i nagle ze zdumieniem zdałam sobie sprawę, że nigdy nie uda mi się tam dotrzeć! Przede mną otwierała się hucząca przepaść, na jej dnie czarne wody przypływu wirowały w skalnych zakamarkach. Niespodziewany podmuch wiatru i zdrowy rozsądek kazały się cofnąć o krok. Kamienny dom stał na wyspie, kilkaset metrów ode mnie, po drugiej stronie przerażenia.  

Po powrocie długo przyglądałam się mapie i satelitarnym zdjęciom: to musiała być wyspa Keller, na północ od Ouessant. Kilometr długości, 500 metrów szerokości, skała wystająca z oceanu na 40 metrów, płaska niczym stół. Żadnego portu, żadnej drogi, żadnego drzewa. Tylko jeden, jedyny dom. Podobno kiedyś mieszkali tam pasterze wypasający owce, a w połowie XIX w. wystawiono wyspę na sprzedaż. Kupiły ją dwie zamożne wdowy po admirałach z Ouessant, a aktualny właściciel wyspy jest dalekim potomkiem jednej z nich.

Nie ma tam ani słodkiej wody*, ani elektryczności, a światło, które widziałam z oddali, musiało być płomykiem naftowej lampy. Przed drzwiami domu stało kilka osób, także na pobliskiej skale poruszały się dwa cienie. Powiększam nieudolne zdjęcia i zastanawiam się, kim są, o czym rozmawiają, jaka historia układa się między nimi w tym miejscu zredukowanym do absolutnego minimum, wyobraźnia pisze kryminały, mroczne "huis-clos", psychologiczne thrillery.

Było już prawie zupełnie ciemno, gdy w końcu udało mi się odnaleźć zostawiony na wrzosowisku rower. Gdy wjechałam do wioski, smuga światła latarni Creach raz po raz wydzierała nocy fasady domów, świerszcze śpiewały znajomo, pachniało sianem i piekącym się waniliowym ciastem. Tak zupełnie niepostrzeżenie Ouessant objawiła mi się jako wyspa udomowiona i bezpieczna. Za każdym końcem świata zawsze jest jeszcze jakiś następny. 


* Rozwiązaniem tego problemu z pewnością jest deszczówka. Przypomina mi się tu rozmowa dwóch latarników mieszkających w pobliskiej latarni La Jument w filmie "Equipier":
- Skąd bierze się tu słodka woda?
- Z deszczu.
- A kiedy nie pada?
- Zawsze pada.