sobota, 31 grudnia 2016

Erfurt: Deszcz




Rok 2016 był rokiem deszczu i wszystkie najważniejsze wspomnienia oglądam dziś jak przez turlające się po szybie krople. Padało w Dreźnie, gdy zatrzymaliśmy się tam jadąc do Polski na Boże Narodzenie, padało w Erfurcie w drodze powrotnej. Późnym wieczorem na opustoszałym Domplatz złote wieże Katedry i sąsiedniego kościoła Św. Sewera odbijały się w mokrym bruku i można było dotknąć ich wierzchołków zanurzonych w kałużach.

Bretońskie mżawki, tropikalne ulewy, burze z tęczami i bez, miarowy stukot kropel przez cały czerwiec, górskie potoki, błoto i perliste wodospady. Niech już odpłynie ten 2016, niech już przyjdzie Nowy. 

Drodzy, Najdrożsi Czytelnicy, dziękuję Wam z całego serca, że towarzyszyliście mi tutaj w tym roku. Za wierne odwiedziny i wyrozumiałość dla moich licznych i niekiedy przedłużających się poza granice rozsądku nieobecności. Za ciepłe słowa i dialogi w tej i w innych czasoprzestrzeniach. Życzę Wam - i sobie również - by w Nowym Roku nie zniechęciły nas deszcze i by nie pożarły nas czyhające zewsząd smoki: Obojętność, Małostkowość, Przygnębienie, Niecierpliwość, i ten najstraszniejszy, najbardziej podstępny, któremu na imię Przyzwyczajenie. Choćby z paszczy wystawała nam już tylko sama głowa, byśmy mieli dość sił, by z niej uciec, jak ten człowieczek z kołatki w północnym portalu Katedry w Erfurcie. Żebyśmy potrafili sobie przypomnieć, że zawsze można się schronić za czerwonymi drzwiami. 


Erfurt, kołatka na północnych drzwiach Katedry.

piątek, 2 grudnia 2016

Martynika: Dar Boga





Zielona: "W Bogu pokładam nadzieję".

Cyklony zabierające kilka nic nie wartych przedmiotów, które z takim trudem udało się zgromadzić. Trzęsienia ziemi otwierające przepaście, budzące nieposkromione morskie fale. Ulewne deszcze niosące błotne powodzie. Drogi, co nie zawsze przejezdne, nagle urywające się w dżungli pod ciężarem osuwających się zboczy. Dwie czerwone ranki po ukąszeniu węża na łydce robotnika ścinającego łodygi cukrowej trzciny, zapowiedź długiej nieuniknionej agonii. Wulkan, co sto lat temu w kilka sekund zgładził całe 30 tysięczne miasto i który, to pewne, znów kiedyś zagrzmi. 

Każde wieczorne lokalne "Wiadomości" czarnoskóra prezenterka kończy tym samym zdaniem: "Niech Bóg ma w opiece Martynikę". 




Czerwono-zielona: "Bóg wszystko objawia". 

Drżenie skrzydeł kolibrów nad kwiatem flamboyant. Turkusowe płycizny perłowego piasku pełne ryb mieniących się wszystkimi kolorami tęczy. Słodycz dojrzałych bananów, świeżość pestek marakui, subtelność pomme cannelle. Muzyka pulsująca we krwi. Półcień palmowych liści, łagodna pieszczota fal. 

Tyle objawionych cudów, jak posmak utraconego, jak przedsmak obiecanego.




Pomarańczowa: "Dar Boga". 

Jest tu dla ciebie, więc zrośnij się z Wyspą całym ciałem. Zanurz się bez reszty w Karaibskim Morzu, poczuj jak pali stopy rozgrzany w słońcu wulkaniczny piasek, pozwól, by obmył cię tropikalny deszcz, będzie wodami Jordanu. Naucz się wdzięczności, nie przestawaj dziękować.

Wypływają w morze kruche łódeczki, a każda z nich jak modlitwa. 


czwartek, 1 grudnia 2016

Martynika: Głowa jeżowca





Połów białych jeżowców jest dozwolony na Martynice przez 5 dni w roku i jest to prawdziwe święto. Budzą się wszystkie portowe wioski, każda choćby najbardziej zbutwiała łódka ma prawo do wodowania, warczą silniki, dzwonią metalowe kosze, trzeba się spieszyć. 

Przedziwne zwierzę, kolczasta, lekko spłaszczona kulka wielkości jabłka, powolutku przemieszcza się po morskim dnie poruszając białymi igłami. Wolno je łowić wyłącznie gołymi rękami i na wstrzymanym oddechu, od 6 rano do południa. Niewtajemniczeni orientują się, że zaczął się sezon na jeżowce, gdy nagle wszędzie roi się od policyjnych helikopterów: zaglądają z góry do kolorowych łódek w poszukiwaniu zabronionego sprzętu do nurkowania. Mandaty liczą się w tysiącach euro.




Gdy w poniedziałkowe południe jemy kanapki na plaży w Tartane, łodzie właśnie wracają z połowu. Młodzi chłopcy wyskakują z nich w biegu, prężą się czarne ramiona pod ciężarem pękatych koszy, z których wysypują się na brzeg całe góry białych jeżowców. Kobiety nie próżnowały, wzdłuż plaży płoną ogniska pod zaimprowizowanymi z falistej blachy paleniskami, już za chwilę będzie się piekł karaibski kawior. Tak właśnie miejscowi nazywają to wykwintne danie: "kawior Karaibów", ale do kawioru równie mu daleko, co rosyjskim jesiotrom do martynikańskich jeżowców... choć może faktycznie jest w tej analogii odrobina prawdy: jedyną jadalną częścią jeżowców jest znajdująca się na samym spodzie muszli ikra, której cena wynosi aktualnie około 100 euro za kilogram. 

Z każdą wciąganą na brzeg łodzią rosną jeżowcowe góry, wokół nich zasiadają całe rodziny: seniorzy w kapeluszach z bananowych liści, nastolatki z nieprawdopodobnymi fryzurami, dzieci w szkolnych mundurkach, co wróciły do domu na obiad, uśmiecha się do nas dziewczyna w różowej sukience z kilkumiesięcznym niemowlęciem przyssanym do piersi. Tak jak wszyscy inni stuka łyżką w kruchą muszlę jeżowca, wydłubuje do wielkiego wiadra czarną galaretę, a następnie delikatnie wkłada do gęsto plecionego wiklinowego koszyka żółtą ikrę, największy skarb. W jednym jeżowcu jest tego tyle, co w łyżeczce do kawy. Gdy już trochę się tej ikry nazbiera, kobiece palce zręcznie faszerują nią puste muszle jeżowców i stawiają na ogniu. Martynikańska gościnność to nie mit, ten chłopak, co przed chwilą przywiązał łódkę do przybrzeżnej palmy, przyniesie nam jednego jeżowca na spróbowanie. Smakuje jak jakieś wędzone rybie podroby, nie damy się skusić na zakup całego. Dzieci sprzedadzą je później przejezdnym na poboczu, zawinięte szczelnie w aluminiową folię, żeby nie raniły palców. Zanim deszcz rozmyje wypisane flamastrem litery, na tekturowych tablicach będzie można przeczytać: "Głowa jeżowca".




sobota, 26 listopada 2016

Martynika: Katedra żywiołów





Rok 1671: W samym centrum Fort de France, tuż koło wojskowej fortecy, robotnicy splatają dach z trzciny wsparty na czterech palach wyciosanych w pniu drzewa kapokowego. Tak wygląda najwcześniejszy kościół wyspy. Nie ma nawet ścian. 

Żywioł pierwszy: Ogień niesiony przez Holendrów. Trzeba budować od początku.

Rok 1703: Wznoszą się kamienne mury, lśni czerwona dachówka w kształcie rybiej łuski. 130 stóp długości, 30 szerokości, dwie boczne kaplice.

Żywioł drugi: Morskie fale. Nikt nie rozumie, co się stało, najstarsi nie pamiętają, by morze kiedykolwiek wcześniej wdarło się do miasta. Trzeba naprawiać podmyte fundamenty.

Rok 1829: Brakuje miejsca dla wiernych na niedzielnej mszy, trzeba dobudować piętro trybun, zamówić nowe ławki. Lepiej zburzyć drewniane domki przed samą katedrą, tak na wszelki wypadek, ze wszystkich żywiołów ogień wciąż jest tym, który przeraża najbardziej. 

Żywioł trzeci: Trzęsienie ziemi. Sypią się dachówki, pękają mury. Wielkie czerwone drzwi wciąż stoją, ale nikt nie odważa się przekroczyć ich progu. 

Rok 1854: Katedrę znów zbudowano od podstaw i pokryto dachem z ocynkowanej blachy. Bogato rzeźbione ławki zapełniają nawy, wszyscy podziwiają drewnianą ambonę. 

Żywioł czwarty: Wiatr. Dach odfruwa wraz z cyklonem.

Rok 1895: Znów trzeba budować od początku. W Metropolii Eiffel wznosi oszałamiające metalowe konstrukcje, Martynika nie może być gorsza. Nowa katedra powstanie ze stalowych puzzli, które przypłyną z Francji. Będzie mieć ośmiokątną bizantyjską kopułę i dziewiętnaście witraży opowiadających o Świętym Ludwiku. Misterne zdobienia obrosną każdy centymetr ścian i sufitu, jak nieposkromiona tropikalna roślinność sąsiednie strome wzgórza. 




Żywioł piąty: Amerykańscy turyści w gumowych klapkach. Przypływają do Fort de France w olbrzymich promach, tych dryfujących miastach emerytów, co transportują z wyspy do wyspy 3000 pasażerów i 800 osób obsługi. Wchodzą do katedry od strony Mc Donald'sa, spoglądają na kopułę przez ekrany telefonów i wychodzą przez transept na targ z pamiątkami, nawet się nie zatrzymują.

Rok 2016: Niedługo skończy się listopad, a pomme cannelle ciągle jeszcze niedojrzałe. Przedłuża się pora deszczowa i dzień w dzień leją się z nieba całe wodospady. Kto by tam myślał o parasolu, pamiętał o pelerynie, katedra będzie nam schronieniem. Deszcz wlewa się do środka przez szeroko otwarte drzwi i płynie wartką strugą środkiem głównej nawy. 

Ażurowa dzwonnica przepuszcza podmuchy wiatru, metalowe przęsła poddają się drżącej ziemi, woda wytycza na posadzce swoje własne ścieżki. Żeby przetrwać w tropikach nie można opierać się żywiołom, trzeba się na nie otworzyć. Nauczyć się pokory.



czwartek, 24 listopada 2016

Martynika: Lądowanie




Kolejny miętowy cukierek (bez cukru oczywiście), warkot silników świdruje w bolących uszach, na lśniącej tafli oceanu coraz wyraźniej widać zmarszczki fal. Już jest pod nami, mieni się zieloną draperią porośniętych dżunglą wzgórz, można dostrzec przytulone do zboczy domki z różowymi dachami, przecinki palm, pojedyncze łódki. 

Ląduję na Martynice niezliczoną ilość razy w bezbarwne jesienne wieczory, gdy nawet ogień w kominku jest bezradny wobec chłodu, co mrozi człowieka od środka. Samolot przefruwa całą wyspę, łagodnie kreśli krąg nad zatoką Trois Ilets, po prawej wulkan uczepiony chmur, po lewej żelazna wieża katedry, cień skrzydeł kładzie się na turkusowej wodzie. 

I gdy w końcu po 10 godzinach lotu koła samolotu podskakują na płycie lotniska w Fort de France, nagle okazuje się, że potrzeba jeszcze dużo, bardzo dużo czasu, by wylądować. By przekonać samą siebie, że to naprawdę teraz. 

środa, 16 listopada 2016

Wprawki z logiki: Kura




Skończyła się trzecia kołysanka.
Upragniona cisza błogo się przedłuża, udało się, pewno już śpi.
I nagle niespodziewanie pada to egzystencjalne, nie cierpiące zwłoki pytanie:

- Mamo, czy kura może jeździć na deskorolce?


czwartek, 10 listopada 2016

Saint Quentin: Księga



"(...) nie żałuj oczu świec inkaustu przepisuj starannie 
werset za wersetem a kopiuj ściśle jakbyś odbijał w lustrze 
słowa niezrozumiale wyblakłe o trojakim znaczeniu (...)"

Z. Herbert, Książka


"L'Authentique" ss. 4 i 5. Prolog. U góry podobizna Raimbertusa.

Wspomnienie Świętego Kwintyna przypada 31 października, ale od kilku lat mieszkańcy Saint Quentin postanowili świętować miesiąc wcześniej. "W Halloween jest już za zimno, nikt do kościoła by nie przyszedł" - tłumaczy przewodnik... i to nie jest żart. Tak więc świętujemy: są budki z naleśnikami i cukrową watą, karuzele, dmuchane zjeżdżalnie, dla wytrwałych wieczorny koncert w Bazylice. Drobnym druczkiem, na samym spodzie plakatu jest też informacja o tym, że będzie można zobaczyć "L'Authentique", iluminowany manuskrypt z XII w. zamknięty na co dzień na siedem spustów w sejfie miejskiej biblioteki, zapraszamy 1 października o 16:00. Oprócz przewodnika, który jest równocześnie organistą w Bazylice, na spotkanie z Księgą przyjdą trzy osoby: leciwa mieszkanka Saint Quentin w czapce z lisa, mój starszy syn i ja.

To prawdziwy cud, że "L'Authentique" - spisana na pergaminie pasja Kwintyna dotrwała do naszych czasów. W sejfie jest od 20 lat, wcześniej była pod opieką proboszcza. Gdy wchodzimy na drugie piętro biblioteki, przewodnik opowiada, że kiedy w latach '80 pomagał przy wznoszeniu iglicy Bazyliki, któregoś dnia w przerwie obiadowej proboszcz przyniósł mu Księgę zawiniętą w gazetę. "Interesują cię takie starocie, pooglądaj sobie", a tu nawet nie było czym masła z kanapek z rąk powycierać! Z resztą Księga jest przyzwyczajona do biesiadowania, tłuste ślady palców wianuszkiem zdobią wszystkie karty. Opisy uroczystych bankietów w Saint Quentin od setek lat odnotowują jej obecność: podawano ją sobie z rąk do rąk, doczytywano niektóre fragmenty gdy pamięć zawodziła przy recytacji, a później, gdy łacina stawała się coraz mniej zrozumiała, już tylko oglądano obrazki. Księga pozwalała powrócić do historii, która tworzyła tożsamość miasta, która sprowadzała całe jego funkcjonowanie do wspólnego mianownika: zakorzenionej w wiekowej tradycji wiary. 

Nie wiadomo, kto ocalił Księgę przed rewolucyjną zawieruchą, która z upodobaniem po raz kolejny ścinała głowy wszystkim kamiennym Świętym Kwintynom. Zainteresują się nią dopiero niesieni falą romantycznego neogotyku lokalni artyści; na początku XIX wieku powstaną nieudolne kopie rysunków i inicjałów... i przepadną bez wieści dwie ostatnie iluminowane karty.

Drzwi sejfu skrzypią sopranem, słychać, że otwierane tylko raz do roku. Przewodnik ubiera białe rękawiczki i kładzie przed nami na pulpicie oprawiony w cielęcą skórę "Autentyk", z namaszczeniem przewraca karty. Księga pachnie wilgocią, sztywny pergamin szeleści jak ptasie skrzydła. 32 na 20 cm, klasyczny format in quarto, 184 strony, ale tylko pierwszych 49 opisujących mękę Kwintyna jest iluminowanych. Reszta, czyli historia odkrycia ciała przez Euzebię i zgromadzone przez wieki kazania na dzień Świętego Kwintyna, zostały potraktowane jako skromny dodatek, poskąpiono im złota i czerniejącego z upływem czasu srebra. A od chwili, gdy białe arkusze pergaminu zaczęły pokrywać się zielenią i purpurą, czasu upłynęło już sporo.

Walter Cahn, profesor z Yale specjalizujący się w romańskich miniaturach, datuje "L'Authentique" na 1100 r. Jerozolima dopiero co została zdobyta przez Krzyżowców, w angielskiej katedrze w Durham powoli splatają się łuki pierwszych żebrowych sklepień, a Abelard przybywa do Paryża, by zacząć nauczanie, kiedy w skryptorium w Saint Quentin skryba z piórkiem słonki w dłoni właśnie pochyla się nad białymi kartami pergaminu.


"L'Authentique" ss. 6 i 7. Przekazanie manuskryptu Świętemu Kwintynowi. Po prawej: wstęp do opisu pasji Kwintyna.

O artyście, który ponad 900 lat temu kreślił z czułością uśmiech Kwintyna, wiadomo bardzo niewiele. Pewne jest jedynie, że doskonale znał karolińską ornamentykę i wiedział, jak zasupłać w arabeski liście akantu i zwierzęce maski.

"Autorem tego dzieła jest niejaki Raimbertus, średniowieczny mnich, podpisał się i przedstawił sam siebie na 4 stronie z piórem i kałamarzem, w aureoli, a później także na stronie 6, gdzie przekazuje swój rękopis samemu Świętemu Kwintynowi, z największą czcią, owinięty w płótno." Słowa przewodnika wprawiają w zdumienie: który średniowieczny mnich przedstawiłby sam siebie z aureolą? W epoce, gdy nawet architekci katedr byli anonimowi, który skryba ośmieliłby się podpisać?

Więc będę szukać i znajdę: Raimbertus był najprawdopodobniej biskupem pobliskiego Noyon, który na początku X w. zgromadził wszystkie teksty stanowiące zawartość Księgi, i któremu autor "L'Authentique" pragnął złożyć hołd. Hołd pośmiertny, o czym właśnie świadczy lśniąca nad jego głową aureola. Nie ma tu miejsca na artystyczną próżność i pragnienie osobistej chwały. Księga strzeże ważniejszych tajemnic, tych zapisanych w tragicznej historii z końca III w.


"L'Authentique" s.9. Pod przewodnictwem Kwintyna dwunastu młodych Rzymian wyrusza do Galii, by dać świadectwo wierze.

Było ich dwunastu, bo jakże by mogło być inaczej w kochającym symbole średniowieczu. Młodzi chłopcy, wszyscy szlachetnego rodu, ledwo co nawróceni, wyruszają z Rzymu, by zanieść Dobrą Nowinę do Galii Belgijskiej. Przedstawmy ich z imienia, to przecież bardzo ważne: bracia Kryspin i Kryspinianin, Wiktoris, Fuscien, Gentien, Piaton, Regulus, Julian, Maksymilian, Lucjan - przyszły biskup Beauvais, Firmin, któremu budowniczy katedry w Amiens poświęcą jeden z bogato rzeźbionych portali zachodniej fasady i Kwintyn, ten z aureolą w kolorze wyblakłych łanów dojrzałej pszenicy, z dziecinną twarzą okoloną złotymi puklami. Jeszcze o czymś dyskutuje, wysłuchuje ostatnich przestróg dawanych na drogę i w odpowiedzi szeroko otwiera ramiona, jakby już wiedział, że przyjdzie mu przyjąć niełatwy dar.

Dwunastu młodych chłopców, wszyscy zginą śmiercią męczeńską, wielu z nich Kościół wyniesie do rangi Świętych. Nie oglądają się za siebie opuszczając bramy Rzymu. Ci, co zostali, jeszcze długo wpatrują się w malejące w oddali sylwetki i machają im na pożegnanie. Z troską? Z trwogą? Z zazdrością?


"L'Authentique" ss. 10 i 11. Kwintyn zostaje pojmany w Amiens.

Dotarłszy do Galii, Kwintyn postanawia zatrzymać się w Amiens. Modli się, pości, naucza i znakiem krzyża przywraca słuch głuchym i słowo oniemiałym. Jego sława niesie się echem po brukowanych ulicach miasta aż do pałacu prefekta Rykcjowara. Siedząc na srebrnym tronie pośród wypchanych gęsim puchem poduszek, Rykcjowar wciąż nie wie, jak sobie poradzić z tą sektą, której nienawidzi z całego serca. W Bazylei nakazał przecież utopić wszystkich chrześcijan, ale te zastępy wojowników bez zbroi i miecza, co słowem podbijają Cesarstwo, mnożą się bez ustanku, są już nawet w Amiens! Myśl ta wzbudza w nim paniczny lęk, każe więc pojmać Kwintyna i zakutego w kajdany zamknąć w najciemniejszym lochu.


"L'Authentique" ss. 12 i 13. Święty toczy spór z tyranem. 

Rykcjowar nigdy by się przed sobą nie przyznał, że te wszystkie dysputy, które toczył z Kwintynem, były rozpaczliwą próbą zrozumienia jego siły. Wielokrotnie wzywał go do swojego pałacu bosego, pod eskortą kata z garbatym nosem i usiłował pokonać tego z pozoru bezbronnego chłopca jego własną bronią, w walce na słowo. Kusił bogactwem, obiecywał zaszczyty, to znów ośmieszał i poniżał, próbował pochlebstw i zastraszania, by tylko zgodził się wyprzeć Ukrzyżowanego, by pokłonił się rzymskim bogom. Wszystko na próżno. Kwintyn zdawał się być pokryty niewidzialnym pancerzem, bez skazy, bez żadnej, choćby najmniejszej szczeliny, przez którą można by go ugodzić.

Z każdą kolejną rozmową Rykcjowar był coraz bardziej zafascynowany złotowłosym chłopcem, jego niewzruszoną pewnością. Coraz mocniej przeczuwał, że walki tej nigdy nie wygra, gdyż chodzi tu o coś więcej, niż tylko intelektualne zapasy i że to "coś więcej" to ta znienawidzona chrześcijańska wiara. I w końcu, gdy po raz kolejny spojrzał w spokojne oczy Kwintyna, z przerażeniem dostrzegł, że oto właśnie ta wiara zaczyna kiełkować w jego własnym sercu.

Następne strony "Autentyku" są szczegółowym opisem rozmaitych tortur, którym Rykcjowar poddał swojego więźnia. Niewyobrażalny zwyrodniały sadyzm tych procedur wprawia w osłupienie, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę zarówno fantazję, jaką wykazywali się w temacie tortur Rzymianie, jak i upodobanie średniowiecza do tego typu detali. Rykcjowarem zawładnęła ta zapalczywość, którą może obudzić jedynie człowiek uosabiający coś, czego najbardziej nienawidzi się w samym sobie, coś, czego nie potrafiąc zwalczyć w sobie, zwalcza się w innych. 


"L'Authentique" ss. 16 i 17. Biczowanie Kwintyna.

Więc rozciągnięto go jak strunę, czekając niecierpliwie na choćby jeden fałszywy dźwięk. Kat z garbatym nosem uderza biczem ze wszystkich sił, lecz gdy metalowe haczyki wbijają się w skórę, Kwintyn nawet na niego nie spogląda, dlaczego on ciągle patrzy w niebo? Do kogo się uśmiecha? Z kim rozmawia? Nienawiść występuje z brzegów, zalewa oczy, ruchy rąk wymykają się kontroli, bicze sieką na prawo i lewo, dwóch katów pada na ziemię. Na ich tunikach pojawiają się karminowe plamy, jak znamię Kaina.


"L'Authentique" ss. 18 i 19. Po raz kolejny Rykcjowar przesłuchuje Kwintyna i skazuje go na uwięzienie. Anioł kruszy łańcuchy i uwalnia świętego.

Znów go wtrącą do najgłębszych lochów, by żaden głos nie mógł go pocieszyć, by już nie patrzył w niebo, zakują w kajdany. Lecz gdy po raz kolejny pośle po niego Rykcjowar, znajdą tylko zerwane łańcuchy, jak obietnicę Tego, który kruszy więzy śmierci.

Kwintyn zaś na samym środku forum Amiens będzie głosił Zbawienie i Zmartwychwstanie. Żołnierze Rykcjowara będą go szukać, lecz gdy usłyszą Dobrą Nowinę, zrzucą zbroczone krwią szaty i nadzy staną przed Kwintynem prosząc o chrzest. Tego dnia nawróci się ponad 600 osób.


"L'Authentique" ss. 22 i 23. Nawrócony tłum przyjmuje chrzest.

Gdy w końcu straże po raz kolejny doprowadzą Kwintyna przed tron Rykcjowara, wiadomo już dokładnie, że niewiele miejsca pozostało na słowa.

"- Oto więc, Kwintynie, los, którego sobie życzysz: wolisz umrzeć, niż żyć.
- Tak, raczej umrzeć dla Jezusa Chrystusa, niż żyć na tym smutnym świecie. Ta śmierć, którą dla mnie wybrałeś, przygotowuje mnie do chwały i nie jest w stanie pozbawić mnie życia. To, co jestem winny Bogu, ten dług, który winienem Mu zwrócić, pragnę jak najprędzej zanieść w ofierze jako dobrowolny dar. Gdyż jeśli zginę z rąk twoich trwając w Wierze, nie przestanę żyć w Jezusie Chrystusie. 
Żywię tę nadzieję pełen ufności."

Autor "Autentyku" w świecie zarysowanym symbolicznie przez kilka wieżyczek i kolumn, przedstawił z niesłychanym realizmem cielesne cierpienia Kwintyna. Łamią się ramiona wykrzywiane przez katów (ten z garbatym nosem udziela się przy każdej torturze), plecy Kwintyna rozdzierane są grabiami, palą go pochodnie. 

"L'Authentique" s. 32. Prefekt nakazuje, by poddać Kwintyna próbie ognia.

Ten jednak pozostaje niewzruszony, modi się, głosi chwałę Boga, naucza strażników. Uszy Rykcjowara nie są w stanie tego wytrzymać, więc by ostatecznie zamknąć Kwintynowi usta, każe napoić go mieszanką octu, wapna i musztardy. Wszystko na próżno, on wciąż śpiewa psalmy. Wścieka się Rykcjowar, nienawiść całkiem odbiera mu zdolność logicznego myślenia i każe odprowadzić Kwintyna tam, skąd przyszedł: do Rzymu, niech tam dojdzie na własnych nogach, boso.

Kwintyn choć słaby i poraniony będzie iść niestrudzenie, ale męczą się konie, przysypiają żołnierze, gdzieś przecież trzeba przenocować. Zatrzymają się na wzgórzu z widokiem na rozlewiska błotnistej Sommy. Kiedyś było tu miasteczko Augusta Vermanduorum, dziś opuszczone wille popadają w ruinę, trawa zarasta uliczki. Ostała się jeszcze karczma... i lochy, w których zamkną Kwintyna.


"L'Authentique" s. 34. Rykcjowar nakazuje napoić więźnia mieszaniną octu, wapna i musztardy. 

Rykcjowar dobrze wie, że przecież już nie powinien rozmawiać z Kwintynem, ale coś go wciąż ku niemu ciągnie, jeszcze raz próbuje go przekonać, by oddał hołd rzymskim bogom, może nawet chciałby go przed sobą ocalić. Ale Kwintyn wciąż trwa przy swoim, niezachwiany w swej pewności, wciąż wyprostowany, jakby kręgosłup miał z żelaza.

Postój nad rzeką Sommą się przedłuża, przecież mieli do samego Rzymu jechać, a tu od tygodnia siedzą wśród bagien, żołnierze już mają dość tych wszystkich dziwactw Rykcjowara. Tym razem kazał w pobliskiej kuźni wykuć dwa olbrzymie żelazne gwoździe długie na dwa łokcie i dziesięć krótszych, na co to wszystko? Odpowiedź Rykcjowara przekroczy wszelkie granice wyobrażalności: Kwintyn chce pozostać nieugiętym? Proszę bardzo, jego plecy już nigdy się nie zegną. Pomysł wydaje się prefektowi bardzo zabawny, ale nawet kat odwraca wzrok, nikomu nie jest do śmiechu.

Właśnie tak zapamięta Kwintyna hagiograficzna ikonografia: złotowłosy chłopiec o łagodnej twarzy z palcami ociekającymi krwią, siedzący na krześle, do którego przybito go wielkimi gwoździami przeszywającymi jego ciało od ramion po pośladki.


"L'Authentique" s. 42. Kwintyn przebity gwoździami. Prefekt skazuje go na śmierć. 

Ostatnia ocalała karta "Autentyku" przedstawia ścięcie Kwintyna i jego przedśmiertną modlitwę. Zanim pod uderzeniem sczerniałego przez wieki miecza wytrysną źródła krwi, zanim anieli ze współczuciem będą gładzić umęczone ciało, zanim dusza świętego wzbije się na skrzydłach białej gołebicy prosto w dłonie Boga, Kwintyn po raz ostatni padnie na kolana i wyciągnie w górę ramiona. Z jego smukłych palców, niczym muzyka z dłoni pianisty, w stronę rozedrganego czerwono-złotego nieba sączyć się będzie modlitwa bez słów, a Dłoń Wszechmocnego będzie mu błogosławić.

Najważniejsza w tej miniaturze, a może nawet w całym "Autentyku", jest ta pozornie pusta przestrzeń rozciągająca się miedzy dłońmi Kwintyna i boskim wskazującym Palcem, tych kilka pełnych napięcia centymetrów pożółkłego pergaminu między Bogiem i Człowiekiem. W nich właśnie zawiera się cała tajemnica Księgi, tajemnica spojrzenia Kwintyna, które zwrócone jest na nas.


"L'Authentique" ss. 44 i 45. Widząc, że czeka go śmierć, Kwintym prosi Boga, by wejrzał na jego dobre uczynki i pobożność. Kwintyn zostaje ścięty, biała gołębica wylatuje z jego szyi i wzbija się w niebo. 

Tu historia się urywa, brakuje skradzionych w XIX w. dwóch ostatnich kart, a te reprodukcje, które je zastępują, wyglądają jak namalowane plakatówką na lekcji plastyki przez ucznia szkoły podstawowej. Wiadomo jedynie, że ciało Kwintyna zatopiono w Sommie, głowa z aureolą turla się po dnie, burzą się złote pukle.

Drugi akt dramatu rozgrywa się 55 lat później, a jego bohaterką jest Euzebia, niewidoma Rzymianka. Opowieść o losie Kwintyna musiała dotrzeć do jej uszu, może nawet jest jakąś jego daleką kuzynką, bo jak inaczej wytłumaczyć, że noc w noc dręczy ją koszmar o ciele młodego mężczyzny pozbawionym głowy unoszącym się w mętnej wodzie? Organizuje więc Euzebia wyprawę do dalekiej Galii Belgijskiej, znajduje mulistą rzekę, każe na nią wypłynąć łodzią i nagle wśród przybrzeżnych trzcin jej towarzysze dostrzegają złotowłosą głowę, i szyję od której ją odcięto, i rozłożone ramiona... Całe ciało jest nienaruszone. Euzebia widzi to wszystko na własne oczy, właśnie odzyskała wzrok.

Kwintyn zostanie pochowany na wzgórzu Augusta Viromanduorum, podobno woły ciągnące wóz z jego ciałem odmówiły dalszej drogi. Za sarkofag posłuży wydrążona marmurowa kolumna z jednej z opuszczonych tutejszych willi - wciąż można go podziwiać w krypcie Bazyliki. Dziś jest już pusty, rewolucja nie miała litości nawet dla umarłych. Nad sarkofagiem Euzebia każe wybudować malutką kapliczkę, do której przyjdą się modlić pierwsi pielgrzymi, później następni*... Będą prosić Kwintyna o przywrócenie im zdrowego tchnienia, odjęcie kaszlu i zadyszki, a jako, że ciało jego nie poddało się wodzie, także o uzdrowienie z otyłości, bo że to nie woda rozpycha brzuchy i biodra, odkryto dopiero znacznie później. Uzdrowieni pielgrzymi wracać będą do siebie z imieniem świętego na ustach, w całej Francji powstaną kolejne miejscowości noszące jego imię.

Dumne miasto Saint Quentin ze swoim przestronnym rynkiem, wspaniałym gotyckim ratuszem, kamieniczkami art-nouveau i niezliczonymi pomnikami ofiar wojen wszelakich, nigdy nie powstałoby na pikardyjskim wzgórzu, gdyby w III w. rzymscy żołnierze eskortujący zbuntowanego młodego chrześcijanina nie zatrzymali się tutaj na nocleg, gdyby nie rozegrała się tu tragedia męczeństwa za wiarę. Nie byłoby kapliczki Euzebii, która przez wieki rozrosła się w romański kościół, a później w świetlistą gotycką bazylikę o dwóch transeptach. Nie byłoby wielkiej wspólnoty kanoników, wśród których pierwsze kroki stawiała francuska polifonia. Nie byłoby pielgrzymów napędzających średniowieczną lokalną ekonomię, nikt nie kupowałby tu lnianych tkanin, które przyniosły miastu dobrobyt i renomę sięgającą aż do Ameryki. Saint Quentin zawdzięcza Świętemu Kwintynowi nie tylko nazwę, ale w ogóle swoje istnienie.


Sarkofag Kwintyna w krypcie Bazyliki w Saint Quentin.

Przewodnik zamyka ciężką oprawę, metalowe okucia dzwonią o pulpit. Musiał zauważyć mój smutek, bo nagle powodowany jakimś niezrozumiałym altruizmem zdejmuje białe rękawiczki i podaje mi je mówiąc: "Zostało jeszcze trochę czasu do zamknięcia biblioteki, może ma pani ochotę sobie pooglądać?"

I gdy dotknę rąbka szaty Kwintyna, załkają ze wzruszenia moje ręce, a złote pędy inicjałów rozrosną się pod skórą.

Kiedy wracamy do domu, powoli zaczyna zapadać zmierzch i ustawione na wybetonowanym brzegu rzeki Sommy karuzele migoczą przez jesienną mgłę niczym zagubione na bagnach ogniki. Kto jeszcze pamięta, że kiedyś były tu mokradła, po których niósł się tętent kopyt rzymskich straży, wśród których kluczył orszak ślepej Euzebii, przez które przedzierali się idący w rządku pielgrzymi? Kto jeszcze pamięta, że to miasto, kamień po kamieniu, cegła po cegle, całe zbudowane jest na Księdze?




* "Ach, to Euzebia kazała wybudować Bazylikę?" - wykrzyknie leciwa mieszkanka Saint-Quentin w czapce z lisa, a przewodnik będzie tym pytaniem zakłopotany jeszcze bardziej, niż moimi dociekaniami w sprawie piątej linii w zapisie gregoriańskiego Ave Verum w prezbiterium Bazyliki.

Źródła i inspiracje:
Art de l'enluminure N°4, mars/avril/mai 2003
- Christiane Riboulleau, La Basilique de Saint Quentin, Editions Lieux Dits, 2012
- https://inventaire.picardie.fr/dossier/livre-manuscrit-l-authentique-ou-livre-de-la-passion-de-saint-quentin-dit-manuscrit-du-chanoine-raimbert/17d014ce-3b4e-41d4-a8df-469c0c0f2a19


piątek, 7 października 2016

Wprawki z logiki: Zaczarowany rower


- Mamo, mój rower ma magiczną moc. Jak tak bardzo szybko pedałuję, to zaczyna wiać wiatr, a jak hamuję, to przestaje. Kiedy jeżdżę na rowerze to mam władzę nad wiatrem!

piątek, 30 września 2016

Saint Quentin: Szczygieł



Nie wspominają o nim Ewangeliści, ale średniowieczna legenda nie pozostawia wątpliwości, że tak właśnie było, że malutki "chardonneret", ptak ostów ("chardon") przysiadł na cierniowej koronie i ostrym dzióbkiem wyjmował tkwiące w umęczonej skroni kolce. Czerwona plama na głowie szczygła to Krew Chrystusa. 

Z Golgoty płochliwym lotem szczygieł przyfrunął do warsztatów XIII wiecznych francuskich rzeźbiarzy, a jego szczebiot niósł się po gotyckich katedrach całej Pikardii. Na moment zatrzymał się na deskach Piero della Francesca posłuchać anielskich chórów zwiastujących Narodzenie, odwiedził Leonarda malującego Karmiącą Madonnę, Michała AniołaRaffaella. Książę skrzydlatego ludu w czarno-białym płaszczu wyszywanym złotem, tak maleńki, lecz wabiący oko niczym najdroższy klejnot, rozgościł się na płótnach włoskich mistrzów, kwilił w melodiach Vivaldiego. Herbert Friedman, światły ornitolog policzył dokładnie: szczygieł pojawia się na 486 obrazach o tematyce religijnej, w twórczości 254 artystów. Wśród Madonn o łagodnych rysach i pucułowatych Dzieciątek bawiących się beztrosko z kilkuletnim Janem Chrzcicielem jest jak przeszywająca serce znienacka strzała niepokoju, jak zła wróżba wypowiedziana nad kołyską. Jak zapowiedź krwawej drogi na drugą stronę śmierci.

Za każdym razem, gdy w jednej z południowych kaplic bazyliki w Saint-Quentin staję przed nieziemskiej urody XIV-wieczną Notre Dame de Labon, nie przestaje mnie zadziwiać ten ptasi lot zataczający kręgi w czasie; fakt, że szczygieł, którego Dzieciątko tuli do piersi, ma już na głowie czerwone piórka.


Źródła:

http://www.chardonnerets.be/index.html

https://inventaire.picardie.fr/dossier/statue-petite-nature-vierge-a-l-enfant-dite-notre-dame-de-labon-ou-notre-dame-la-bonne/39a31e28-0cad-4e00-8f99-f8d78ca5fd8d#historique

http://www.kodon.fr/symbolique-chretienne-dans-les-campagnes/

niedziela, 18 września 2016

Wprawki z logiki: Wiatraki


Jedziemy wśród pól najeżonych elektrowniami wiatrowymi - Francuzi są romantykami, nazywają je "éoliennes", na cześć Eola, boga wiatru. Porywa nas tornado dziecięcych pytań, kręcimy się wokół obcych nam terenów elektryki, fizyki, ekologii i odnawialnych źródeł energii. 

- Mamo, ale jak nie ma wiatru? Tam jest jakiś silniczek, który kręci tymi wiatrakami?