niedziela, 18 września 2016

Wprawki z logiki: Wiatraki


Jedziemy wśród pól najeżonych elektrowniami wiatrowymi - Francuzi są romantykami, nazywają je "éoliennes", na cześć Eola, boga wiatru. Porywa nas tornado dziecięcych pytań, kręcimy się wokół obcych nam terenów elektryki, fizyki, ekologii i odnawialnych źródeł energii. 

- Mamo, ale jak nie ma wiatru? Tam jest jakiś silniczek, który kręci tymi wiatrakami?

czwartek, 15 września 2016

Bréhat: Phare des Héaux

Latarnia Héaux de Bréhat widziana z Pleubian w czasie przypływu

Wejdźcie teraz ze mną do środka po drabince z miedzianych szczebli umocowanych w skale. (...) Jesteśmy na pierwszym piętrze. Wokół nas magazyny z drewnem i linami. Nad naszymi głowami cynowe skrzynie z zapasami rzepakowego oleju, który zasili latarnię oraz beczki wody pitnej dla trzech latarników, 50 litrów na tydzień. 

Armand de Quatrefages, z zawodu lekarz, który pisywał czasem dla "Revue des deux mondes" o rozmaitych farmaceutykach, tym razem dzieli się z czytelnikami wrażeniami z wizyty w nowo zbudowanej latarni morskiej. A wrażenia tego lutego 1840 r. zaiste są pamiętne. Wystające z oceanu skały dzieli od wyspy Bréhat ponad 10 km, które trzeba przebyć w rybackiej łódce. Kiedyś pływały tu większe statki transportujące bloki granitu z Morvil ciosane na budowę latarni według nowatorskiego projektu młodego architekta Léonce Reynaud ("żadnego cementu, tylko kamienne wypustki pasujące do siebie jak klucz do zamka!"), ale odkąd ukończono roboty, żaden kapitan przy zdrowych zmysłach nie zapuszcza się w te niebezpieczne rejony: podwodne głazy prujące kadłub, kilkunastometrowe fale, silne prądy, wiry... tylko rybacy z Bréhat dają się namówić na przeprawę i to dopiero po odpowiedniej dozie calvadosa. Latarnię budowano cztery lata, kolejne sztormy opóźniały prace, kolejne statki transportujące granit zawracały w połowie drogi, kolejne przedsiębiorstwa budowlane zrywały kolejne umowy, do kosztorysu trzeba było dopisywać kolejne linijki. Gdy w końcu 1 lutego 1840 r. mieszkańcy Bréhat po raz pierwszy ujrzeli lśniące 47 m. nad linią horyzontu białe światło, zdejmowali czapki z głów i mówili o cudzie.

Na trzecim piętrze znajduje się kuchnia i spiżarnia, dokładnie na poziomie pierwszej galeryjki, a nad nimi sypialnie latarników, po jednej na każdym z trzech kolejnych pięter. Na siódmym piętrze natraficie na pokój z wypastowanym parkietem i gipsowymi sztukateriami. To pomieszczenie dla inżynierów, którzy od czasu do czasu kontrolują, czy latarnia dobrze działa. Tutaj, pośrodku oceanu, sto stóp nad jego powierzchnią, znajdziecie wygody i prestiż godny paryskiego apartamentu. Obrazy na ścianach, mahoniowe meble, kominek z brązu i marmuru. To pomieszczenie, które przez większość czasu nie jest zamieszkane, spełnia we francuskich latarniach morskich funkcję dyscyplinarną: nieustannie przypomina latarnikom obecność szefa.   

Quatrefages wspina się następnie do służbówki, w której składowane są przedmioty niezbędne do podtrzymania ognia, dzbany z olejem i zapasowe lampy, a stamtąd po drabince wchodzi w końcu na najwyższe piętro, gdzie znajduje się chroniona przez olbrzymi szklany klosz lampa.

Jest to swego rodzaju szklana beczka, której kręgi są pryzmatami z tej samej substancji i która posiada od góry i od spodu swoiste żaluzje składające się z kilku rzędów ukośnych luster. 

Quatrefage pochyla się w zachwycie nad skomplikowaną lampą, próbuje zrozumieć zasady optyki geometrycznej, której poświęci większą część artykułu dla "Revue des deux mondes", znów będą mu zarzucać pretensjonalną erudycję, ale on po prostu nie potrafi inaczej mówić o miłości. Nie przeszkadzajmy mu, lepiej, żeby się nie dowiedział, że sto lat później, pod koniec II Wojny Światowej, Niemcy wysadzą w powietrze dwa górne piętra latarni, że szklana lampa potłucze się na kawałki, że pochłoną ją fale. Że Phare des Héaux de Bréhat stanie się symbolem niezłomności francuskiej myśli technicznej, że odbudowana będzie jeszcze wyższa, że będzie mierzyć aż 56 m. Że ostatni latarnicy wsiądą do rybackich łódek w 1982 roku, gdy latarnia zostanie zautomatyzowana i już nie trzeba będzie przez całą noc dolewać rzepakowego oleju do ognia.

Quatrefage dostrzega przez okno latarni walczącą z falami rybacką łódź. Pora wracać, lecz zanim zejdzie w dół po tych wszystkich schodach i drabinach, po raz ostatni spogląda na lampę. Przez krótką chwilę, tak krótką, jak błysk morskiej latarni, jest pewien, że właśnie pojął tajemnicę światła. Gdyby nie był lekarzem, pewno zostałby latarnikiem.

Inspiracje:
- http://sallevirtuelle.cotesdarmor.fr/inventaire/pleubian/Geoviewer/Data/html/IA22014791.html

Widok na latarnię z wyspy Bréhat podczas odpływu

sobota, 3 września 2016

Wprawki z logiki: Przeciąg



- Mamo, mam w buzi przeciąg!
Spokojnie, to tylko pierwsze mycie zębów miętową pastą...
Mój syn jest królem metafory.

* Wpis ilustruje obraz zatytułowany "Dwóch ludzi z gitarą" 

czwartek, 1 września 2016

Tréguier: Trzy wieże


Błękit nieba na zdjęciach oszukuje, że to był ciepły, lipcowy dzień, ale prawda jest zupełnie inna, obiektyw nie potrafi uchwycić lodowatego wiatru. Ulice Tréguier szczelnie obrośnięte kramami dorocznego targu staroci, przebijam się przez tłum ludzi ze spuszczonymi głowami, którzy jak lunatycy wpatrują się niewidzącym wzrokiem w rozłożone na bruku popsute zabawki, przykurzone domowe sprzęty i stosy za małych butów. Ja spoglądam w górę, na ustawione w rządku na transepcie trzy kamienne wieże, do których wysyła mnie schowany w kieszeni glejt: 

"16 km od Paimpol, z którego (nie, żebym się tu wymądrzał) będziecie się pewnie kierować w stronę przeprawy znajduje się, co? Cathédrale Saint-Tugdual de Tréguier! Tak więc, Droga Justyno, pełnij proszę honory Pani Ambasador (mojej przyszłorocznej Wyprawy) i, uprzejmie proszę, zapowiedz Gdzie i Komu trzeba - moje tam przybycie."

Łatwo znaleźć Świętego Iwo, ma dla siebie całą kaplicę, rzeźbiony neogotycki baldachim, kwiaty, marmury, kamienne lwy i ukłony adwokatów. Trudniej ze Świętym Tugdualem, pachnąca lawendą starsza pani, co rozdaje przy wejściu na krużganki plan katedry, miesza się i gubi: tak, Tugdual jest jednym z siedmiu fundatorów Chrześcijaństwa w Bretanii, tak, był pierwszym biskupem Tréguier w VI wieku, tak, katedra jest pod jego wezwaniem... tylko nic tu już z niego - poza kultem - nie zostało: żebra w Laval, czaszka w Chartres, kilka innych kosteczek w Crépy-en-Valois i w Château-Landon... Ambasadorska misja komplikuje się, jaskrawe światło XX-wiecznych witraży zniechęca do poszukiwań innych miejscowych dyplomatów w kolejnych kaplicach i w końcu walcząc z wiatrem przez północne drzwi wychodzimy na krużganki. Trzy wieże znów spoglądają na nas czujnym okiem. Pierwsza z lewej, wznosząca się na południowym ramieniu transeptu, to iglica z 1785 r., zdobna w serca, trefle, piki i karo - znaki swojego niechlubnego pochodzenia, ufundowana przez Ludwika XVI dzięki dochodom z królewskiej loterii. Ta na skrzyżowaniu nawy głównej i transeptu to gotycka wieża Sanctus z dzwonem, na dźwięk którego zginały się niegdyś wszystkie kolana. I jeszcze ta północna, przysadzista, pamiętająca czasy romańskiej katedry z białego kamienia z Caen: wieża Hasting... czy ktoś jeszcze w ogóle wie, dlaczego tak się właśnie nazywa? Trzy wieże, a każda z nich jak karta w historii kamiennego Przymierza. 

Pora przypomnieć sobie co nas tu sprowadza, więc w końcu zdobywam się na odwagę i przekazuję Strażniczkom powierzoną mi wiadomość. W odpowiedzi wszystkie trzy zgodnie wskazują palcem w niebo, które już za moment gęstą bretońską mżawką zstąpi na nasze głowy. 


poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Bréhat: Les vélos les plus beaux


Bréhat jest wyspą rowerów. Samochód trzeba zostawić w porcie na przylądku Arcouest, wstęp na wyspę mają jedynie cztery wozy strażackie, dwa traktory - po jednym w każdym z dwóch wyspiarskich gospodarstw - i kilka elektrycznych śmieciarek. Poza tym tylko i wyłącznie dwa kółka, wypożyczalnie rowerów są na każdym rogu. Szyld głosił: "Les vélos les plus beaux" ("Najpiękniejsze rowery"), nie mogłam się oprzeć. Był zaiste najpiękniejszy: turkusowy, z koszyczkiem i skórzanym siodełkiem. Przez cały tydzień ani razu mnie nie zawiódł. 


Przejechaliśmy razem wszystkie drogi zaznaczone na mapie, większość tych, których na mapie nie ma, wytyczyliśmy kilka nowych. Pewnego ranka, gdy odpływ odsłonił dno wschodniej zatoki, mieliśmy nawet ochotę przeprawić się na sąsiednią wysepkę, która nagle stała się półwyspem. Widocznie nie tylko nas kusiła perspektywa spojrzenia na Bréhat z zewnątrz, gdyż przed ubrudzeniem kółek w ostatniej chwili powstrzymała nas tabliczka informująca, że "Wyspa na wprost jest prywatna".  


Wyprzedzaliśmy pod górkę elektryczne rowery (których użyteczność w terenie, gdzie najdłuższy podjazd ma 300 m i nawet ja nie potrafię się zasapać, pozostaje dla mnie zagadką), przywoziliśmy na śniadanie jeszcze ciepłe rogaliki, wielokrotnie przemoczyliśmy buty pedałując wśród perlącej się rosą wysokiej trawy i raz nawet zakopaliśmy się w piasku. Po deszczu, gdy powietrze staje się przejrzyste niczym lustro, ze stromych klifów czasem udawało nam się dostrzec stały ląd i jadące po nadbrzeżnej drodze samochody. Z perspektywy dwóch kółek najwyraźniej widać wtedy wszystko to, co nieistotne, co udało się zostawić w porcie. I jak wiele jeszcze do zostawienia. 


poniedziałek, 25 lipca 2016

Wprawki z logiki: Niewidzialność


- Mamo, narysowałem smoka. Tu ma skrzydła, tu szpony, na głowie rogi. I zieje ogniem.
- A dlaczego nie ma oczu?
- Bo to jest smok niewidzialny.

niedziela, 24 lipca 2016

Bréhat: Phare de Paon


Najwcześniejszy poranny statek dociera do Bréhat z Pimpol o 8:30, a wraz z nim pierwsi turyści. Później przybędą następni, i następni, a wszyscy skierują się na północ i cel będą mieć ten sam: Phare de Paon, w wolnym tłumaczeniu: Latarnia Pawia. Uczepiona kurczowo czerwonych skał, dzielnie znosi nie tylko przewalające się nad nią w czasie sztormów fale, ale także codzienny zalew ludzkiej rzeki, co swe źródła ma w porcie, przez 4 km kreśli meandry wśród zielonych pagórków, by w końcu szerokim rozlewiskiem spłynąć na taras wokół latarni. 

Wieczorem ludzka rzeka wysycha i gdy słońce zacznie się chować za stromym dachem kapliczki Saint Michel, możesz wreszcie wyruszyć na koniec świata. Zostaw rower przy ostatnim domu, dalej ścieżka jest już zbyt wąska, zbyt kamienista. Natarczywe dobijanie się oceanu do skalistej twierdzy stłumi odgłos kroków i będziesz jedynym strażnikiem obronnych murów, i poczujesz, że zadanie to wcale Cię nie przerasta. 

Nie będzie Ci potrzebny ani pies, ani gwiazda, bo gdy już w końcu na jednym z czerwonych głazów u stóp Phare de Paon znajdziesz ten koniec świata (i to nie naiwność), z otwartymi ramionami będą tam na Ciebie czekać wszyscy ci, których nie ma. 



niedziela, 17 lipca 2016

Bréhat: Przez dziurkę od klucza


Jaka jest wyspa Bréhat, zapytasz?

Malutka - 3,5 na 1,5 km, wszędzie można dojść na piechotę, a po pierwszym dniu ma się wrażenie, że zna się już wszystkie drogi. Ale to tylko wrażenie, bo Bréhat jest olbrzymia i nigdy do końca nie pojmiesz misternej sieci ścieżek wydeptanej w porastającej klify sprężystej trawie. 

Jest to wyspa bliska, te dwa kilometry, które dzielą ją od Pimpol stateczki przepływają w niecałe 10 minut i gdy odpływ odsłoni różowe skały na plaży Guerzido, aż ma się ochotę spróbować pokonać ten dystans wpław. Równocześnie Bréhat jest tak bardzo odległa: żadnego samochodu, żadnego wi-fi, malutki sklepik o pustych półkach i ten ryneczek, na którym można kupić ostrygi i zerwane dziś rano na wyspie melony. Dzwony na kościelnej wieży najżwawiej dzwonią o 7:30 i trudno nie uśmiechnąć się na myśl, że może to z powodu otwieranej o tej porze piekarni. 

Bréhat jest zimna, lodowaty wiatr zapiera dech, niesie kropelki słonej wody, czasem porządną ulewę. Ale jest to także wyspa o prawie śródziemnomorskim klimacie, nigdy nie ma tu mrozu, a hortensje są wyższe od dorosłego człowieka i mają kwiaty większe od jego głowy. Nigdy nie rozstawaj się tu z peleryną, grubym swetrem i kostiumem kąpielowym. 

Bréhat jest osaczona przez turystów. Stałych mieszkańców liczy 300, 3000 tych, co mają tu domy letniskowe i 3500 turystów, co przypływają na Bréhat w letnie weekendy na jeden dzień. Ale nawet wtedy, gdy na drogach jest zbyt wielu pieszych, by jeździć na rowerze, jest tu co najmniej kilka końców świata, na których można zakosztować absolutnej samotności w obliczu oceanu. Jak je znaleźć? Poszukać ścieżek nie zaznaczonych na rozdawanej w porcie darmowej mapce, kierować się raczej pod górkę, z asfaltowych dróg zejść w te trawiaste, wdrapać się na skały. 

Bréhat, jak to kobieta, potrafi godzić sprzeczności: dzika i oswojona, przewidywalna i zaskakująca, chmurna i oślepiająca. Wiem, wiem, nic z tego nie zrozumiesz i gdy tak będę Ci opowiadać o Bréhat, znów urośnie we mnie poczucie bezsilności, gdyż wyspa, która wymaluje się w Twojej wyobraźni niewiele będzie mieć wspólnego z tą prawdziwą. 

Ale może zdarzy się, że zadrży mi głos, gdy powiem Ci o wietrze zagubionym w rozpalonych zachodzącym słońcem skałach, może przez chwilę będę szukać odpowiedniego słowa, by opisać zapach eukaliptusów czy błękit agapantów, może zaszklą mi się oczy na wspomnienie kamiennego krzyża otwierającego ramiona na ocean. Wtedy właśnie, poprzez to drżenie głosu, poprzez tę chwilę ciszy i wahania, poprzez otartą pospiesznie łzę będziesz mógł spojrzeć ukradkiem na prawdziwą Bréhat. Jak przez dziurkę od klucza.  

czwartek, 7 lipca 2016

Wyspa Bréhat


Bréhat jest jak malutki różowy kamyczek, jeden z wielu, które rozsypały się do oceanu na północy Bretanii. Żadnych samochodów, niewielu turystów, jedna jedyna wciśnięta między skały plaża. I to światło! 

Tak było dziewięć lat temu - na najbliższe dni zapowiadają nam iście bretońską pogodę: fale, deszcz i wiatr. Nic nie szkodzi, wiem jak sprawić, by Bréhat znów stała się moim prywatnym końcem świata. Znikam na tydzień, nie szukajcie mnie, nie pozwolę się znaleźć.  


poniedziałek, 4 lipca 2016

Saint Quentin: Labirynt 2.


Siwiuteńki przewodnik dzwoni pękiem zardzewiałych kluczy, dębowe drzwi w narteksie bazyliki w Saint Quentin otwierają się tylko raz w miesiącu. Ukryte za nimi kręte schodki prowadzą na strych, na którym można obejrzeć podszewkę żebrowych sklepień i zerknąć z góry do nawy głównej przez otwory, przez które zawieszano niegdyś do dachowych belek olbrzymie żyrandole w kształcie obronnych murów o dwunastu bramach. Wyrysowany na posadzce labirynt wygląda z tej perspektywy jak odcisk linii papilarnych Palca, który oddzielił dzień od nocy, zasadził drzewo poznania dobra i zła, ulepił człowieka z gliny, a później wskazał mu bramy, przez które można przejść tylko w jedną stronę. Odcisk Palca, który naznaczył to wzgórze.

Święty Kwintyn w III w. ochrzcił pół Samarobriwy, co już niedługo miała stać się Amiens, przywracał wzrok ślepcom, słuch głuchym, a paralityków stawiał na nogi. Skończył jak wielu chrześcijan w tamtych czasach: ze ściętą głową. Pięćdziesiąt lat później Euzebię nękają dziwne sny: w rozlewiskach rzeki Sommy widzi unoszące się na wodzie ciało mężczyzny, noc w noc. Więc idzie Euzebia nad rzekę i znajduje nietknięte zwłoki Kwintyna, który trzyma w dłoniach swoją własną głowę. Pobliskie wzgórze wydaje się być doskonałym miejscem na pochówek, a że dziewczę jest z zamożnego rodu, to i kaplicę na grobie buduje. Nie wie jeszcze, że do tego wzgórza przez wieki będą ściągać tłumy pielgrzymów i że miasto, które tu wyrośnie, będzie nosić imię pogrzebanego właśnie świętego: Saint Quentin. Na miejscu kaplicy trzeba już niebawem wybudować większy kościół, później, gdy na chwilę osiedli się tu w VI w. biskup Noyon, prymitywną katedrę, a następnie romańską kolegiatę dla kapituły kanoników, którą w drugiej połowie XII w. zacznie zastępować przęsło po przęśle gotycka bazylika o dwóch transeptach. Jej budowa będzie trwać 300 lat, a i tak nigdy nie uda się jej dokończyć. Zabraknie czasu, sił i przede wszystkim funduszy na zachodnią część nawy głównej oraz na rzeźbioną fasadę z rozetą. Uda się jednak położyć labirynt, prawdopodobnie na miejscu romańskiego, z drobniutkiej mozaiki.

W Saint Quentin jestem co czwartek i za każdym razem labirynt woła mnie do siebie. Rozplątuję czarną nić kamiennych płyt, szukam Początku i Końca, zatrzymuję wzrok na kolejnych zakrętach drogi. Nigdy nie zdołam wyrazić wdzięczności za ten odcisk Palca, co go noszę w sobie.