Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paryż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paryż. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 marca 2017

Paryż: Nasza Pani Księżycowa




Wiosenna noc, można wyjąć ręce z kieszeni, miasto w księżycowej poświacie jest ciepłe i jedwabiste. Przed Notre Dame wciąż sporo turystów, kontemplują harmonię perfekcyjnie ociosanych kamieni, kolorowych szkiełek rozety, znieruchomiałego pod rzeźbiarskim dłutem korowodu świętych, królów i proroków. 

Jak szeroko trzeba otworzyć uszy, by usłyszeć skamieniały gregoriański chorał? Jak szeroko trzeba otworzyć oczy, by dostrzec okruch doskonałości zdolny odbić kilka promieni Światła, dokładnie tyle, byśmy spojrzeli w niebo, by ugięły się nasze kolana?

W noc czarną i pustą niech świeci nam paryska Notre Dame, niech lśnią królewskim blaskiem jej niezliczone Siostry. Księżyce na naszą ziemską miarę, przeczucie istnienia wiekuistego Słońca. Wykuta w kamieniu nadzieja porannej zorzy. 

Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś zobaczymy twarzą w twarz. 


sobota, 18 marca 2017

Saint-Denis: Wspomnienie z przyszłości




Paryska "Trzynastka" jest linią czarnoskórych kobiet dźwigających wypchane reklamówki, wojowniczych młokosów słuchających rapu z głośników telefonu, żebraków, którym już nawet nie chce się na niczym grać, smukłych mężczyzn w atłasowych tunikach i szpiczastych arabskich pantoflach, zamyślonych dziewczyn o wyprostowanych do bólu włosach, gładko zaczesanych do tyłu. Wsiadają do wagoników metra by znów wyruszyć w podróż między Stolicą Świata i brudnymi przedmieściami Saint-Denis, z rezygnacją znoszą ścisk, smród, zgrzytanie kół i kolejny problem techniczny, przepraszamy za opóźnienie i dziękujemy za cierpliwość. "Trzynastka" jest linią tego całego kolorowego tłumu, który pomimo francuskiego paszportu w kieszeni wciąż nie potrafi się tu poczuć "u siebie", jest linią goryczy, rozczarowań, złości, linią wysokiego napięcia. 

Na peronach zamontowano przeszklone bramki, które otwierają się dopiero wtedy, gdy pociąg zatrzymuje się na stacji. Podobno to z powodu tłoku i licznych wypadków, by nie powiedzieć samobójstw, jednak gdy w końcu udaje mi się wepchnąć do wagonu i zasuwają się za mną automatyczne drzwi, czuję się jakbym właśnie wkroczyła na teren objęty ścisłą kwarantanną mającą ocalić świat przed jakąś zupełnie nieokreśloną, ale z pewnością niezwykle zaraźliwą chorobą, która od dłuższego czasu toczy paryskie przedmieścia. 

A przecież w kwestiach duchowych to Paryż zawsze był przedmieściami Saint-Denis! To tu w myślach genialnego opata Sugera z teologii światła lasem kolumn wyrósł gotyk, splótł nad głowami niedowiarków gałęzie krzyżowych sklepień, rozpalił słońca rozet, rozłożył przypory do lotu. W niebo wzbiły się dwie wieże - ta wyższa, północna miała 90 m. i przewyższała paryską Notre Dame. W transepcie tutejszej bazyliki pogrzebano prawie wszystkich królów Francji, ukoronowano tu prawie wszystkie królowe, wznoszono modły do Świętego Dionizego o zwycięskie bitwy przed wyruszeniem na prawie każdą wojnę. 

A później protestanci zrabowali królewskie grobowce, rewolucjoniści zsypali kości znienawidzonych monarchów do zbiorowej mogiły i potłukli nagrobki. W północną wieżę najpierw uderzył piorun, a później tornado, pajęczyna pęknięć rozrastała się na murach. W 1847 r. Viollet-le-Duc zdecydował, że wieżę trzeba rozebrać, bo jeśli runie, to prosto na nawę kościoła, więc zdemontowali ją kamień po kamieniu, starannie numerując każdy blok. Leżą do dziś w pobliskim ogrodzie i zarastają mchem. 

Podróż "Trzynastką" zdaje się nie mieć końca i im bliżej do przystanku "Basilique de Saint-Denis", tym mniej w pociągu pasażerów o białej skórze, jeszcze mniej samotnie podróżujących kobiet, bądźmy szczerzy, jestem jedyną blondynką i wcale nie czuję się z tym komfortowo, kleją się spojrzenia, niekoniecznie przyjemne. Stacja metra wciąż w remoncie, nie działają ruchome schody, ale już widać światło dnia, jeszcze tylko kilka kroków i w końcu stajemy twarzą w twarz. Głowa sama chyli się w pokłonie. 

Radosna jak Panna Młoda, w zupełnie nowej sukni za 5 mln euro, bazylika Sugera złoci się w zachodzącym słońcu. Prace trwały 3 lata, udało się zdrapać wszystkie warstwy białego - a z czasem całkowicie poczerniałego - tynku, którym, nie wiedzieć czemu, Viollet-le-Duc pokrył całą zachodnią fasadę. 




Teraz kolej na odmładzanie witraży w prezbiterium, reparację neogotyckich boazerii, umacnianie południowej rozety... i na odbudowę północnej wieży. Nikt nie potrafi oszacować kosztów - od średniowiecza niewiele się w tej kwestii zmieniło - jedni mówią o 15, inni o 50 milionach euro, jednak wszyscy są zgodni co do tego, że potrzeba będzie co najmniej 10 lat, by północna iglica znów wbiła się w chmury. Brzmi niewiarygodnie, inwestowanie w budowle sakralne nie bardzo tu dziś w modzie, sprawdzałam kilka razy, czy to nie plotki, ale skoro 11 marca sam François Hollande położył w Saint-Denis pierwszy kamień nowej wieży, trudno się będzie teraz z tego projektu wycofać. Dziennikarze robią zdjęcia prezydentowi ze szpachelką, są żarciki, uśmiechy, napuszone przemówienia, idylliczne wizje, republikański koncert życzeń. Wieża ma zostać odbudowana przy użyciu średniowiecznych technik, w prace zaangażuje się miejscowa populacja, budowa będzie otwarta dla zwiedzających, którzy zakupem biletów w całości (!!!) sfinansują prace. Będzie to doskonała okazja do wykreowania pozytywnego wizerunku Saint-Denis, znajdzie się zatrudnienie dla miejscowych pochłaniaczy zapomóg socjalnych, a wieża stanie się symbolem narodowej jedności i integracji. O tak, "integracja" to modne słowo, a przecież wybory prezydenckie już 23 kwietnia! 

Nie uda mi się dziś wejść do środka, wciąż jeszcze sezon zimowy, zamykają o 17:30, wszystkiemu winna pechowa "Trzynastka", przepraszamy za opóźnienie i dziękujemy za cierpliwość. Nie ośmielę się wracać metrem, ulica Republiki zaprowadzi mnie na dworzec podmiejskiej kolejki. Z którego kontynentu pochodzi ta ulica, nie wiem, nigdy na nim nie byłam. Stojący w każdej bramie czarnoskórzy mężczyźni przywodzą na myśl zaułki martynikańskiego Fort de France, głośno gra muzyka, lecz zupełnie nie rozumiem słów piosenki, nie potrafię odgadnąć co sprzedają tutejsi rzeźnicy. Pachnie dymem, młodzi chłopcy, w zasadzie to to przecież jeszcze dzieci, w sklepowych wózkach na środku ulicy pieką nad żarzącym się węglem szaszłyki i sprzedają je przechodniom, ale chyba wolę nie wiedzieć, z czego są zrobione. Manewrując między rozłożonymi bezpośrednio na bruku prześcieradłami, służącymi za zaimprowizowane stragany z okularami słonecznymi, pozłacanymi zegarkami i zagadkowymi owocami, przypominam sobie przestrogę Chłopca na Rowerze: "Uważaj na siebie i na aparat". Więcej zdjęć już dziś nie będzie, chowam dobytek do plecaka i przyspieszam kroku. 

I gdy ostatni raz odwracam się za siebie, by ponad falującym tłumem spojrzeć w słoneczną twarz Bazyliki, przez moment mam wrażenie, że północna wieża wciąż tam jest. Przedziwne déjà vu, wspomnienie z przyszłości.



poniedziałek, 8 lutego 2016

Paryż: Niespodziewane spotkanie z Barbarzyńcą.


Wielka Galeria w Louvrze to ponad 200 metrów włoskiego malarstwa. Sobotnie popołudnie, tłumy Azjatów ze słuchawkami elektronicznych przewodników na uszach nawet już nie próbują zrozumieć kim jest ta uśmiechająca się zewsząd Kobieta z Dzieciątkiem na ręku. Jak rzeka płyną w stronę białej olbrzymiej sali, gdzie biesiadnicy zasiadający przy suto zastawionych stołach w Kanie Galilejskiej spoglądają z gigantycznego płótna Veronese w chłodne oczy Mony Lisy. Ale zostawmy już turystów w lesie tyczek do selfie, nie po to tu dziś przyszliśmy. Od strony schodów z Nike (tą, która się waha), zaraz po prawej jest taka malutka, źle oświetlona salka, a tam skarby przecudnej urody: profil Sigismonda Malatesta, którego podbródek Piero della Francesca namalował niteczką światła, latające demony Sassetty, anioły Guido da Siena całe w złocie... i nagle schowany w kącie, przy samych drzwiach TEN* obraz. Jak bilet na podróż w czasie. 

Ten pierwszy tekst opowiada o katedrze w Orvieto. Grube mury liceum niewiele wpuszczają światła w zimowe poranki, w dodatku okna na podwórze. Świetlówki pod sufitem brzęczą jak konające pszczoły, grzejemy dłonie w rękawach, znów zimne kaloryfery. Najwspanialsza Polonistka (wszech-) Świata niespiesznie przewraca kartki, smakuje każde zdanie, dojrzałe grona słów. Tak właśnie zaczyna się jedna z najdalszych podróży, od Lascaux, przez Arles, po kamienie z tylu Katedr i jeszcze daleko poza nie. Na zawsze już pozostanie otwarta okładka z Marsjaszem, zbyt zasłuchanym w swoją muzykę, by odgadnąć kryjące się w spojrzeniu Apolla barbarzyństwo. Krzyk w tonacji A-dur (bo kto tak naprawdę jest tu zwycięzcą?) dotrze do uszu później, wyzbyty kilku młodzieńczych iluzji, posypią się skamieniałe słowiki**. Nabiorą sensu słowa Marguerite Duras: Ecrire, c'est aussi ne pas parler. C'est se taire. C'est hurler sans bruit***. Tak będzie później, dziś jeszcze Apollo i Marsjasz uosabiają jedynie czyste piękno.

Nie ma litości, o 17:30 w mało uczęszczanych salkach wyłączają światła, gaśnie blask złotych ram, cień kładzie się na pagórki i jezioro. Przez chwilę jaśnieje jeszcze twarz Barbarzyńcy i kiedy już zupełnie znika w ciemności, w jej miejsce pojawia się pod powiekami niezmierzona wdzięczność za wszystkie Ogrody, które przede mną otworzył.

* Pietro Perugino, Apollo i Marsjasz
** Zbigniew Herbert, Apollo i Marsjasz
*** Pisać znaczy także nic nie mówić. Milczeć. Wyć bezgłośnie. 


poniedziałek, 11 lipca 2011

Paryż: Wieża


14 lutego 1887 roku Le Temps opublikował list otwarty francuskich artystów przeciwko konstrukcji Wieży tysiąca stóp nazywanej przez nich pogardliwie od nazwiska konstruktora Wieżą Pana Eiffla. Pięćdziesięciu pisarzy, malarzy, rzeźbiarzy, kompozytorów i architektów, a wśród nich sam Guy de Maupassant, podpisało się pod tym zdumiewającym dziś tekstem.

Jako pasjonaci nieskażonego piękna Paryża protestujemy z całych naszych sił, z całego naszego oburzenia, w imię zapomnianego francuskiego smaku, w imię sztuki i zagrożonej historii Francji, przeciwko wzniesieniu w samym sercu naszej stolicy bezużtecznej i monstrualnej wieży Eiffla, którą opinia publiczna, zazwyczaj niepozbawiona zdrowego rozsądku i ducha sprawiedliwości, zdążyła już ochrzcić Wieżą Babel.

Bez popadania w szowinizm, mamy prawo głosić wszem i wobec, że Paryż jest miastem bezkonkurencyjnym na całym świecie. Ponad jego ulicami, szerokimi bulwarami, wzdłuż jego godnych podziwu nabrzeży wznoszą się najszlachetniejsze budowle, jakie ludzki geniusz potrafił stworzyć. Włochy, Niemcy Flandria, słusznie tak dumne ze swojego dziedzictwa artystycznego, nie posiadają niczego, co mogłoby się równać z naszym i we wszystkich zakątkach wszechświata Paryż wzbudza ciekawość i podziw.

Sprofanujemy to wszystko? Czy Paryż zwiąże się z kaprysami i kupiecką wyobraźnią konstruktora maszyn aby oszpecić się beznadziejnie i utracić swój honor?
Wieża Eiffla, której nawet komercyjna Ameryka by nie chciała, to bez wątpienia hańba dla Paryża. Wszyscy to czują, wszyscy to mówią, wszyscy są tym głęboko dotknięci, my jesteśmy jedynie słabym echem powszechnej opinii, słusznie zaalarmowanej. W końcu kiedy obcokrajowcy przybędą zwiedzać naszą Wystawę, wykrzykną zdumieni: Co? To tą okropność Francuzi nam pokazują aby zobrazować ich słynny gust? Będą mieli rację śmiejąc się z nas, ponieważ Paryż najpiękniejszego gotyku, Paryż Jeana Goujon, Germaina Pilona, Pugeta, Rude'a, Barye'a stanie się Paryżem Pana Eiffla.
Aby zdać sobie sprawę z tego, co próbujemy przekazać, wystarczy wyobrazić sobie przez chwilę zawrotnie cudaczną wieżę dominującą nad Paryżem niczym czarny gigantyczny komin fabryczny przytłaczający swoim barbarzyńskim ciężarem Notre Dame, Sainte Chapelle, wieżę Saint Jacques, Louvre, kopułę Inwalidów, łuk triumfalny, wszystkie nasze zabytki poniżone i wszyscy nasi architekci umniejszeni znikną w tym zdumiewającym śnie. Przez dwadzieścia lat będziemy widzieć niczym czarną rozlewającą się plamę atramentu bezczelny cień kolumny ze ześrubowanej blachy.
Kiedy okazało się, że nie tylko projekt konstrukcji barbarzyńskiej wieży został zralizowany, że nie tylko stała się ona sensacją Wystawy Światowej, ale że w dodatku nikt nie ma zamiaru jej zdemontować, Guy de Maupassant stał się jednym ze stałych bywalców restauracji, która znajduje się na jej pierwszym piętrze. Kiedy pytano go, czy zmienił zdanie na temat walorów artystycznych wieży, z nonszalancją odpowiadał: To jest po prostu jedyne miejsce, z którego jej nie widzę.

czwartek, 4 marca 2010

Paryż: Le Printemps


Przy paryskim bulwarze Haussmanna wznosi się jedna z najbardziej dostojnych świątyni luksusu - dom handlowy Le Printemps. Majestatyczny secesyjny gmach z okrągłymi narożnymi wieżami, złocone dachy, kolumny z rzeźbionymi kapitelami, budzące dziecięcą wyobraźnię ruchome witryny (aktualnie inspirowane Alicją w Krainie Czarów).

Ktokolwiek będziesz w nowogródzkiej stronie,
Do Płużyn ciemnego boru
Wjechawszy, pomnij zatrzymać twe konie,
Byś się przypatrzył jezioru.

W środku okrągły hol z wielopiętrowymi galeriami i galeryjkami, balkony, schody kręcone i ruchome, windy zawieszone w próżni. Falujący tłum pachnący drogimi perfumami, biegają oczy, ręce delikatnie dotykają szlachetne tkaniny i kruchą porcelanę.

Świteź tam jasne rozprzestrzenia łona,
W wielkiego kształcie obwodu,
Gęstą po bokach puszczą oczerniona
A gładka jak szyba lodu.

Na ostatnim piętrze mieści się ogromna restauracja. Stoliki dla ponad czterystu osób ustawione w koncentryczne kręgi, na środku okrągły bar i zawieszona nad nim olbrzymia świetlista kula. 40 metrów nad podłogą strzela w niebo fiołkowa szklana kopuła.

Jeżeli nocną przybliżysz się dobą
I zwrócisz ku wodom lice,
Gwiazdy nad tobą i gwiazdy pod tobą,
I dwa obaczysz księżyce.

Nieskończoność tego miejsca objawi ci się dopiero gdy zamówisz filiżankę expresso i usiądziesz przy stoliku. Gwiazdy nad tobą i gwiazdy pod tobą i dwa obaczysz księżyce. Ballada Mickiewicza sama recytuje się w głowie.

Niepewny, czyli szklanna spod twej stopy
Pod niebo idzie równina,
Czyli też niebo swoje szklanne stropy
Aż do nóg twoich ugina:

Nagle nie wiadomo, czy kopuła oddziela cię od gwiazd, czy może właśnie stąpasz po jej falach. Nie musisz nawet podnosić głowy, żeby ją dostrzec. Kopuła stała się szklaną kulą z tobą zamkniętym w samym środku. Za chwilę jakieś małe rączki potrząsną nią energicznie i zacznie padać śnieg. Tymczasem tkwisz zawieszony w nieruchomej otchłani błękitu w zadumie odstawiając pustą filiżankę na lustrzany blat stolika.

Gdy oko brzegów przeciwnych nie sięga,
Dna nie odróżnia od szczytu,
Zdajesz się wisieć w środku niebokręga,
W jakiejś otchłani błękitu.

*Cytowane fragmenty pochodzą z ballady Świteź Adama Mickiewicza