Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opactwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opactwa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 marca 2017

Saint-Denis: Wspomnienie z przyszłości




Paryska "Trzynastka" jest linią czarnoskórych kobiet dźwigających wypchane reklamówki, wojowniczych młokosów słuchających rapu z głośników telefonu, żebraków, którym już nawet nie chce się na niczym grać, smukłych mężczyzn w atłasowych tunikach i szpiczastych arabskich pantoflach, zamyślonych dziewczyn o wyprostowanych do bólu włosach, gładko zaczesanych do tyłu. Wsiadają do wagoników metra by znów wyruszyć w podróż między Stolicą Świata i brudnymi przedmieściami Saint-Denis, z rezygnacją znoszą ścisk, smród, zgrzytanie kół i kolejny problem techniczny, przepraszamy za opóźnienie i dziękujemy za cierpliwość. "Trzynastka" jest linią tego całego kolorowego tłumu, który pomimo francuskiego paszportu w kieszeni wciąż nie potrafi się tu poczuć "u siebie", jest linią goryczy, rozczarowań, złości, linią wysokiego napięcia. 

Na peronach zamontowano przeszklone bramki, które otwierają się dopiero wtedy, gdy pociąg zatrzymuje się na stacji. Podobno to z powodu tłoku i licznych wypadków, by nie powiedzieć samobójstw, jednak gdy w końcu udaje mi się wepchnąć do wagonu i zasuwają się za mną automatyczne drzwi, czuję się jakbym właśnie wkroczyła na teren objęty ścisłą kwarantanną mającą ocalić świat przed jakąś zupełnie nieokreśloną, ale z pewnością niezwykle zaraźliwą chorobą, która od dłuższego czasu toczy paryskie przedmieścia. 

A przecież w kwestiach duchowych to Paryż zawsze był przedmieściami Saint-Denis! To tu w myślach genialnego opata Sugera z teologii światła lasem kolumn wyrósł gotyk, splótł nad głowami niedowiarków gałęzie krzyżowych sklepień, rozpalił słońca rozet, rozłożył przypory do lotu. W niebo wzbiły się dwie wieże - ta wyższa, północna miała 90 m. i przewyższała paryską Notre Dame. W transepcie tutejszej bazyliki pogrzebano prawie wszystkich królów Francji, ukoronowano tu prawie wszystkie królowe, wznoszono modły do Świętego Dionizego o zwycięskie bitwy przed wyruszeniem na prawie każdą wojnę. 

A później protestanci zrabowali królewskie grobowce, rewolucjoniści zsypali kości znienawidzonych monarchów do zbiorowej mogiły i potłukli nagrobki. W północną wieżę najpierw uderzył piorun, a później tornado, pajęczyna pęknięć rozrastała się na murach. W 1847 r. Viollet-le-Duc zdecydował, że wieżę trzeba rozebrać, bo jeśli runie, to prosto na nawę kościoła, więc zdemontowali ją kamień po kamieniu, starannie numerując każdy blok. Leżą do dziś w pobliskim ogrodzie i zarastają mchem. 

Podróż "Trzynastką" zdaje się nie mieć końca i im bliżej do przystanku "Basilique de Saint-Denis", tym mniej w pociągu pasażerów o białej skórze, jeszcze mniej samotnie podróżujących kobiet, bądźmy szczerzy, jestem jedyną blondynką i wcale nie czuję się z tym komfortowo, kleją się spojrzenia, niekoniecznie przyjemne. Stacja metra wciąż w remoncie, nie działają ruchome schody, ale już widać światło dnia, jeszcze tylko kilka kroków i w końcu stajemy twarzą w twarz. Głowa sama chyli się w pokłonie. 

Radosna jak Panna Młoda, w zupełnie nowej sukni za 5 mln euro, bazylika Sugera złoci się w zachodzącym słońcu. Prace trwały 3 lata, udało się zdrapać wszystkie warstwy białego - a z czasem całkowicie poczerniałego - tynku, którym, nie wiedzieć czemu, Viollet-le-Duc pokrył całą zachodnią fasadę. 




Teraz kolej na odmładzanie witraży w prezbiterium, reparację neogotyckich boazerii, umacnianie południowej rozety... i na odbudowę północnej wieży. Nikt nie potrafi oszacować kosztów - od średniowiecza niewiele się w tej kwestii zmieniło - jedni mówią o 15, inni o 50 milionach euro, jednak wszyscy są zgodni co do tego, że potrzeba będzie co najmniej 10 lat, by północna iglica znów wbiła się w chmury. Brzmi niewiarygodnie, inwestowanie w budowle sakralne nie bardzo tu dziś w modzie, sprawdzałam kilka razy, czy to nie plotki, ale skoro 11 marca sam François Hollande położył w Saint-Denis pierwszy kamień nowej wieży, trudno się będzie teraz z tego projektu wycofać. Dziennikarze robią zdjęcia prezydentowi ze szpachelką, są żarciki, uśmiechy, napuszone przemówienia, idylliczne wizje, republikański koncert życzeń. Wieża ma zostać odbudowana przy użyciu średniowiecznych technik, w prace zaangażuje się miejscowa populacja, budowa będzie otwarta dla zwiedzających, którzy zakupem biletów w całości (!!!) sfinansują prace. Będzie to doskonała okazja do wykreowania pozytywnego wizerunku Saint-Denis, znajdzie się zatrudnienie dla miejscowych pochłaniaczy zapomóg socjalnych, a wieża stanie się symbolem narodowej jedności i integracji. O tak, "integracja" to modne słowo, a przecież wybory prezydenckie już 23 kwietnia! 

Nie uda mi się dziś wejść do środka, wciąż jeszcze sezon zimowy, zamykają o 17:30, wszystkiemu winna pechowa "Trzynastka", przepraszamy za opóźnienie i dziękujemy za cierpliwość. Nie ośmielę się wracać metrem, ulica Republiki zaprowadzi mnie na dworzec podmiejskiej kolejki. Z którego kontynentu pochodzi ta ulica, nie wiem, nigdy na nim nie byłam. Stojący w każdej bramie czarnoskórzy mężczyźni przywodzą na myśl zaułki martynikańskiego Fort de France, głośno gra muzyka, lecz zupełnie nie rozumiem słów piosenki, nie potrafię odgadnąć co sprzedają tutejsi rzeźnicy. Pachnie dymem, młodzi chłopcy, w zasadzie to to przecież jeszcze dzieci, w sklepowych wózkach na środku ulicy pieką nad żarzącym się węglem szaszłyki i sprzedają je przechodniom, ale chyba wolę nie wiedzieć, z czego są zrobione. Manewrując między rozłożonymi bezpośrednio na bruku prześcieradłami, służącymi za zaimprowizowane stragany z okularami słonecznymi, pozłacanymi zegarkami i zagadkowymi owocami, przypominam sobie przestrogę Chłopca na Rowerze: "Uważaj na siebie i na aparat". Więcej zdjęć już dziś nie będzie, chowam dobytek do plecaka i przyspieszam kroku. 

I gdy ostatni raz odwracam się za siebie, by ponad falującym tłumem spojrzeć w słoneczną twarz Bazyliki, przez moment mam wrażenie, że północna wieża wciąż tam jest. Przedziwne déjà vu, wspomnienie z przyszłości.



czwartek, 2 czerwca 2016

Mont Saint Michel: Ballada o ślepym rycerzu.


Zupełnie inaczej pamiętam to miejsce.

Zanim dotrzemy do Wzgórza, przed oczami migają nam betonowe hotele z dziwnymi wieżyczkami, plastikowe krowy i pstrokate szyldy sklepów z pamiątkami. Droga jest zupełnie nowa, tak jak i most, który prowadzi do twierdzy. Kilkuletnie herkulesowe prace odpiaszczania zatoki mające przywrócić Mont Saint Michel charakter wyspy przyniosły efekty: nie ma tu już piasku, jest szare błoto. Czekamy na zachód słońca, ale dziś sporo chmur i smagane wiatrem mury opactwa zaczerwienią się tylko przez moment, jak w błysku zapałki. Na brukowanych uliczkach i karkołomnych schodkach nie ma żywej duszy, wszystkie okna są czarne, jedynie kelnerzy w ostatniej czynnej jeszcze restauracji dzielą się napiwkiem czekając niecierpliwie, aż ociągający się klienci dopiją cydr i w końcu też sobie pójdą. Jest tu tak przerażająco pusto, że całe Wzgórze wygląda w ten wieczór niczym porzucona przez filmowców dekoracja do jakiejś amerykańskiej superprodukcji o średniowiecznej Francji. Nawet Archanioł odfrunął z klatki rusztowań na szczycie wieży. Z każdym krokiem czuję się coraz bardziej jak ten ślepy rycerz z prowansalskiej ballady, który nagle odzyskał wzrok.

A było to tak. Eloi wracał z wyprawy krzyżowej okryty chwałą męstwa, które przypłacił utratą oczu w jednej z walk z Saladynem. I nie była to ostatnia jego walka, bowiem Eloi nawet ślepy stawał w szranki z najokrutniejszymi z niewiernych u boku samego Ryszarda Lwie Serce. Zadziwiony odwagą rycerza i wzruszony jego losem jeden ze wschodnich czarowników podarował mu prezent niezwykły: rumaka mówiącego ludzkim głosem. Od tej chwili Eloi spoglądał na świat oczami wierzchowca, który galopując zwiewnie opowiadał swojemu panu o smugach srebrnego dymu nad dachami mijanych wiosek, o drżących wodach strumieni, o czułej dłoni wiatru gładzącej dojrzewające kłosy zbóż i świat opisany przez kogoś, kto potrafił dostrzec te wszystkie detale wydawał się Eloi tysiąckroć piękniejszy od tego, który niegdyś oglądał na własne oczy. Słowa rumaka malowały w jego duszy obrazy, które czyniły go szczęśliwym.

Któregoś dnia Eloi i jego zaczarowany koń dotarli do Krainy Łez, w której strach i spustoszenie siał ziejący ogniem smok. A smok jak to smok, nie tylko władzy i bogactw był żądny, ale przede wszystkim dziewczęcych serc - wyrywał je prosto z piersi i pożerał nim ostygły. I gdy tak przemierzali opustoszałe ulice kamiennego miasta, napotkali stąpający mozolnie i zawodzący wniebogłosy orszak.
- Mój panie, ministrowie, kurtyzany, straż i sam król prowadzą smokowi na pożarcie królewnę. Oczy jej zielone jak letni wiatr, usta czerwone jak pożar zórz, złote włosy spływają kaskadami na ramiona delikatne jak skrzydła łabędzia, uroda jej jaśnieje niczym słońce w lipcowe południe!
Słowa rumaka wznieciły w sercu Eloi nieujarzmiony ogień:
- Choćby ten dzień miał być moim ostatnim, ocalę królewnę!
- Smok jest potężny, panie. Przypomina zarazem węża, sępa i nietoperza. Ciało jego jest pokryte aksamitną łuską, dziób i szpony ma ptasie, a na grzbiecie wyrastają mu wielkie błoniaste skrzydła. W walce mieczem nie masz najmniejszych szans, ale możesz zwyciężyć go słowem. Zapytaj, czy lubi zagadki.
Eloi wysunął się na przód orszaku, przyłożył do ust zwinięte dłonie i krzyknął z całych sił:
- Smoku, lubisz zagadki?
- Wielceś zuchwały, człowieczku o pustych oczodołach - zaśmiał się smok, wypuszczając z dzioba kłęby dymu. - Co mi proponujesz?
- Zagadkę, której stawką będzie życie królewny - wyszeptał rumak.
- Zagadkę, której stawką będzie życie królewny - powtórzył na głos rycerz.
- Jeśli nie uda mi się odpowiedzieć, oddam ci królewnę, ale jeśli zdołam rozwiązać twoją zagadkę, dasz mi twojego konia, bo słyszę, że to zaczarowane zwierzę.
- Zgoda - szepnął rumak.
- Zgoda - powiedział Eloi z wahaniem.
- Niech się nie trwoży twoje serce, panie. Zapytaj, ile kropel wina można zmieścić w pustym kielichu.
Eloi powtórzył zagadkę pewnym głosem. Smok myślał i myślał, drapał się sępim pazurem po pokrytej zieloną łuską głowie i w końcu gdy dzień chylił się już ku zachodowi zaryzykował:
- Tysiące?
- Nie, tylko jedną! - triumfował Eloi, któremu rumak podał już prawidłową odpowiedź. - Po tej pierwszej kropli kielich nie jest już pusty!
Cały orszak wiwatował i bił brawo, a królewna rzuciła się na szyję rycerza i oznajmiła:
- Ocaliłeś mnie i od tej chwili moje życie należy do ciebie.
- Domagam się rewanżu! - zasyczał smok.
- A o co tym razem chcesz stoczyć pojedynek? - dopytywał Eloi.
- Jeśli wygram, dasz mi twojego konia. A jeśli przegram... dobrze wiesz, że jak wszystkie smoki, posiadam magiczne moce. Jeśli po raz drugi uda ci się zwyciężyć, zwrócę ci wzrok.
- Zgódź się panie! - podpowiadał rumak. - Taka okazja już się nigdy nie powtórzy! Zapytaj smoka, co takiego znika za każdym razem, gdy wymówi się jego imię.
Eloi powtórzył na głos pytanie. Smok myślał i myślał, wachlował nerwowo skrzydłami, zmierzch ustąpił miejsca bladej twarzy księżyca, księżyc jutrzence, a gdy zabłysły pierwsze promienie wschodzącego słońca smok przyznał z rezygnacją, że nie ma pojęcia co to takiego.
- Cisza! - wykrzyknął z radością Eloi... i nagle przejrzał na oczy.

Świat, który się mu ukazał, wprawił go w osłupienie. Pod zasnutym szarością niebem rozciągały się nieurodzajne pola pełne ostów, pobliskie bezlistne drzewo obsiadły złowrogie kruki. Ministrowie i kurtyzany mieli zmęczone, blade twarze o podkrążonych oczach, a król przypominał raczej stracha na wróble, niż majestatycznego monarchę. Wpatrująca się w Eloi z uwielbieniem królewna była rozczochrana, w wymiętej sukni, jej kibić wcale nie taka smukła, stopy za duże, gesty bez śladu wdzięku. Przerażony Eloi zawołał na całe gardło:
- Poczekaj, smoku, zagrajmy jeszcze raz!
- O co tym razem?
- Jeśli wygrasz, dam ci mojego konia. A jeśli przegrasz... zwrócisz mi moją ukochaną ślepotę.
- Zgoda, słucham cię.
- Co nie posiada płuc, a kona, jeśli tylko braknie mu powietrza? - podszepnął rumak, a Eloi powtórzył zagadkę głosem mocnym i twardym jak kamień. 
Smok myślał i myślał, słońce ze wschodu wzbiło się do zenitu, by później powoli opaść na zachód i gdy nadszedł wieczór, smok ogłosił, że uznaje Eloi zwycięzcą pojedynku. 
- To ogień! - oczy Eloi wypełniły się łzami i w tej samej chwili na powrót ogarnęły go ciemności. 
- Zachodnie niebo jest przecudnej urody - starym zwyczajem wyszeptał koń. Pagórki lśnią, jakby wykute z miedzi, na niebie zawisły chmury z najszlachetniejszego koralu. O jakże piękną jest Twoja narzeczona wśród tych niebiańskich skarbów! Brak mi słów, by opisać jej urok... 

W autobusie, który niemrawo zawozi nas spod opactwa na położony w głębi lądu parking, już nawet nie oglądam się wstecz na oświetlone teatralnie granitowe mury twierdzy, wolę zamknąć oczy. Kto mi opowie o Wzgórzu położonym ręką olbrzyma na linii horyzontu, oprawionym w okienne ramy zamku zdziwaczałej staruszki? O światełkach, które w tamtą sierpniową noc powolutku zapalały się w przyrośniętych do Wzgórza domkach, by zgasnąć tuż przed świtem? O spacerze po ruchomych piaskach u podnóża obronnych baszt? O mnichach śpiewających łacińskie psalmy? I jeszcze o tym skrzydlatym Rycerzu w złotej zbroi, co spogląda na ocean z iglicy opactwa, co potrafi obronić przed każdym złem? Stare wierne wspomnienia? A może Ty?

wtorek, 3 maja 2016

Laon: Kropla złota



Kiedyś były tu winnice.

Laon zwija się w kłębek, jak drzemiący w słońcu kot. Z placu przed ratuszem wąska uliczka prowadzi do bramy w miejskich murach, potem jeszcze kilka metrów w lewo i już można zbiec po stromych schodkach pomiędzy brzozy i buki. Średniowieczne domy szczelnie okrywają wygięte w łuk wzgórze i potykając się o nierówny bruk trudno się domyślić, że to szorstkie kamienne miasto tuli na podołku kawałek najprawdziwszego lasu.

Kiedyś były tu winnice.

Mnisi kolumbańscy osiedlili się w Laon w VI w., a pięćset lat później przyjęli regułę świętego Benedykta. Klasztor Świętego Wincentego pozdrawiał katedrę Notre Dame stojącą na drugim krańcu wzgórza, ponad kotliną porośniętą winoroślą, jak przyjaciel z przeciwległego brzegu zielonego jeziora. Dziś obronne mury opactwa powoli chylą się ku ziemi, z budynków mieszkalnych po pożarze w 2008 r. zostało niewiele poza fasadą, z rozebranego w XIX w. gotyckiego kościoła nie ocalało nic. A co to był za kościół! Na 90 metrów długi  i na 45 szeroki, 4 olbrzymie rozety i 135 witraży... w niczym nie ustępował samej Notre Dame! W XIX w. stacjonowała tu armia, a krużganki przekształcono w arsenał artylerii. 20 000 woluminów z klasztornej biblioteki rozpierzchło się po świecie, na miejscu klasztornych ogrodów wyrosło blokowisko. Pod soczystą wiosenną trawą do dziś rozciąga się wykuta w skale pajęczyna piwnic, w których niegdyś leżakowały tysiące brzuchatych beczek.


Kiedyś były tu winnice.

"Goutte d'or", "Kropla złota", tak nazywało się to wino, które od V do początków XX w. szumiało w koronowanych głowach północnej Europy. Dostojne bordeaux mają zaledwie trzysta lat, przy "Złotej kropli" to niemowlęta. Jak okiem sięgnąć, pięciolinie winnych szczepów nadawały rytm równinom i pagórkom, zgięci wpół robotnicy uwijali się w winnicach należących do biskupa Laon, czy do rozmaitych zakonów, nawet tych z siedzibą w odległej Flandrii, bo posiadanie poletka winorośli w Laon było kwestią prestiżu. Francuscy królowie w dniu koronacji w Reims, w stolicy Szampanii, wcale nie wznosili toastów szampanem*. Chłodząc królewskie usta złoto kielicha Świętego Remigiusza przeglądało się w kroplach wina z Laon.

Kiedyś były tu winnice.

A potem rewolucja zamknęła klasztory, uprawa pszenicy okazała się bardziej opłacalna od winorośli, kolej żelazna przywiozła tanie wino z Południa. Ostatnie poletko, zaatakowane przez filokserę, wypalono w latach '20. Dziś garstka zapaleńców próbuje posadzić na zboczach Laon kilka winnych krzewów, by odnaleźć smak "kropli złota" i burmistrz wręcza w prezencie każdej parze nowożeńców lśniącą butelkę... ale niestety podobno trunek to znacznie lepiej prezentujący się w piwniczce, niż w kieliszku.

Kiedyś były tu winnice.

Gdy w końcu staję na szczycie wzgórza, zmęczenie ostatnich kroków upaja jak wino. Notre Dame niestrudzenie wyciąga ramiona, choć z drugiego brzegu już od dawna nie ma żadnej odpowiedzi. Strome ścieżki wciąż powtarzają melodię mozolnych kroków mnichów dźwigających do klasztoru brzemienne gronami wiklinowe kosze. Wiosenne słońce budzi w ulach Kotliny Świętego Wincentego skrzydlatych robotników toczących krople złota. Nie wolno nam zapomnieć, że...

Kiedyś były tu winnice.


* Winorośl zaczęto uprawiać w Szampanii dopiero w XVI w., a procedurę podwójnej fermentacji pozwalającą otrzymać charakterystyczne bąbelki opracował mnich dom Perignon pod koniec XVII w.


11.

środa, 13 lipca 2011

Mont Saint Michel: Pod prąd


Po stromych schodach prowadzących do opactwa znajdującego się na szczycie 80 metrowego wzgórza przechodzą rocznie 4 miliony stóp. Od świtu do zmierzchu ludzka rzeka przepływa przez wszystkie uliczki maleńkiego miasteczka, wypełnia doszczętnie najmniejsze zakamarki, czasem występuje z brzegów zalewając sklepiki z pamiątkami i restauracyjki, z których każda zarzeka się, że to właśnie ona serwuje ten jedyny i najprawdziwszy omlet pokojówki Viollet-le-Duc, niejakiej Anette Poulard.

Około dwudziestej olbrzymi parking pustoszeje, odjeżdżają autobusy, uliczki nabierają powietrza. To właśnie wtedy najlepiej wyruszyć na spotkanie z kamiennym kolosem, pod prąd. W żółtym świetle latarenek uliczki wydają się jeszcze bardziej strome, mury opactwa wzbijają się w ciemność, błyszczą kocie oczy.


Garbaty właściciel maleńkiego hoteliku otwiera przed nami stare drewniane drzwi pokoju numer 14. Przeprasza, że nie ma luksusów, ale za to jest widok na Ocean, no i noc kosztuje mniej, niż na lądzie.

Rano obudzi nas złowieszczy szum galopującego przypływu. Trzeba się spieszyć, niedługo ludzie w klapkach uzbrojeni w aparaty fotograficzne znowu odbiorą nam Wzgórze.




niedziela, 10 lipca 2011

Mont Saint Michel


Kiedy dojeżdżamy do wyrastającego ze skalnej wyspy opactwa Saint Michel od strony Avranches, tylko z mapy wynika, że zbliżamy się do Oceanu. Wybrzeże jest w tym miejscu zupełnie płaskie, w czasie odpływu woda odsłania czasem nawet 15 kilometrów ruchomych piasków. Kiedy powraca, jak mówią miejscowi, fale są szybkie niczym galopujące rumaki, więc nie zapuszczajcie się za daleko, bo wielu topielców Ocean już tutaj wypluł na brzeg.

Czarnogłowe owce w zamyśleniu przeżuwają słoną trawę rosnącą na zalewanych przez przypływy łąkach. Nie wiedzą jeszcze, że ich krótkie życie zakończy się lapidarnym epitafium w menu ekskluzywnej restauracji: Udziec barani ze słonych łąk Saint Michel. Przyglądają się przejeżdżającym samochodom, pozują do zdjęć, pobekują niemrawo.

Ruchome piaski i galopujące wody przypływu wejdą nam w obiektyw już niebawem. Tymczasem kolczasta bryła gotyckiego opactwa ciągle jeszcze wydaje się być zrośnięta z lądem, nieruchoma, zaczepiona o chmury.