sobota, 18 kwietnia 2009

Laon: Notre Dame


Kiedy w 1155 roku rozpoczęto budowę katedry Notre Dame w Laon, gotyk dopiero stawiał nieśmiało pierwsze kroki i sam o sobie niewiele wiedział. Co prawda w bazylice Saint Denis pod Paryżem opat Suger kazał już wcześniej wstawić w olbrzymich oknach kolorowe witraże i nad potrójnym portalem zachodniej fasady umieścić kwitnącą rozetę, a w katedrze w Noyon okrągłe łuki zaczęły się wyostrzać, lecz jeszcze ani wieże Chartres, ani promieniste przypory paryskiej Notre Dame nie śniły się nawet ich architektom.

No więc zarzucano katedrze w Laon, że niby jest gotycka, a nie ma ostrych łuków. Że miała mieć siedem wież, a ma ich tylko pięć i najwyższa z nich ma zaledwie 60 metrów. Że wewnętrzna elewacja nie ma symbolizujących Trójcę Świętą trzech poziomów, tylko nie wiadomo dlaczego cztery. Że wznosząca się nad skrzyżowaniem transeptu ''wieża latarnia'' wzoruje się na normandzkich kościołach romańskich, o których to nie wiadomo, czy przypadkiem nie zawdzięczają czegoś pogańskiej symbolice Wikingów. Że główny architekt nie za bardzo znał się na zasadach złotego podziału. Nie, zdecydowanie, katedra w Laon nie jest tak do końca gotycka, nie wiadomo, do której szufladki ją włożyć, dziwna i nieprzewidywalna, wprawia w zakłopotanie.

Kwietniowe popołudnie snuje się leniwie nad malutkim brukowanym placykiem przed katedrą. W pobliskiej kawiarni łyżeczki dzwonią w filiżankach, płyną nieśpieszne rozmowy, gołębie szybują na falach ciepłego powietrza prawie nie poruszając skrzydłami. Notre Dame wystawia do słońca bladą twarz, nieskończenie piękna w swej niedoskonałości.

wtorek, 7 kwietnia 2009

Marquenterre: Henson


Podczas jednego ze swoich samotnych spacerów długobrody Starzec zapuścił się w rejony Marquenterre. Spoglądając na piaszczystą zatokę ginącą pod kłębiącymi się falami i chłostaną przez okrutne wiatry, pomyślał sobie, że jeśli kiedykolwiek te rozszalałe żywioły miałyby ostatecznie unicestwić tą kruchą ziemię, to dobrze by było, żeby chociaż jej obraz pozostał gdzieś zapisany, aby jej wrażliwe piękno stało się nieśmiertelne.

Starzec pochylił się, nabrał w dłoń sypkiego złotego piasku i dmuchnął w niego leciutko. Lśniące ziarenka zawirowały w słońcu i opadając na ziemię zamieniły się we wspaniałego rumaka. Sierść jego złota jak piasek, grzywa czarna i falująca jak wody oceanu, charakter jego silny, jak nieposkromiona wichura. Zadowolony ze swojego dzieła, Starzec pogładził w zamyśleniu kościstą dłonią koński grzbiet, a jego ręka pozostawiła za sobą czarną linię, jakby wypaloną nieziemskim światłem.

Tak właśnie Pan Bóg stworzył Hensona - złotego rumaka z Marquenterre.

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Marquenterre: odpływ


Rzeka Somma wpadając do kanału La Manche tworzy olbrzymią zatokę. Połacie piaszczystej ziemi porośniętej morskimi glonami i odpornymi na sól malutkimi roślinkami dwa razy na dobę na kilka godzin wynurzają się spod wody tworząc prawdziwie księżycowy krajobraz.

Kiedy trafi się do Marquenterre w czasie odpływu, trudno jednoznacznie orzec, czy jest się nad brzegiem oceanu, czy też rozpościera się przed nami pustynia. Fale uciekły za horyzont, a po piaszczystej równinie spacerują konni jeźdźcy - z daleka, zniekształceni przez słoneczne promienie, wyglądają jak sunąca do oazy karawana. Można wyruszyć w stronę słońca w poszukiawaniu morza, ale choćby się przeszło kilometry, trudno go dogonić. Jest to wyprawa niebezpieczna i można z niej już nigdy nie wrócić, bo piaski mogą się okazać ruchome, a nasz krok wolniejszy od powracającej fali.

Ani ocen, ani stały ląd nie chcą na dłuższą metę przyznać się do tego kawałka piaszczystego pustkowia. Ziemią niczyją zawładnęły mewy, albatrosy, kormorany, stada wędrownych gęsi, wracających z Maroka bocianów, czapli i żurawi. W oddali lśnią futra wygrzewających się w słońcu fok - a może to tylko fatamorgana?

sobota, 4 kwietnia 2009

Y


To nie jest żart, ani efekt działań zorganizowanej grupy wandali zdrapujących literki ze znaków drogowych. W Pikardii w departamencie Somme przy drodze D15 leży wioska, która nazywa się Y. Po francusku brzmi to jak nasze polskie ''i'', choć niektórzy mieszkańcy mówią, że mieszkają w ''igrek'' i każą się nazywać ''ypsilonianami'' i ''ypsiloniankami''.

Jaka jest etymologia tej nazwy? Próżno szukać. Może Y odzwierciedla układ głównych dróg, przecinających malutką osadę, może to pomysł Anglików, którzy stacjonowali tu w czasie I Wojny Światowej, może radosna twórczość jakiegoś szalonego kartografa, albo starożynych Rzymian, którzy pozostawili w Y ruiny swoich willi.

Y szczyci się chlubnym tytułem miejscowości o najkrótszej nazwie w całej Francji. Można jednak czasem odnieść wrażenie, że ta duma głównie służy leczeniu kompleksów, które dręczą ypsilonianów i ypsilonianki z powodu niedoboru liter i dźwięków w adresie zamieszkania. Czemu innemu, jak nie chorobliwej kompensacji ma służyć zawarcie partnerstwa z leżącą w Walii wioską o śpiewnej nazwie Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch?

piątek, 3 kwietnia 2009

Douai: dlatego właśnie lubię Francję, cz.2


Punktem honoru każdego francuskiego miasta jest posiadanie własnego muzeum, nie ważne jakiego: pierwszej wojny światowej albo drugiej, sztuk pięknych albo historii naturalnej, ceramiki albo kowalstwa, lotnictwa, albo chociaż kolei wąskotorowej. Podróżując po Francji trudno nie natknąć się na te wszechobecne ''świątynie pamięci'' i kiedy trafia się do miasta liczącego co najmniej 20 tysięcy mieszkańców, można być pewnym, że miasto to będzie miało swoje całkiem przyzwoite muzeum. I co więcej, naprawdę warto się w nim zatrzymać.

I tak na przykład w Douai, mieście nieco większym, niż moje rodzinne Czechowice-Dziedzice, w budynku, w którym przed Rewolucją miał siedzibę zakon Chartreux, mieści się dziś muzeum sztuk pięknych. Kilkanaście pięknie odremontowanych sal ze skrzypiącym parkietem, a w nich takie perełki, jak wczesnorenesansowe malarstwo włoskie i hiszpańskie, Veronese, Courbet, Renoir, Pissaro, czy zapierający dech świeżością kolorów swoich dziewięciu obrazów poliptyk z Anchin Jeana Bellegambe. W białej nawie byłego kościoła znalazła schronienie kolekcja dziewiętnastowiecznej rzeźby, jest nawet jedna statuetka Rodina, a w bocznych kaplicach można zobaczyć przedmioty średniowiecznego kultu religijnego - relikwiarze ze złotymi wieżyczkami, pożółkłe manuskrypty z oprawami z rzeźbionego alabastru, wysadzane klejnotami kielichy, pastorał ze świętym Michałem przebijającym serce smoka. Na krużgankach ekspozycja czasowa - ponad pięćdziesiąt płócien impresjonisty Henri Martin.

I choć to niedzielne słoneczne popołudnie, w sali z malarstwem średniowiecznym nie jesteśmy sami - grupka dziesięciolatków podbiega do poliptyku z Anchin i staje przed nim z otwartymi buziami. W rękach mają malutkie książeczki z zagadkami, które dostali jako dodatek do biletów - odpowiedzi należy szukać w zbiorach muzeum. Kilkunastu dorosłych w ciszy wsłuchuje się w audioguide - urządzonka wielkości telefonu komórkowego, na których w kilku językach są nagrane komentarze do prawie wszystkich wyeksponowanych dzieł. Wystarczy wstukać odpowiedni numerek i na podkładzie muzyki z adekwatnej epoki miły głos w prostych słowach wprowadzi nas w meandry średniowiecznych technik malarskich, opowie o symbolice flamandzkich płócien i tajnych stowarzyszeniach z początku dwudziestego wieku.

Największy sukces francuskich muzeów polega na tym, że nie są one nudne, ani dla dzieci, ani dla dorosłych. Nie ma filcowych kapci, unoszącego się w powietrzu zapachu stęchlizny i pasty do podłogi, nieczytelnych tabliczek pod niezrozumiałymi obrazami, a pani strażniczka nie zachowuje się jak żandarm, tylko z życzliwym uśmiechem odpowiada na najbardziej nawet niedorzeczne pytania. Dostępność i przystępność kultury są czymś tak oczywistym i całkowicie naturalnym, że nikogo nie dziwi, iż przeciętna rodzina od czasu do czasu po niedzielnym obiedzie, zamiast siedzieć przed telewizorem, wpada na pomysł wspólnego wyjścia do muzeum. I dlatego właśnie lubię Francję.

czwartek, 2 kwietnia 2009

Nesle: dlatego właśnie lubię Francję


Koncert rozpoczął się punktualnie o 20:30. Pianistka, choć nie nagrywa dla Deutsche Grammophon, przez najbliższą godzinę zauroczy słuchaczy. Dziś w programie Chopin: dwa nokturny, cztery preludia, fantazja, ballada, polonez i walc na bis. Słuchaczy jest ponad dwustu - ustawiono bardzo ciasno dwieście krzeseł, wszystkie są zajęte, a kilkanaście osób stoi jeszcze pod ścianami: są dzieci z rodzicami, grupa nastolatek z identycznymi grzywkami opadającymi na oczy, kilka staruszek w niedzielnych garsonkach, panowie z krawatami i muszkami, panie na szpilkach, jedna nawet w wieczorowej sukni.

Może wydać się to dziwne, ale scena ta nie odbywa się w filharmonii, nie jesteśmy w żadnym dużym mieście i nie mamy do czynienia ze snobistyczną elitą. To darmowy koncert zorganizowany przez burmistrza malutkiego ceglanego miasteczka Nesle położonego wśród pól rzepaku i buraków cukrowych, które liczy dokładnie 2487 mieszkańców. Z prostego rachunku wynika, że co dziesiąty mieszkaniec Nesle z własnej i nieprzymuszonej woli, zmęczony po całym dniu pracy, wypastował buty, zawiązał krawat i poszedł w środę wieczorem do ratusza na koncert muzyki klasycznej.

Może właśnie dzięki takiemu podejściu do muzyki ma się potem możliwość posłuchania klasyki najwyższych lotów w bardzo nieoczekiwanych miejscach, jak na przykład podziemne parkingi, przyjęcia weselne, czy nawet gabinet rehabilitacyjny.
- Zna pani ten balet? To "Romeo i Julia" Prokofiewa, piękne, prawda? Ale przecież pani nie jest Rosjanką, tylko Polką! Zaraz poszukamy... to czego sobie dzisiaj posłuchamy przy masażu? Wieniawski czy Górecki?

wtorek, 31 marca 2009

Laon: Templariusze


Pikardyjska równina rozciąga się, jak okiem sięgnął. Pola po horyzont, czasem zatrzymuje wzrok jakaś kościelna wieża, czasem kępa drzew, czasem biegnące sznureczkiem sarny. Na tej płaskiej powierzchni, jak położona na blacie stołu, wyrasta samotna, wapienna skała, a na jej szczycie kamienne miasto. Laon.

Oczywiście pierwsza rzuca się w oczy katedra z pięcioma wieżami, wołami wykutymi w kamieniu i rozetami mieniącymi się kolorami szlachetnych kamieni. Dominuje i przytłacza. Ale jeśli ma się dość sił i ochoty, by stromymi schodkami z nowoczesnego niskiego miasta wdrapać się do wysokiego, które pamięta jeszcze czasy Karolingów, pojawiają się wąskie brukowane uliczki i eleganckie domy średniowiecznych notabli z białego kamienia. Wśród nich, sto metrów na południe od katedry, stoi ukryta w malutkim ogrodzie z wyłamaną furtką kaplica Templariuszy. Nie tak łatwo ją znaleźć, ale w końcu Templariuszom nie chodziło ani o splendor, ani o sławę - swoje interesy finansowe z największymi tego świata woleli prowadzić w tajemnicy, a 15 tysięcy zbrojnych i wyszkolonych wojowników ukrywać pod prostymi habitami.

I nie wiem, czy to oślepienie nagłym przejściem z ostrego słońca w chłodny mrok romańskiej kaplicy, czy naprawdę ciągle można zobaczyć na ścianach ich cienie. Jest ich dwunastu - sześciu rycerzy szlachetnego pochodzienia w białych płaszczach i sześciu braci służebnych w płóciennych habitach. Mają krótko ścięte włosy, bo hańbą jest dla mężczyzny dbanie o własną fryzurę. Stojąc w kręgu szepczą za zamkniętymi drzwiami. Jest czwartek 12 października 1307 roku i wysłannik z paryskiej prowincji przyniósł złe wieści.

- Filip IV Piękny przygotowuje na nas obławę. Nasz wielki mistrz Jacques de Molay przybył już z Cypru do Paryża, by przeciwstawić się królowi, ale obawiam się, że na niewiele się to zda. To wszystko wina tego zdrajcy Esquieu de Floyran. Musieliśmy go usunąć z zakonu za nieprzestrzeganie reguły i żeby się zemścić naopowiadał zmyślonych historii o rzekomych pogańskich praktykach, których się dopuszczamy. Królowi bardzo te wyznania są na rękę. Zapożyczył się u nas biedak i nie ma jak spłacić długu, więc wymyślił sobie, że jeśli znikną Templariusze, to i problem zniknie. Bracia! Chcą nas oskarżyć o herezję i czary, czeka nas proces, tortury i pewnie stos. Trzeba nam uciekać, zrzucić białe płaszcze z czerwonym krzyżem na ramieniu, rozpłynąć się wśród pól i lasów. Zresztą wszyscy wiecie, co robić, od dawna przygotowywaliśmy się na ten dzień. No i nadszedł, nasz piątek trzynastego...

Skrzypnęły ciężkie drzwi, Templariusze jeden po drugim opuścili chłodne mury maleńkiej kapliczki i zniknęli w jesiennym słońcu. Na zawsze.

wtorek, 24 marca 2009

Le Havre: Most Normandii


Zanim Sekwana rzuci się ostatecznie do kanału La Manche, mija z daleka dzwonnice Troyes, przepływa pod mostami Paryża, otacza zwartym pierścieniem katedrę Notre Dame, przeciska się zręcznie między wapiennymi wzgórzami Rouen, oplata serpentynami romańskie opactwa, kołysze statkami w kilku portach. Po pokonaniu 777 kilometrów w końcu dogania uciekające w odpływie granatowe wody oceanu.

Ostatni most, z którym musi się zmierzyć to pont de Normandie, betonowy cud architektury rzucający śmiałe wyzwanie prawom grawitacji. Kiedy w 1995 roku w końcu stanął na własnych nogach, skrócił drogę z przemysłowego Havru do malowniczego Honfleur o ponad 80 kilometrów. 2143 metry długości, z czego 856 pomiędzy filarami o wysokości 214 metrów, tysiące ton stali i betonu. Żeby poczuć potęgę tego kolosa, najlepiej zostawić samochód na parkingu u podnóża mostu i przemierzyć go na piechotę. Stojąc na samym środku, na niteczce drogi zawieszonej 59 metrów nad poziomem wody, pomiędzy leżącymi cichutko w meandrach rzeki wioskami i hałaśliwym portem, można zobaczyć statki-olbrzymy pełne kolorowych kontenerów wpływające z Havru w górę rzeki i te puste wracające w dół, rybackie kutry ruszające w morze, turystyczne promy, jak pływające miasta.

A Sekwana, jakby obojęny jej był cały ten portowy harmider, zręcznie omija niewzruszone filary i wirując w szalonym radosnym tańcu zatraca się całkowicie w mrocznych objęciach oceanu.

środa, 18 marca 2009

Paryż: kino w kinie


Dla kogoś, kto wychował się na filmach kończących się dostojnym stwierdzeniem ''czytał Lucjan Szołajski'', oglądanie francuskiej telewizji jest dość traumatycznym przeżyciem. Wszystkie, dokładnie WSZYSTKIE filmy są dubbingowane: Brad Pitt buczy basem z nieskazitelnym paryskim akcentem, Angelina Jolie piszczy jak przekupka na porannym marche i nawet chińczycy mówią pięknie po francusku. Francuzi zgodnie twierdzą, że to, że praktycznie nie znają nawet autentycznego głosu aktorów, zupełnie im nie przeszkadza, a na zarzut, że przecież co najmniej połowa gry aktorskiej odbywa się na poziomie intonacji, odpowiadają, że aktorzy, którzy dubbingują są wyśmienici, czasami nawet lepsi od oryginału. Kto kiedykolwiek próbował rozmawiać z Francuzami o szkodliwości dubbingu dla artystycznej jakości filmów, wie dokładnie, o czym mówię. W dodatku głos dubbingujący danego aktora we wszystkich filmach jest ten sam - żyje więc gdzieś sobie człowiek, który jest głosem Clinta Eastwooda czy Kate Winslet, tym jedynym i prawdziwym, zakorzenionym w zbiorowej francuskiej świadomości.

Można by pomyśleć, że dla obolałego od podstawionych głosów polskiego ucha, zbawieniem może być oglądanie filmów w kinie, że poważne filmy dla poważnych ludzi będą miały napisy, za którymi będzie można dosłyszeć oryginalne westchnienia, posłuchać jak mówi Nora Jones w My Blueberry Nights, że naziści będą mówić po niemiecku. Nic z tego! W programie przeciętnego kina na prowincji (czyli wszędzie poza Paryżem) przy tytułach wszystkich filmów tkwią złowrogie literki: VF - version francaise. Na filmy w VO (version originale) statystyczny Francuz z zasady nie chodzi i można je znaleźć jedynie w malutkich kinach autorskich. I trzeba się solidnie naszukać.

No więc kiedy w ostatnią niedzielę byliśmy w Paryżu, poszliśmy do kina Arlequin na film Luther w VO. Niszowy seans o 11:30, na sali sami studenci w ponaciąganych swetrach i emerytowani intelektualiści przecierający okulary. Zanim zgasły światła w rzędzie za nami toczy się taka oto rozmowa:
- O , dzień dobry, witam panią! (cmok cmok)
- Dzień dobry, co słychać?
- Skąd ja panią znam? Pani pracuje w banku?
- Nie, w bibliotece...
- A, tak, faktycznie. Zna pani niemiecki?
- Nie, a dlaczego pani pyta?
- Bo to jest film w VO!
- Mam nadzieję, że nadążę czytać napisy.
- Ja się właśnie uczę niemieckiego, mój syn się będzie żenił z Niemką.
- Naprawdę?
- W czerwcu, już wszystko jest zaplanowane: ślub cywilny we Francji, kościelny w Niemczech. Nie wiem, jak my tam wszyscy na to wesele dojedziemy, to osiemnaście godzin drogi pociągiem. I w dodatku przesiadka w Berlinie!
- Nie chcieliście we Francji wesela organizować?
- Toż im to cały czas powtarzam! Ale się uparli, że w Niemczech. Jej to dobrze, bo ma małą rodzinę: jedna siostra, w dodatku panna, no i matka, bo ojciec nie żyje. A u nas, jak się nawet ograniczymy tylko do najbliższej rodziny, to wypada zaprosić ze 150 osób.
- No to faktycznie ciężka sprawa.
- No i ta moja synowa pochodzi ze wschodnich Niemiec, tak jak Luther, mam nadzieję, że ten film pomoże mi lepiej poznać tę kulturę. Wie pani, tam u nich w rodzinie to nikt się francuskiego w szkole nie uczył, tylko wszyscy rosyjskiego. No i ona serów nie lubi, tylko by cały czas chleb z kiełbasą jadła...
- Ma pani rację, to zupełnie inny świat, inna kuchnia, inni ludzie... Chociaż Niemcy to jeszcze nie tak daleko od nas. Gorzej, gdyby to jakaś Słowianka była.
- Ma pani rację, zdecydowanie gorzej.

A Słowianka siedzi, słucha, uśmiecha się pod nosem i miałaby ochotę strzelić jakąś celną ripostę, ale się powstrzymuje. Pojedzie pani do tych wschodnich Niemiec i sama zobaczy, że świat nie kończy się za francuską granicą, i że w sumie byłe NRD to też Europa. Postkomunistyczna, ale jednak.

Ku zdumieniu wszystkich, film był po angielsku. Nawet sam Martin Luther w Wittenberdze nie powiedział ani słowa po niemiecku. Miło było po skończonym seansie wyjść na wiosenne ulice i po prostu cieszyć się słońcem srebrzącym kopuły Sacre Coeur. Gdzieś tam na daleeeeekim wschodzie Europy pewnie leżą jeszcze śnieżne zaspy i przemykają chyłkiem polarne niedźwiedzie.

niedziela, 15 marca 2009

Jumièges: Odnerwieni


W średniowieczu nie było takiej tortury, której by jeszcze nie wymyślono: sprawiających problemy łamano kołem, przemyślnymi cążkami zrywano im paznokcie, a jak i to nie pomogło, to obcinano palce kawałek po kawałeczku, ewentualnie jakiś sutek, ściskano kończyny pomiędzy dwoma deskami i wkręcano w nie śruby, nawijano powolutku jelita na kołowrotki, wyrywano języki, wypalano oczy, nie mówiąc już o paleniu żywcem na stosie w zupełnej ostateczności. A wszystko to w imię wiary, sprawiedliwości, ku pokrzepieniu serc i dla odkupienia duszy nieszczęśnika oczywiście.

Kiedy w 660 roku pochodzący z rodu Merowingów król Franków Clovis II wyruszył na pielgrzymkę do Ziemi Świętej, zostawił swoje królestwo pod rządami żony i najstarszego syna. A że długo nie wracał i w ogóle nie było wiadomo, czy kiedykolwiek wróci, to syn postanowił po swojemu kraj urządzić. Namówił do spisku młodszego brata i razem zbuntowali się przeciwko ojcu i matce. Kiedy Clovis wrócił do Paryża, synowie w otoczeniu zbrojnych oddziałów czekali na niego u bram miasta, jednak nie mieli żadnych szans z wojskami króla. Pokonani i wzięci do niewoli przez własnego ojca, zbuntowani synowie zostali skazani na śmierć. Matka jednak, jak to matka, przebłagała króla, by karę śmierci zamienił na tortury. I to w dodatku bardzo znaczące tortury: takie, które sprawią, że już nigdy nie staną do walki przeciwko własnemu ojcu. A w zasadzie to już nigdy nie staną - na własnych nogach.

Obu zbuntowanych synów poddano operacji tak zwanego ''odnerwiania'', która polegała na przypaleniu tylnej części kolana w celu trwałego uszkodzenia ścięgien i nerwów umożliwiających chodzenie. Zaiste nie brakowało średniowiecznym katom fantazji! Następnie załadowano ''odnerwionych'' braci na drewnianą barkę, zapakowano im trochę jedzenia i puszczono z nurtem Sekwany. Takie symboliczne oddanie przestępców na pastwę losu. Mama z czułością zapaliła synkom świeczkę na ostatnią drogę.

Tratwa dryfowała kilka dni po meandrach Sekwany, minęła zamek w Andelys, przepłynęła pod mostami Rouen i któregoś dnia przybiła do brzegu nieopodal opactwa w Jumieges. Bliskich śmierci okaleczonych młodzieńców znalazł święty Philibert i kazał ich zanieść do klasztoru, w którym to w otoczeniu mnichów dożyli aż do późnej starości. Podobno królowa wiedziała dokładnie, gdzie znajdują się jej synowie i w tajemnicy do końca życia udzielała opactwu w Jumieges pokaźnej pomocy finansowej.

Kiedy spacerując po muzeum sztuk pięknych w Rouen staje się twarzą w twarz z obrazem Enerves de Jumieges namalowanym przez Evariste Vital Luminais, trudno uwierzyć, że cała historia ''odnerwionych'' z Jumieges to tylko legenda. Źródła historyczne niezbicie dowodzą, że Clovis II nigdy nie pielgrzymował do Ziemi Świętej i że zmarł mając 24 lata - jego synowie za życia ojca nie mieli więcej, niż kilka lat i trudno sobie wyobrazić, żeby zbuntowali się przeciwko królowi.

Tylko do kogo w takim razie należą dwa książęce grobowce, które po dziś dzień można oglądać w cieniu wież w ruinach opactwa Jumieges nad brzegiem Sekwany?