środa, 16 grudnia 2009

Reunion: Tkacz towarzyski. Ilustrowany atlas zwierząt cz.2


- Hej hej hej, teren czysty? Nie ma węża?
- Nie ma, wskaaaaakuj staaaary!
- Widziaaaaaaałem go przed chwilą, w trawie przy wodospadzie się chował, cwaniak, kombinował, jak by nam jajka ukraść. Niech no tylko spróbuje się dostać do naszych gniazd, gniazd, gniazd, gniaaaaazd.
- Tak, już go wiiiiiiiiiiiiiiiidze, jak pełznie po pniu, po gałęzi, coraz dalej, i... buuuuum! Prosto do strumienia, hehe! I już po nim, nim, niiiiim!
- Fiuuuuu, aleśmy go wykiwali, co nie? Wiszące gniazda z wejściem od spodu, trzeba było na to wpaść! Główka pracuje, hehe. Nie ma, nie ma, nie ma z nami szans!
- Naprawdę go dziś widziałeś?
- Fiuuuu, to znaczy widziałem taki jakby długi cień, jak to moja babka z Madagaskaru opowiadała, w żółte kropki, ki ki ki kiiii.
- Ty to masz szczęście, ja to go jeszcze niiiiiiiiigdy nie widziałem. Duży był?
- Fiuuuuu, to znaczy bałem się podlecieć bliżej no i nie wiem, może mi się tak tylko wydawało... Ty, patrz! Tam jest! Pod bananowcem! Pełznie tuuuuuu!
- Uciekamyyyyy!

Zapada wieczór i - jak to na Reunion - zapada szybko, wydłużając i malując cienie w złote kropki. Tkacze gadają głośno jeden przez drugiego i będą tak gadać aż zrobi się całkiem ciemno. Wiecznie wystraszone, maniakalnie perfekcyjne, bez przerwy coś tam jeszcze zaplatają, dociągają poluzowane ździebełka, nerwowo kszątają się bez celu. Tymczasem wąż... jaki wąż? Najwyższe naukowe autorytety są co do tego zgodne: na Reunion nie ma i nigdy nie było żadnych węży. Ktoś w końcu mógłby powiedzieć o tym tkaczom...

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Reunion: Koncert życzeń


Dwa miliony lat temu na dnie Oceanu Indyjskiego z gorących wnętrzności ziemskiego globu narodził się wulkan. Jak mówią miejscowi, tak długo pluł i pluł czerwoną lawą, aż wypluł całkiem spory kawałek wyspy i zasnął wyczerpany. Na jego zboczu otworzyła się kolejna ziejąca siarką paszcza, która do dziś z lubością pluje na zachodnie wybrzeże dodając wyspie co roku kilka nowych smolistych hektarów.

Ten kawałek zastygłej lawy o obwodzie dwustu kilometrów to wyspa Reunion, która od czasów kolonialnych jest francuskim departamentem zamorskim. I choć patrząc na mapę świata ma się wrażenie, że to nie prawdziwa wyspa, tylko jakiś błąd w druku, to na tym malutkim kamyczku wrzuconym do oceanu mieści się w miniaturze cały świat. Jest tam pustynia, tropikalna dżungla, kawałek sawanny i zielone pola cukrowej trzciny, plaże ze złotym piaskiem i rafą koralową, wcinające się w morze klify. Na zachodnim wybrzeżu prawie nigdy nie pada, a za to na wschodnie spada rocznie ponad 6 metrów wody. Najwyższy szczyt - Piton des Neiges- ma 3071 metrów wysokości i znajduje się 25 kilometrów w linii prostej od wybrzeża. Od czasu do czasu pokrywa się nawet śniegiem. Są rzeki, wodospady, jaskinie. Odcięte od świata wioski, gdzie ludzie mówią tylko po kreolsku i całkiem normalne europejskie miasta z palmowymi alejami. Wulkany do wyboru są dwa: wolisz wygasły, czy jeden z najaktywniejszych na całej planecie?

Istny koncert życzeń. Mówisz i masz. Tylko od czego tu zacząć?

sobota, 12 grudnia 2009

Reunion: Kardynał. Ilustrowany atlas zwierząt cz.1


Kiedy sucha i chłodna zwrotnikowa zima kołysze łagodnie białymi piuropuszami kwiatów cukrowej trzciny, kardynał z Reunion w zasadzie niczym się nie różni od naszego poczciwego szaro-burego wróbelka. Może tylko komfortem gniazda, które w ptasiej skali naprawdę zasługuje na pięć gwiazdek. Trzeba się nieźle namęczyć, znaleźć działkę budowlaną z widokiem na ocean, naznosić trawek, pociętych w paski palmowych liści i innych kłaczków, żeby utkać misterny domek zawieszony na czubku gałęzi. Z przedpokojem, oczywiście, bo pani kardynałowa nie lubi, jak jej wieje do wyścielonej mchem sypialni. A najlepiej to takich domków wybudować kilka, żeby ukochana mogła sobie spokojnie wybrać, w którym z nich ma ochotę wysiadywać potomstwo. Kiedy roboty budowlane są skończone, trzeba się wystroić w czerwoną koszulę i cierpliwie czekać na pierwsze wiosenne październikowe deszcze. Jak tylko spadną, można będzie w końcu ruszyć na podryw.

czwartek, 10 grudnia 2009

Reunion: Podróż


Siedząc wygodnie w ciepłym brzuchu olbrzymiego boeinga 747 mknącego ponad tysiąc kilometrów na godzinę nad świetlistą równiną chmur, trudno sobie wyobrazić, że kiedyś była to podróż życia i nie wszyscy docierali do celu. Z Hawru pod płóciennymi żaglami wypływało się na ocean, by żeglując wciąż dalej i dalej na południe po pięciu miesiącach dotrzeć do przylądka Dobrej Nadziei. Potem jeszcze miesiąc drogi na Madagaskar i stamtąd tydzień na wschód. Wyspa witała marzycieli czarnymi nożami przybrzeżnych skał i jak wszystkie ziemie obiecane miała to do siebie, że trzeba było walczyć o każdy jej centymetr. Wrogowie to nie tubylcy, których nigdy tu nie było, tylko rozszalała natura, pożerająca wszystko roślinność, strumienie parzącej lawy, pojawiające się niespodziewanie rwące potoki, skaliste urwiska, dreszcze malarii i nieodparte pragnienie powrotu do świata, który jest zrozumiały i przewidywalny.

Dziś kapitan wita państwa serdecznie na pokładzie, za chwilę zaserwujemy ciepły posiłek, do wyboru lasagnes i pieczony kurczak, wyświetlimy także trzy filmy, w kieszeni fotela znajdą państwo słuchawki. Morskie burze łamiące maszty zostały dziesięć kilometrów pod nami, ikonka samolotu niestrudzenie przesuwa się po ekranie, właśnie niepostrzeżenie wpłynęliśmy na Morze Śródziemne.

Kiedy po jedenastu godzinach lotu postawiliśmy stopy na stałym lądzie, ciepłymi ramionami otoczyło nas pachnące kwiatami powietrze.

Jest koniec listopada, na Reunion właśnie zaczyna się lato .


niedziela, 22 listopada 2009

Pierrefonds: Eugène Viollet-le-Duc


Konserwację zabytków w XIX wieku rozumiano bardzo specyficznie. Modne było posiadanie ''romantycznych ruin'', w których można by wydawać przyjęcia, recytować poezję i kontemplować nieuchronny upływ czasu, a równocześnie powolutku zaczynał się już budzić neo-gotyk ze swoją fascynacją średniowiecznymi kamiennymi potworami, opuszczonymi zamkami i niezrozumiałymi katedrami. Tak więc nierzadko w przypływie romantycznego zapału rozbierano całkiem dobrze trzymające się budowle, a tam, gdzie ruiny już były, inwestowano olbrzymie kwoty, by przywrócić im dawną świetność.

Takim właśnie ''od-budowywaczem'' starych ruin był brodaty architekt Viollet-le-Duc i trudno znaleźć we Francji średniowieczną budowlę, którą odnowiono by w XIX wieku bez jego udziału. Miał on na restaurację zabytków dość osobliwy pomysł: Odnawianie budowli wcale nie polega na tym, żeby ją zakonserwować, naprawić, czy odbudować. Odnowić znaczy nadać formę kompletną, nawet jeśli dana budowla nigdy w tym stanie nie istniała.

No i powstawały średniowieczne budowle, jakich samo średniowiecze nigdy nie widziało: na fasadzie Norte Dame w Paryżu pojawiły się dziwne diabełki, aniołki i inne skrzydlate gnomy, w tympanonie bazyliki Marii Magdaleny w Vezelay zaroiło się od hybryd z ludzkimi ciałami i głowami zwierząt, Avignon zyskał nie broniące przed niczym całkiem nowe mury obronne.

W Pierrefonds natomiast zbudowano zamek. Ruiny XII-wiecznej warowni stojącej na wzgórzu wśród świetlistych lasów Compiegne należały do Napoleona III, któremu marzyły się pałace bardziej królewskie od królewskich. Zatrudnił więc Violet-le-Duc, który ruiny te uśredniowiecznił zgodnie ze swoją fantastyczną wizją. Wybudował olbrzymie komnaty z kolorowymi malowidłami, kaplicę z witrażami, brukowane dziedzińce z renesansowymi galeryjkami na których czają się stada kamiennych smoków, a przede wszystkim cały las wież, wieżyczek i innych iglic. Przez ponad 25 lat mieszkańcy malutkiego miasteczka u stóp zamku słyszeli stukanie młotów o kamienne bloki i patrzyli ze zdumieniem, jak dzień po dniu ruiny przemieniały się w baśniowy pałac. Któregoś dnia budowlany harmider nagle ucichł: zabrakło głównego architekta. Violet-le-Duc zmarł i nikt już nie wiedział, jak interpretować jego plany, ani co tak naprawdę przedstawiają naszkicowane szybką kreską rysunki. Nikt nigdy nie zatańczył w olbrzymich salach balowych, nikt nie odpoczywał w sypialni z kilkumetrowym kominkiem, nikt nie wziął ślubu w zamkowej kaplicy.

Forma kompletna pozostała na zawsze niekompletna.


piątek, 20 listopada 2009

Ourscamp: Ruiny


Przepraszam, czy może pan jeszcze raz powtórzyć, panie Radix de Sainte-Foy? Mamy rozebrać dach? Ale on jest w całkiem dobrym stanie, to porządna średniowieczna robota, nie ma sensu go wymieniać. Chwileczkę, nie rozumiem. To znaczy, że mamy zdjąć dach i nie kłaść już nowego? Przecież woda się będzie do kościoła lała, na posadzkę! Proszę? Posadzkę też mamy zdjąć? Wiem, że pan to opactwo w czasie Rewolucji kupił i że może pan z nim zrobić co tylko panu do głowy przyjdzie. Wiem, wiem, że pan nam płaci. Ale może się pan jeszcze zastanowi? Bo wie pan, tu się cuda kiedyś działy! Podobno tu sam święty Eloi tysiąc lat temu pierwszą kaplicę budował. Starzy mnisi opowiadali, że niedźwiedzie, których w głuszy lasów Compiegne było niegdyś sporo, zjadły woły ciągnące wozy z kamiennymi blokami i że wtedy święty Eloi za karę zaprzągł te niedźwiedzie do roboty. Stąd podobno wzięła się nazwa tego miejsca: Ourscamp, czyli Niedźwiedzie Obozowisko. Niech pan z bożym gniewem nie igra! No już, już, bierzemy się do roboty... tylko niech nam pan jeszcze powie, dlaczego chce pan dwunastowieczne cysterskie opactwo obrócić w ruinę? Chce pan sprzedać kamienie? Nie? To po co? Co pan mówi? Żeby stworzyć romantyczny pejzaż? Żeby tu potem przyjęcia urządzać? Żeby do fasady dobudować sobie pałac? Niech pan wybaczy, ale nic z tego nie rozumiem.


środa, 18 listopada 2009

Laon: Powrót do raju


Najpierw trzeba przekupić cherubina. Soi pod drzwiami katedry z głupawym uśmieszkiem, najwyraźniej kiepsko mu się ostatnio powodzi: nie ma skrzydeł ani aureoli, ognisty miecz wymienił na brudny kaszkiet, który trzyma w wyciągniętej w twoją stronę dłoni, w środku błyszczy kilka monet. Dorzuć jeszcze jedną, a cherubin w głębokim ukłonie sycząc przez zęby Bóg zapłać otworzy przed tobą bramy rajskiego ogrodu.

Nie kłamały starożytne pisma, ogród rzeczywiście nie ma kresu, za każdym kamiennym pniem jest jeszcze następny i następny, a potem już tylko oślepiające światło. Nie ważne, że wcale nie jesteś nagi i że już doskonale wiesz, jak smakuje owoc drzewa poznania dobra i zła. Gdzieś tu przecież musi być jeszcze drzewo życia, w cieniu którego odpoczywa Wszechmogący, wystarczy dobrze poszukać...

Nad tobą, na granicy błękitu, gałęzie splotą się niepostrzeżenie w misterne sklepienie.


poniedziałek, 16 listopada 2009

Paryż: Nie dla młodych mężatek


Niedziela w Paryżu. W programie wystawa malarstwa flamandzkiego i koncert afrykańskiego chóru gospel, kolacja w ulubionej brasserie niedaleko Louvre'u. Słodka sielanka we dwoje, romantyczny ciepły jesienny wieczór i naprawdę wszystko byłoby perfekcyjne, gdyby nie zdumiewający plakat, który nagle ukazał się naszym oczom:


Po pierwszym lekkim szoku emocjonalnym przychodzi kolejny, bardziej traumatyczny, przy bliższej lekturze pokaźnej listy wystawców: adwokaci, notariusze, komornicy, prywatni detektywi, banki, psychoterapeuci, agencje ubezpieczeń, korepetytorzy, chirurdzy plastyczni, dermatolodzy, wizażyści, masażyści, kluby fitness, sklepy z bielizną, agencje nieruchomości, transport przeprowadzek, architekci wnętrz, biura turystyczne, agencje matrymonialne, itd, itp.

W końcu nic dziwnego - jedno na dwa zawarte małżeństwa kończy się rozwodem, a rocznie we Francji orzeka się ich ponad 130 tysięcy. Doliczając do tego separacje związków nieformalnych, których jest znacznie więcej niż rozwodów, tworzy się nam pokaźna grupa docelowa tego typu imprez. Ktoś to wszystko całkiem sprytnie przekalkulował.

Szkoda tylko, że jakoś tak inaczej zaczyna się patrzyć na te wszystkie uśmiechnięte paryskie pary trzymające się za ręce... Czar prysnął.

sobota, 14 listopada 2009

Saint Omer: Święty Erchembod


Tup tup.
Różowe, zielone, brązowe, z czerwonym kwiatuszkiem.
Tup tup.
Sznurowane, ze sprzączką, na rzepy.
Typ tup.
Małe, malutkie i te całkiem maciupeńkie.
Tup tup.
Dziecięce buciki para za parą zbiegły się do białej katedry Saint Omer, wskoczyły na kamienny sarkofag i oświadczyły świętemu Erchembodowi, że nie ruszą się z miejsca dopóki nie wysłucha on ich prośby. A o co proszą? O to, żeby te stópki w czerwonych rajtuzkach, co je nosiły, mogły znów tak jak kiedyś biegać i skakać, żeby choroba zostawiła je w spokoju. Żadna frajda być bucikiem dziecka, które nie może chodzić.

No więc może niech się Święty wstawi za nami, tyle się ponoć Święty nachodził jako biskup po tej swojej olbrzymiej diecezji Therouanne, od Ypres aż do rzeki Sommy! Wiemy, że to było ponad dwanaście wieków temu i że może Święty jest już teraz daleko, że może wrócił do swojej rodzinnej Irlandii, ale gdyby się dało coś w naszej sprawie wybłagać, to my bardzo prosimy.

Boczna nawa katedry powoli pogrąża się w półmroku. Dobiegający spod ogranów donośny głos kościelnego informuje, że za pięć minut koniec zwiedzania. Wysoka brunetka, na oko koło trzydziestki, wyciąga z kieszeni kurtki parę dziecięcych bucików, szybkim gestem stawia je na kamiennym grobowcu: skórzane, niedbale zawiązane przybrudzonymi sznurówkami, z lekko startą podeszwą. Chwilę patrzy na nie w milczeniu, potem przyklęka i odchodzi ze spuszczoną głową.

Buciki stoją w nieruchomym szyku. Nie słychać żadnego tup tup. Kościelny gasi świece.

piątek, 13 listopada 2009

Dyniowa zupa z dyni


We francuskiej kuchni warzywa mają swoją własną jarzynową tożsamość. Nie udają kogoś, kim nie są, nie stroją się w wyszukane przyprawy, nie starają się ukryć swojego smaku za bulionem w kostce czy pod bezpieczną panierką. Jakby wszystkie przeszły wieloletnią warzywną psychoanalizę: są po prostu sobą i wcale się tego nie wstydzą.

Taka jest właśnie jesienna zupa z dyni: w najwyższym stopiniu dyniowa. Do jej zrobienia potrzebna jest... dynia. No i jeszcze kilka składników, które i tak każdy zawsze ma w domu: trochę masła, śmietany, sól, cukier i gałka muszkatołowa. Zaczynamy!

Dynię przekrawamy na ćwiartki, usuwamy pestki, obieramy ze skórki, kroimy w kostkę. W garnku topimy masło, podsmażamy na nim leciutko dynię, zalewamy wodą i gotujemy tak długo, aż się praktycznie rozgotuje. Miksujemy bardzo dokładnie. Doprawiamy śmietaną, solą, cukrem, gałką muszkatołową. I już. Gotowe.

Zjadamy z pajdą chleba o smaku chleba z masłem o smaku masła.