Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bretania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bretania. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 listopada 2021

Najwyższa



Daleka jest droga, zachłanny ocean

Lecz dopiero gdy staniesz na wyspie najwyższej 

Rozpoznasz sny 

Odnajdziesz siebie, sam na sam, twarzą w twarz  

Odzieje cię niebo, otuli wiatr

Zabłysną słońcem twoje dłonie 

Wyciągnięte ku temu, którym się staniesz

Synku


























































































































































niedziela, 19 sierpnia 2018

Wprawki z logiki: Cień



- Wiesz, mamo, jak się bawiłem w morzu, to ta pani stała obok mnie. I jak nabrałem wody do wiaderka, to wziąłem też trochę jej cienia. Ona teraz będzie mieć dziurę w swoim cieniu, myślisz, że zauważy? 

niedziela, 14 stycznia 2018

Ouessant: Proëlla




Jeszcze gładzi dłonią szorstkie pukle na grzbiecie owiec, jeszcze ciągnie je za sobą przywiązane do zardzewiałego łańcucha, jeszcze wbija palik w świeżą trawę. Ona jeszcze nie wie. 

Dziś rano do portu przypłynął statek, a wraz z nim wiadomość. Trzeba znaleźć nestora rodu, mężczyznę, który ją udźwignie. Nie jest łatwo być najstarszym, grand-père Yves Amadru przyciska do piersi czarny kapelusz, ból losu jeszcze bardziej przygina go do ziemi, wolałby już to miejsce odstąpić innym. 

A ona jeszcze zbiera drewno na głazach przylądka Pern, na wyspie Ouessant nie ma żadnych drzew, po opał chodzi się nad ocean. Sztorm był łaskawy, naniósł gałęzi, jeszcze trzeba je powiązać i zanieść do domu na plecach. Ona jeszcze nie wie. 

Wielu Amandru mieszka na wyspie, ze dwadzieścia chat, za każdym razem Yves trzykrotnie uderza pięścią w drzwi, formuła jest zawsze ta sama, łamie mu się głos: 

"Oznajmiam wam, że dziś wieczorem będzie proëlla u Soazic Amandru."  

A Soazic jeszcze krząta się w kuchni, dogląda kociołka obsypanego żarem, ustawia na stole drewniane miski. Ona jeszcze nie wie. 

Gdy już wszyscy zbiorą się na podwórku, dłuższą chwilę będą stać w ciemności. W oknie zarysuje się jej sylwetka, jeszcze pochyli się nad kołyską, jej usta poruszą się w rytm starej piosenki, a potem grand-père Yves trzykrotnie zapuka w szybę. Ona otworzy drzwi i tłum żałobników czarną falą zaleje izbę. Niepotrzebne jej będą słowa grand-père "Oznajmiam ci, że dziś wieczorem proëlla jest u ciebie". Nagle zda sobie sprawę, że zawsze, przecież zawsze wiedziała, że tak naprawdę jest i zawsze będzie całkiem sama. Zanoszące się płaczem kobiety uprzątną miski, rozłożą biały obrus i pobłogosławią go gałązką bukszpanu zanurzoną w święconej wodzie. Tak właśnie przygotowuje się miejsce dla proëlli, małego krzyżyka wyrzeźbionego z wosku, bielutkiego, jak jego ciało, którego nie odnaleziono. I będą się modlić i śpiewać, jakby znowu tu był: ten, którego nigdy tu nie było. 

Jutro rano do drzwi zastuka ksiądz, mężczyźni poniosą krzyżyk na ramionach do kościoła, każdy po kolei, uginając się pod ciężarem, jakby to naprawdę była trumna. Czarny orszak wypełni ulice Lampaul teatralnym zawodzeniem, rozedrgają się dzwony. Po mszy proëlla dołączy do setek innych kruchych krzyżyków w specjalnej cmentarnej kaplicy. Jako dowód śmierci na morzu, na którą przecież nie ma żadnego dowodu. 

Tymczasem ona jeszcze nie wie i wracając do domu wąską ścieżką na krawędzi klifu po raz kolejny odpędza myśl, że gdyby tak skoczyć w dół, w ten mglisty ocean oczekiwania, to może z ramion wyrosłyby skrzydła. 


czwartek, 17 sierpnia 2017

Ouessant: Bez klucza



Do samochodów na Wyspie mają prawo tylko miejscowi, nasz został na kontynencie i gdy przypływamy do portu Stiff zarezerwowane wcześniej rowery już na nas czekają. Do każdego wypożyczonego roweru transport bagaży na miejsce noclegowe gratis i choć wszystkie te maleńkie osady mają tu jakieś swoje nazwy, chłopak w porcie nie pyta nas, gdzie będziemy mieszkać, tylko u kogo. Ouessant liczy 800 stałych mieszkańców, wszyscy się znają, kartografia wyspy jest zapisem ludzkich historii, relacji, zależności. 
- To już wszystko, możecie jechać.
- A nie macie jakichś kłódek, żeby nam tych pięknych rowerów nie ukradli?
- Nie ma takiej potrzeby, na Wyspie nie ma złodziei.

Zamieszkaliśmy u Elen. Biały domek na wzgórzu z widokiem na drugi brzeg doliny, tuż za podstawówką w Lampaul, jak to dobrze, że rowery miały przerzutki. 
- To mój dom, zostawiam go pod waszą opieką. Tu jest łazienka, tu sypialnia, tu płyty z jazzem, tu wyspiarska literatura, zioła rosną tutaj, a tu jest garnek do gotowania krabów.
- A gdzie są klucze?
- Gdzieś tu powinny być... Jak chcecie, to oczywiście możecie zamykać dom, ale nie jest to konieczne, na Wyspie nie ma złodziei.

Na Ouessant nie rosną żadne drzewa i przez wieki jedyne drewno, jakie można tu było znaleźć pochodziło z roztrzaskanych o skały żaglowców. Ocean przynosił do kamienistych zatoczek fragmenty kadłubów, połamane maszty, niekiedy całe meble, wypchane ubraniami kufry i ciała topielców. Umarłych chowano na przybrzeżnych cmentarzach, a drewno wyciągano na brzeg i zostawiano do wyschnięcia. Znalazca kładł na swoim skarbie biały kamień i tyle wystarczało do oznaczenia własności respektowanej przez całą wyspiarską społeczność. Bowiem na Wyspie naprawdę nie ma złodziei. 

Jak to możliwe, Wyspo? Co takiego robisz z nami, żeśmy tu inni? Czyżby lepsi? Bliżsi innych, bliżsi siebie? Wyprani z brudu przez Ocean? Uwolnieni spod kłódek, zamków i kluczy? Z ufnością powierzeni Twojej opiece?

czwartek, 3 sierpnia 2017

Ouessant: Wyspa Kobiet




Na Ouessant porty są dwa: spoglądający w stronę kontynentu nad wodami zdradzieckiego Fromveuru Stiff i Lampaul, ukryty w głębokiej zatoce otwierającej się na Ocean. To tu chłopcy wsiadali do chybotliwych rybackich łódeczek, na pokład dumnych królewskich żaglowców i na olbrzymie jak wieloryby statki handlowej floty. Tych młodych zawsze było najwięcej. Głodny silnych ramion i twardych charakterów wyspiarzy Ocean zabierał matkom chłopców i rzadko kiedy oddawał mężczyzn. Wpatrując się w ginące za horyzontem maszty, przytrzymywały ręką wstążki białych czepców, wiatr podwiewał sięgające kolan wełniane spódnice. Taka właśnie jest odwieczna kolej rzeczy: mężczyźni należą do oceanu, a kobiety zostają w porcie. Ouessant od zawsze była wyspą kobiet. 

Ta kobieca społeczność, o mocnej strukturze i tradycji, scementowana koniecznością walki o przeżycie w obliczu żywiołów, przetrwała w niezmienionym kształcie prawie do lat '60, kiedy to dzięki regularnym połączeniom promowym z Le Conquet Wyspa znacznie przybliżyła się do kontynentu. Na Ouessant to kobieta była władczynią domu i rodziny, strażniczką wyspiarskiego języka i pieśni. Do niej należały owce, pastwiska, poletka gryki i pszenicy, skrzydła maleńkich wiatraków (każda rodzina miała swój!), kamienne domki. Podział tego skromnego majątku odbywał się wyłącznie w damskim gronie i to kobiety prosiły tu mężczyzn, nawet tych o wiele młodszych, o rękę, trzeba było się spieszyć, nim połknął ich Ocean. Na wyspie nie można było na nich liczyć, a przecież trzeba "coś jeść, gdzieś mieszkać, w coś się ubrać i rozpalić ogień", jak mówiono tu jeszcze nie tak dawno. Kobieta Ouessant nie miała innego wyjścia, musiała być silna i samowystarczalna. 

Mężczyzna był tu zawsze wielkim nieobecnym. Jeśli już czasem pojawiał się u drzwi jak zbłąkany wędrowiec, to tylko na ulotną chwilę, ciągle w drodze, jego dotyk jak morska fala. Nie miał żadnych obowiązków, ale też żadnych praw, nawet nie mógł wybrać sobie żony, która i tak nigdy nie nosiła jego nazwiska. Nie potrafił się niczym zająć na wyspie, uprawa roli i hodowla owiec to domena obecnych, o niczym nie decydował, nic do niego nie należało. Życie na wyspie doskonale toczyło się bez niego, czy w ogóle był komuś potrzebny? Odwieczny przechodzień, zawsze w ruchu, zostawiał po sobie jedynie tęsknotę brzmiącą w płaczu tulonych do piersi dzieci. I odległy posmak miłości, kryształki soli porzucone przez odpływ w zagłębieniach skał.

Dziś ostały się tylko dwa wiatraki, lecz żaden z nich już nie mieli ziarna. Kamienne domki wynajmują letnicy, zarastają cierniami leżące odłogiem pola. Historia ujarzmiania Wyspy przez kolejne pokolenia kobiet, zapisana kamiennymi murkami przecinającymi równinę, powoli staje się zupełnie nieczytelna. Jednak powiem wam w sekrecie, Siostry z Ouessant kroczące z podniesionymi głowami w procesjach Proelli*, że każdy centymetr tej bezdrzewnej wyspy wciąż przerośnięty jest waszymi korzeniami. 


*Celebrowana na Ouessant ceremonia pogrzebowa zaginionych na morzu. 

Inspiracje: Françoise Péron, Emmanuel Fournier, "Se confier à l'île", Locus Solus, 2015

piątek, 28 lipca 2017

Ouessant: Dom



Widziałam go z daleka, pod światło, upiorna sylwetka rysowała się na szczycie wzgórza, jak ruiny średniowiecznej fortecy. Ścieżka wśród wrzosowisk okazała się zbyt wąska, by kontynuować jazdę na rowerze i ten zachód słońca uciekł mi już jakiś czas temu, ale tajemnica samotnego domu nie pozwalała zawrócić, pragnienie by spojrzeć na Ouessant spod jego murów rosło z każdym krokiem. Wrzosowiska ustąpiły miejsca falującym dywanom miękkiej trawy, trawa nagim skałom i nagle ze zdumieniem zdałam sobie sprawę, że nigdy nie uda mi się tam dotrzeć! Przede mną otwierała się hucząca przepaść, na jej dnie czarne wody przypływu wirowały w skalnych zakamarkach. Niespodziewany podmuch wiatru i zdrowy rozsądek kazały się cofnąć o krok. Kamienny dom stał na wyspie, kilkaset metrów ode mnie, po drugiej stronie przerażenia.  

Po powrocie długo przyglądałam się mapie i satelitarnym zdjęciom: to musiała być wyspa Keller, na północ od Ouessant. Kilometr długości, 500 metrów szerokości, skała wystająca z oceanu na 40 metrów, płaska niczym stół. Żadnego portu, żadnej drogi, żadnego drzewa. Tylko jeden, jedyny dom. Podobno kiedyś mieszkali tam pasterze wypasający owce, a w połowie XIX w. wystawiono wyspę na sprzedaż. Kupiły ją dwie zamożne wdowy po admirałach z Ouessant, a aktualny właściciel wyspy jest dalekim potomkiem jednej z nich.

Nie ma tam ani słodkiej wody*, ani elektryczności, a światło, które widziałam z oddali, musiało być płomykiem naftowej lampy. Przed drzwiami domu stało kilka osób, także na pobliskiej skale poruszały się dwa cienie. Powiększam nieudolne zdjęcia i zastanawiam się, kim są, o czym rozmawiają, jaka historia układa się między nimi w tym miejscu zredukowanym do absolutnego minimum, wyobraźnia pisze kryminały, mroczne "huis-clos", psychologiczne thrillery.

Było już prawie zupełnie ciemno, gdy w końcu udało mi się odnaleźć zostawiony na wrzosowisku rower. Gdy wjechałam do wioski, smuga światła latarni Creach raz po raz wydzierała nocy fasady domów, świerszcze śpiewały znajomo, pachniało sianem i piekącym się waniliowym ciastem. Tak zupełnie niepostrzeżenie Ouessant objawiła mi się jako wyspa udomowiona i bezpieczna. Za każdym końcem świata zawsze jest jeszcze jakiś następny. 


* Rozwiązaniem tego problemu z pewnością jest deszczówka. Przypomina mi się tu rozmowa dwóch latarników mieszkających w pobliskiej latarni La Jument w filmie "Equipier":
- Skąd bierze się tu słodka woda?
- Z deszczu.
- A kiedy nie pada?
- Zawsze pada.

wtorek, 25 lipca 2017

Ouessant: Na krawędzi




Ouessant mierzy 8 km na 3. Tylko tyle i aż tyle, zatoki i półwyspy zazębiają się w rytmie fal, a nadbrzeżna ścieżka obiegająca prawie całą wyspę ma ponad 45 km. Rowerom wstęp wzbroniony, ścieżka jest szeroka jedynie na tyle, by od czasu do czasu w zadumie jedna stopa mogła zatrzymać się koło drugiej. Po prawej - świat oceanu, przerażający bezkresem, nieujarzmiony, pełen podwodnych skał prujących brzuchy statków, nieprzewidywalnych prądów i wirów, w nieustannym ruchu, niepewny i zmienny. Po lewej - łagodnie rozciągnięte po horyzont wrzosowiska, pastwiska z czarnymi kropkami owiec, skrzydła wiatraków. Gdzieniegdzie malutkie osady, po kilka niziutkich kamiennych domków kurczowo trzymających się ziemi, przestrzeń oswojona i pocięta na kwadraty liniami kamiennych murków. Nadbrzeżna ścieżka jest granicą tych światów i stąpając po niej można się poczuć jak strażnik na obchodzie obronnych murów cytadeli. Znaleźć się "poza", "pomiędzy", "na marginesie".  

To właśnie ta graniczna linia przyciąga najbardziej, ku niej kieruje się każdy spacer, każda rowerowa wyprawa. Na Ouessant drogi nie prowadzą do miasta, ku ludziom, lecz wszystkie zdają się pochylać w kierunku oceanu. Którejkolwiek byś nie wybrał, powiedzie Cię na ścieżkę na krawędzi. 


poniedziałek, 17 lipca 2017

Ouessant: Lustro




Od dłuższego czasu prawie każda podróż zabiera mnie na jakąś wyspę i tak naprawdę to zupełnie obojętne, czy to kipiąca ogniem Reunion, niebieska Martynika, czy któryś z bretońskich archipelagów. Bowiem wyspa to nie tylko miejsce na mapie, ale przede wszystkim szczególny stan ducha, bieg idei, wrażliwość serca. 

Dokładnie określona w swoich morskich granicach, "gestalt", forma wyodrębniona z całości, wyspa staje się soczewką, wszystko w sobie skupia, wszystko w sobie zawiera. Choćby nawet jakaś myśl wyrwała się w stronę stałego lądu, nie poszybuje dalej, niż wyrastająca ze skał Phare de la Jument, lotem mewy okrąży jedynie czerwoną latarnię, przysiądzie na chwilkę na barierce i wróci, gdyż na wyspie odbite od lustra oceanu wszystko do nas wraca. Doznania zdają się bardziej intensywne: światło jest cięższe, cisza bardziej gęsta, śpiew świerszczy czasem nieznośnie głośny. I nawet ludzie mają mocniejszy charakter. 

Tonąc w bezkresie fal, wzrok kieruje się do wewnątrz i próbuje uchwycić się detali. Cała przestrzeń ugina się pod tym nowym pragnieniem dostrzegania. Na wyspie człowiek dziwi się wszystkiemu: fakturze skał, lśnieniu wyrzuconych na brzeg muszli, miękkości owczej sierści, wieczornym szeptom traw. Człowiek dziwi się na nowo i tak po prostu. I w tym nowym spojrzeniu jest miłość, bo tylko ten, kto kocha, potrafi patrzeć inaczej. 

niedziela, 16 lipca 2017

Ouessant: Wyspa




Prom z Le Conqeut płynie na Ouessant półtorej godziny i to wystarczająco dużo czasu, by słony wiatr zdmuchnął z naszych myśli jak ziarenka piasku wszystko to, co nie jest nam absolutnie niezbędne. Płyniemy na Zachód, jeszcze dalej, niż Zachód, poza najodważniej w morze rzucone przylądki, poza przerażający prąd Fromveur niosący wody przypływu do kanału La Manche, poza krańce Finisteru, poza krańce Ziemi. Ocean dziś gładki jak błękitny obrus, lecz przypięta nad okrętowym bufetem mapa wraków przypomina, że to nie byle jaka przeprawa i że nie bez powodu na Wyspie prawie nie ma rybaków. 

Gdy zejdziemy ze statku i na rowerze wdrapiemy się na szczyty klifów, Wyspa objawi się nam jako patchwork światła i kolorów, pajęczyna zielonych dróżek i kamiennych murków, mikrokosmos obrysowany drżącą linią niepewnego brzegu. Jednak teraz, w pół drogi między kontynentem i czarnymi ostrzami skał, Ouessant jest wciąż jeszcze zamkniętą w sobie kropką na mapie. Niematerialnym punktem dążącym do jakiejś obiecanej nam nieskończoności. 

czwartek, 15 września 2016

Bréhat: Phare des Héaux

Latarnia Héaux de Bréhat widziana z Pleubian w czasie przypływu

Wejdźcie teraz ze mną do środka po drabince z miedzianych szczebli umocowanych w skale. (...) Jesteśmy na pierwszym piętrze. Wokół nas magazyny z drewnem i linami. Nad naszymi głowami cynowe skrzynie z zapasami rzepakowego oleju, który zasili latarnię oraz beczki wody pitnej dla trzech latarników, 50 litrów na tydzień. 

Armand de Quatrefages, z zawodu lekarz, który pisywał czasem dla "Revue des deux mondes" o rozmaitych farmaceutykach, tym razem dzieli się z czytelnikami wrażeniami z wizyty w nowo zbudowanej latarni morskiej. A wrażenia tego lutego 1840 r. zaiste są pamiętne. Wystające z oceanu skały dzieli od wyspy Bréhat ponad 10 km, które trzeba przebyć w rybackiej łódce. Kiedyś pływały tu większe statki transportujące bloki granitu z Morvil ciosane na budowę latarni według nowatorskiego projektu młodego architekta Léonce Reynaud ("żadnego cementu, tylko kamienne wypustki pasujące do siebie jak klucz do zamka!"), ale odkąd ukończono roboty, żaden kapitan przy zdrowych zmysłach nie zapuszcza się w te niebezpieczne rejony: podwodne głazy prujące kadłub, kilkunastometrowe fale, silne prądy, wiry... tylko rybacy z Bréhat dają się namówić na przeprawę i to dopiero po odpowiedniej dozie calvadosa. Latarnię budowano cztery lata, kolejne sztormy opóźniały prace, kolejne statki transportujące granit zawracały w połowie drogi, kolejne przedsiębiorstwa budowlane zrywały kolejne umowy, do kosztorysu trzeba było dopisywać kolejne linijki. Gdy w końcu 1 lutego 1840 r. mieszkańcy Bréhat po raz pierwszy ujrzeli lśniące 47 m. nad linią horyzontu białe światło, zdejmowali czapki z głów i mówili o cudzie.

Na trzecim piętrze znajduje się kuchnia i spiżarnia, dokładnie na poziomie pierwszej galeryjki, a nad nimi sypialnie latarników, po jednej na każdym z trzech kolejnych pięter. Na siódmym piętrze natraficie na pokój z wypastowanym parkietem i gipsowymi sztukateriami. To pomieszczenie dla inżynierów, którzy od czasu do czasu kontrolują, czy latarnia dobrze działa. Tutaj, pośrodku oceanu, sto stóp nad jego powierzchnią, znajdziecie wygody i prestiż godny paryskiego apartamentu. Obrazy na ścianach, mahoniowe meble, kominek z brązu i marmuru. To pomieszczenie, które przez większość czasu nie jest zamieszkane, spełnia we francuskich latarniach morskich funkcję dyscyplinarną: nieustannie przypomina latarnikom obecność szefa.   

Quatrefages wspina się następnie do służbówki, w której składowane są przedmioty niezbędne do podtrzymania ognia, dzbany z olejem i zapasowe lampy, a stamtąd po drabince wchodzi w końcu na najwyższe piętro, gdzie znajduje się chroniona przez olbrzymi szklany klosz lampa.

Jest to swego rodzaju szklana beczka, której kręgi są pryzmatami z tej samej substancji i która posiada od góry i od spodu swoiste żaluzje składające się z kilku rzędów ukośnych luster. 

Quatrefage pochyla się w zachwycie nad skomplikowaną lampą, próbuje zrozumieć zasady optyki geometrycznej, której poświęci większą część artykułu dla "Revue des deux mondes", znów będą mu zarzucać pretensjonalną erudycję, ale on po prostu nie potrafi inaczej mówić o miłości. Nie przeszkadzajmy mu, lepiej, żeby się nie dowiedział, że sto lat później, pod koniec II Wojny Światowej, Niemcy wysadzą w powietrze dwa górne piętra latarni, że szklana lampa potłucze się na kawałki, że pochłoną ją fale. Że Phare des Héaux de Bréhat stanie się symbolem niezłomności francuskiej myśli technicznej, że odbudowana będzie jeszcze wyższa, że będzie mierzyć aż 56 m. Że ostatni latarnicy wsiądą do rybackich łódek w 1982 roku, gdy latarnia zostanie zautomatyzowana i już nie trzeba będzie przez całą noc dolewać rzepakowego oleju do ognia.

Quatrefage dostrzega przez okno latarni walczącą z falami rybacką łódź. Pora wracać, lecz zanim zejdzie w dół po tych wszystkich schodach i drabinach, po raz ostatni spogląda na lampę. Przez krótką chwilę, tak krótką, jak błysk morskiej latarni, jest pewien, że właśnie pojął tajemnicę światła. Gdyby nie był lekarzem, pewno zostałby latarnikiem.

Inspiracje:
- http://sallevirtuelle.cotesdarmor.fr/inventaire/pleubian/Geoviewer/Data/html/IA22014791.html

Widok na latarnię z wyspy Bréhat podczas odpływu

czwartek, 1 września 2016

Tréguier: Trzy wieże


Błękit nieba na zdjęciach oszukuje, że to był ciepły, lipcowy dzień, ale prawda jest zupełnie inna, obiektyw nie potrafi uchwycić lodowatego wiatru. Ulice Tréguier szczelnie obrośnięte kramami dorocznego targu staroci, przebijam się przez tłum ludzi ze spuszczonymi głowami, którzy jak lunatycy wpatrują się niewidzącym wzrokiem w rozłożone na bruku popsute zabawki, przykurzone domowe sprzęty i stosy za małych butów. Ja spoglądam w górę, na ustawione w rządku na transepcie trzy kamienne wieże, do których wysyła mnie schowany w kieszeni glejt: 

"16 km od Paimpol, z którego (nie, żebym się tu wymądrzał) będziecie się pewnie kierować w stronę przeprawy znajduje się, co? Cathédrale Saint-Tugdual de Tréguier! Tak więc, Droga Justyno, pełnij proszę honory Pani Ambasador (mojej przyszłorocznej Wyprawy) i, uprzejmie proszę, zapowiedz Gdzie i Komu trzeba - moje tam przybycie."

Łatwo znaleźć Świętego Iwo, ma dla siebie całą kaplicę, rzeźbiony neogotycki baldachim, kwiaty, marmury, kamienne lwy i ukłony adwokatów. Trudniej ze Świętym Tugdualem, pachnąca lawendą starsza pani, co rozdaje przy wejściu na krużganki plan katedry, miesza się i gubi: tak, Tugdual jest jednym z siedmiu fundatorów Chrześcijaństwa w Bretanii, tak, był pierwszym biskupem Tréguier w VI wieku, tak, katedra jest pod jego wezwaniem... tylko nic tu już z niego - poza kultem - nie zostało: żebra w Laval, czaszka w Chartres, kilka innych kosteczek w Crépy-en-Valois i w Château-Landon... Ambasadorska misja komplikuje się, jaskrawe światło XX-wiecznych witraży zniechęca do poszukiwań innych miejscowych dyplomatów w kolejnych kaplicach i w końcu walcząc z wiatrem przez północne drzwi wychodzimy na krużganki. Trzy wieże znów spoglądają na nas czujnym okiem. Pierwsza z lewej, wznosząca się na południowym ramieniu transeptu, to iglica z 1785 r., zdobna w serca, trefle, piki i karo - znaki swojego niechlubnego pochodzenia, ufundowana przez Ludwika XVI dzięki dochodom z królewskiej loterii. Ta na skrzyżowaniu nawy głównej i transeptu to gotycka wieża Sanctus z dzwonem, na dźwięk którego zginały się niegdyś wszystkie kolana. I jeszcze ta północna, przysadzista, pamiętająca czasy romańskiej katedry z białego kamienia z Caen: wieża Hasting... czy ktoś jeszcze w ogóle wie, dlaczego tak się właśnie nazywa? Trzy wieże, a każda z nich jak karta w historii kamiennego Przymierza. 

Pora przypomnieć sobie co nas tu sprowadza, więc w końcu zdobywam się na odwagę i przekazuję Strażniczkom powierzoną mi wiadomość. W odpowiedzi wszystkie trzy zgodnie wskazują palcem w niebo, które już za moment gęstą bretońską mżawką zstąpi na nasze głowy. 


poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Bréhat: Les vélos les plus beaux


Bréhat jest wyspą rowerów. Samochód trzeba zostawić w porcie na przylądku Arcouest, wstęp na wyspę mają jedynie cztery wozy strażackie, dwa traktory - po jednym w każdym z dwóch wyspiarskich gospodarstw - i kilka elektrycznych śmieciarek. Poza tym tylko i wyłącznie dwa kółka, wypożyczalnie rowerów są na każdym rogu. Szyld głosił: "Les vélos les plus beaux" ("Najpiękniejsze rowery"), nie mogłam się oprzeć. Był zaiste najpiękniejszy: turkusowy, z koszyczkiem i skórzanym siodełkiem. Przez cały tydzień ani razu mnie nie zawiódł. 


Przejechaliśmy razem wszystkie drogi zaznaczone na mapie, większość tych, których na mapie nie ma, wytyczyliśmy kilka nowych. Pewnego ranka, gdy odpływ odsłonił dno wschodniej zatoki, mieliśmy nawet ochotę przeprawić się na sąsiednią wysepkę, która nagle stała się półwyspem. Widocznie nie tylko nas kusiła perspektywa spojrzenia na Bréhat z zewnątrz, gdyż przed ubrudzeniem kółek w ostatniej chwili powstrzymała nas tabliczka informująca, że "Wyspa na wprost jest prywatna".  


Wyprzedzaliśmy pod górkę elektryczne rowery (których użyteczność w terenie, gdzie najdłuższy podjazd ma 300 m i nawet ja nie potrafię się zasapać, pozostaje dla mnie zagadką), przywoziliśmy na śniadanie jeszcze ciepłe rogaliki, wielokrotnie przemoczyliśmy buty pedałując wśród perlącej się rosą wysokiej trawy i raz nawet zakopaliśmy się w piasku. Po deszczu, gdy powietrze staje się przejrzyste niczym lustro, ze stromych klifów czasem udawało nam się dostrzec stały ląd i jadące po nadbrzeżnej drodze samochody. Z perspektywy dwóch kółek najwyraźniej widać wtedy wszystko to, co nieistotne, co udało się zostawić w porcie. I jak wiele jeszcze do zostawienia. 


niedziela, 24 lipca 2016

Bréhat: Phare de Paon


Najwcześniejszy poranny statek dociera do Bréhat z Pimpol o 8:30, a wraz z nim pierwsi turyści. Później przybędą następni, i następni, a wszyscy skierują się na północ i cel będą mieć ten sam: Phare de Paon, w wolnym tłumaczeniu: Latarnia Pawia. Uczepiona kurczowo czerwonych skał, dzielnie znosi nie tylko przewalające się nad nią w czasie sztormów fale, ale także codzienny zalew ludzkiej rzeki, co swe źródła ma w porcie, przez 4 km kreśli meandry wśród zielonych pagórków, by w końcu szerokim rozlewiskiem spłynąć na taras wokół latarni. 

Wieczorem ludzka rzeka wysycha i gdy słońce zacznie się chować za stromym dachem kapliczki Saint Michel, możesz wreszcie wyruszyć na koniec świata. Zostaw rower przy ostatnim domu, dalej ścieżka jest już zbyt wąska, zbyt kamienista. Natarczywe dobijanie się oceanu do skalistej twierdzy stłumi odgłos kroków i będziesz jedynym strażnikiem obronnych murów, i poczujesz, że zadanie to wcale Cię nie przerasta. 

Nie będzie Ci potrzebny ani pies, ani gwiazda, bo gdy już w końcu na jednym z czerwonych głazów u stóp Phare de Paon znajdziesz ten koniec świata (i to nie naiwność), z otwartymi ramionami będą tam na Ciebie czekać wszyscy ci, których nie ma.