Po kilku godzinach marszu w głąb kotliny Mafat ścieżką wcinającą się jak wąski kanion w zielony betonowy blok tropikalnej roślinności, duszna przestrzeń niespodziewanie rozszerza się, błękitnieje, nabiera powietrza. Ma się wrażenie, że za sprawą zaklęcia miejscowych zielarzy, znaleźliśmy się uwięzieni w środku jednej z tych misternie rzeźbionych w kamieniu mydlanym indyjskich zabawek, które we wnętrzu koronkowej kuli zamykają posążek słonia. To właśnie równina tamarynowców, serce pierwotnego lasu, gdzie codziennie na nowo urzeczywistnia się tajemnica nieśmiertelności. Węzłowata plątanina błękitnych konarów nie ma początku ani końca, mota czas w skomplikowane pętle nie dając mu płynąć dalej. Powracające co roku cyklony usiłują bezskutecznie pozbawić ją korzeni - każdy upadający tamarynowiec staje się ojcem następnych pokoleń, każdy konar, który dotknie ziemi, ukorzenia się, wypuszcza nowe pędy, odradza się w nieskończoność.
Szum błękitnych gałęzi powtarza jak mantrę odwieczną lekcję godności i uporu, powstawania z martwych wbrew wszystkiemu.
