poniedziałek, 28 marca 2016

Wielkanocne dzwony


Co się robi w wielkanocny poranek? Każde francuskie dziecko Wam to wytłumaczy: organizuje się "Chasse aux œufs", polowanie się na jajka. Jakie jajka? Czekoladowe oczywiście. Przecierając zaspane oczy, armia malców z koszyczkami w dłoni wyrusza w kaloszach do parków i ogrodów szukać słodyczy ukrytych w mokrej trawie. Skąd się tam wzięły? Zrzuciły je z nieba skrzydlate dzwony. Dzwony?! Was też ogarnia zdziwienie? Tak, dzwony. Ale dlaczego dzwony? Tu już młody Francuz najczęściej zaczyna wzdychać, drapać się za uchem, plączą się mu odpowiedzi. No bo to pytanie dla niego abstrakcyjne, jakby pytać dlaczego staruszek w czerwonej czapce (Père Noël) przynosi prezenty w Boże Narodzenie. Jeśli będziecie mieć odrobinkę szczęścia, to może jeszcze nawet dowiecie się, że te dzwony wracają z Rzymu. Ale co tam w tym Rzymie robiły, tego już na pewno nikt Wam nie wytłumaczy. Ani dziecko, ani dorosły. Wiem, sprawdziłam. 

Temat skomplikowany, próby wyjaśnień przypominające pracę archeologa, jak mozolne zdrapywanie poszczególnych warstw farby, by odsłonić ukryty pod szarym tynkiem średniowieczny fresk. Co więc takiego kryje się pod przesłodzoną polewą z wielkanocnej czekolady, która tak dobrze się sprzedaje? 

Największa Tajemnica, trzy dni żałobnej ciszy po śmierci Boga-Człowieka, po których rozbrzmiewa radosne Alleluja. Wszystkie katolickie dzwony milkną w Wielki Czwartek po Ostatniej Wieczerzy, odlatują do Rzymu, gdzie bije serce Kościoła Powszechnego, by w zadumie niemej modlitwy oczekiwać Cudu Zmartwychwstania. Powracają w najjaśniejszą ze wszystkich nocy głosząc całemu światu, że Jezus Żyje, rozbrzmiewają ponownie na Rezurekcji. Ich dźwięk niesie się jak na skrzydłach, a słodycz radości jest tak wielka, że spada na ziemię deszczem łakoci. 

Tak przez wieki tłumaczono dzieciom katolicką tradycję, która łączyła dorosłych. Dziś pozostała już tylko dziecinna opowiastka pozbawiona sensu tkwiącego w sacrum, które zgubiliśmy gdzieś po drodze. Niesione przez wiatr puste błyszczące papierki. 

piątek, 18 marca 2016

Pierścień Joanny d'Arc


Dłonie. Szorstkie trudami drogi, z króciutkimi paznokciami, a mimo to kobiece. Składające się do modlitwy jak skrzydła białej gołębicy. Kreślące zdecydowane gesty, z nadludzką mocą, w pośpiechu. Lewa pewnie trzymająca uzdę, prawa wznosząca miecz ku niebu. Skrywające czułość w zaciśniętych pięściach, tuż obok brutalnie zerwanej linii życia. A na palcach trzy pierścienie. 

Ten pierwszy, ze szczerego złota, cieniutki jak nitka, przywiązany do palca okruch bogactwa na czarną godzinę. Czymże są ziemskie skarby wobec boskiej misji? W geście hołdu wysłała go więc wdowie po najwspanialszym z francuskich rycerzy, Bertrandzie du Guesclin, który dowodząc dwudziestoosobowym oddziałem zdołał odeprzeć atak dwóch tysięcy Anglików.

Ten drugi zdarli jej z palca Burgundczycy, pod Compiègne, w chwili, gdy patrząc w oczy łucznikowi mierzącemu drżącą strzałą prosto w jej serce, zrozumiała, że nie ma odwrotu.

Ten trzeci zaprowadził ją na stos. Ciężki, mosiężny, skromnie pozłacany, bez żadnego kamienia. Prezent od rodziców, miał ją chronić jak talizman siłą wiary, wyryto na nim trzy krzyże i dwa słowa: Jhesus Maria. Oskarżą ją, że jak na wiedźmę przystało, zamknęła w tym pierścieniu potężne zaklęcie, że ma on magiczną moc i że to tylko dzięki niemu odniosła wszystkie swoje zwycięstwa. W obronie Joanna opowie jedynie o potędze wiary... i o tym, jak palcem, na którym go nosiła dotknęła Świętej Katarzyny. 1 marca 1431 r. w czasie piątego przesłuchania poskarży się sędziom, że biskup Cauchon ukradł jej ten pierścień. Dłonie Joanny wzywające Chrystusa wśród płomieni na rynku w Rouen będą zupełnie nagie.

Pierścień Joanny zniknie na 600 lat. Podobno z Rouen wywiózł go do Anglii Henry Beaufort, kardynał Winchester, który uczestniczył w procesie... tak przynajmniej twierdzi londyński dom aukcyjny Timeline Auctions, który 26 lutego 2016 r. wystawił go na sprzedaż. Cena wywoławcza: 19 000 euro. Badania potwierdziły, że pochodzi z XV w., opis się zgadza, ale jak wytłumaczyć fakt, że jest ze srebra? Po burzliwej licytacji szczęśliwym nabywcą okazał się Puy du Fou, słynny francuski park rozrywki, który ostatecznie zapłacił za pierścień  Joanny 377 000 euro.

Lśnił na jej dłoni, gdy rozmawiała twarzą w twarz ze Świętymi, gdy opuszczała rodzinne Domremy, gdy w męskim przebraniu zdobyła zaufanie Karola VII na dworze w Chinon, gdy wyzwoliła Orlean i Auxerre, w czasie koronacji w Reims, gdy próbowała uciec Burgundczykom skacząc z 30-metrowej wieży zamku w Beaurevoir* i jeszcze dalej, aż do tragicznego końca. Dziś pierścień Joanny znów zabłyśnie - tym razem jako jedna z wielu atrakcji wesołego miasteczka. Zaiste, w wymyślaniu tortur dla Joanny nie znamy żadnej litości.

*to tylko 20 km od nas, niestety z zamku już nic nie zostało.

Powyższe zdjęcie oczywiście pochodzi sprzed katedry w Reims. 

piątek, 11 marca 2016

Amiens: Chlodwig


Mam z Tobą spory problem, Chlodwigu. 

Musisz gdzieś tu być wśród tych wszystkich koronowanych głów na galerii katedry w Amiens, kogo jak kogo, ale Ciebie nie mogło przecież zabraknąć w tej procesji. Nie drżysz na głos anielskich trąb, nie wilgotnieją Ci dłonie ze strachu, Bóg Twojej Królowej Klotyldy nigdy Cię nie zawiódł. Patrzysz na mnie z góry... a ja ciągle nie wiem, który z królów to Ty. I nawet światły John Ruskin, który potrafi rozpoznać wszystkich kamiennych proroków Katedry i odszyfrować biblijny werset z każdego czterolistnego medalionu, nie przyszedł mi dziś z pomocą.*

Oświetlone błyskawicą historii, na krótką chwilę Amiens było Twoim miastem. Miałeś zaledwie 15 lat, gdy właśnie tutaj uchwyciłeś w dłonie wraz z ostatnim tchnieniem Twojego ojca całe królestwo Franków, lekki biały obłok o niepewnych granicach. Był V w., ludzkie życie mierzono inną miarą, nikt nie pomyślał, że byłeś na to za młody. Gibkie ciało przywodzące na myśl grę mięśni biegnącego jelenia i błękitne oczy zdradzały Twoje germańskie pochodzenie. Nauczono Cię jak lekką lancą i ciężkim toporem zawsze trafiać w cel, jak bez wahania kroczyć z dumnie zaciśniętą szczęką na spotkanie wroga, nawet gdy przeważa liczebnie i jak pozostać na zawsze niezwyciężonym, wszystko jedno: żywym czy martwym. Frank znaczy "szczery", Frank znaczy "wolny", ciągle dokądś się spieszyłeś, z kimś walczyłeś, wolałeś pościć na koniu, niż ucztować w spoczynku, jak dziecko, które boi się, że gdy będzie stało w kącie, ominie je najważniejsze.

Poszły za Tobą całe wojska w zbrojach z twardo wyprawionej skóry, w opończach z cierpliwie splatanych konopi. Podziwiali Twoje jedwabiste loki spływające jak płaszcz na plecy i ramiona, warkocze do kostek Twojej Klotyldy, to królewski przywilej, im kazałeś przycinać włosy krótko nad czołem, ciągle wierzyłeś w te pogańskie gusła.

Wygrałeś z Rzymianami pod Soisson, a Twoi żołnierze, jak wszyscy zwycięzcy wyjęci spod prawa, gwałcili, mordowali i rozkradli, co tylko się dało, nawet liturgiczne naczynia chrześcijańskich kościołów. Tu właśnie po raz pierwszy spotkałeś się z biskupem Remigiuszem, miał odwagę Cię upomnieć, byś zwrócił kościołowi zrabowany misternie zdobiony srebrny dzban. I gdy tak siedzieliście z żołnierzami dzieląc łupy nie mogłeś się doprosić o ten dzban, wybuchła kłótnia, a jeden z żołnierzy - zawsze znajdzie się taki mały krnąbrny furiat - krzycząc "Dostaniesz tylko to, co sprawiedliwie ci się należy", swoim wielkim toporem rozrąbał dzban na pół. Nigdy nie zagoiła się w Tobie rana tej zniewagi - czy nie wiedziałeś, że śmierć tego żołnierza i tak niczego nie zmieni? Mogłeś wyzwać go na pojedynek, albo po prostu skazać na ścięcie, byłoby to dla Ciebie mniej haniebne. Choć szkolne podręczniki z upodobaniem powtarzają tę historię, nie potrafię w niej znaleźć żadnego morału, żadnej lekcji dla potomnych. Odczekałeś rok i w czasie przeglądu Twoich wojsk upatrzyłeś sobie tego biedaka, wyrwałeś mu z rąk okrągłą tarczę i rzuciłeś ją na ziemię, a gdy się po nią schylił uderzeniem topora rozłupałeś mu czaszkę. Nawet nie spojrzałeś mu w oczy. "Przypomnij sobie o dzbanie ze Soisson", podobno krzyczałeś jak oszalały.

A potem była ta historia z Alemanami, chyba po raz jedyny w życiu naprawdę się wystraszyłeś, kiedy musiałeś zawalczyć o własne życie w Tolbiac. W panice wzywałeś więc tego obcego Boga, Chrystusa Twojej Królowej, a gdy wygrałeś bitwę, wywnioskowałeś, że musiał być po Twojej stronie. Co Ty o nim wiedziałeś? Opis Twojego chrztu, który przyjąłeś w Reims z rąk Remigiusza, gdy już obierze się go ze skórki legendy, pojawiającej się cudownie gołębicy i innych głosów z nieba, ukazuje Cię takim, jakim byłeś naprawdę: jak garnek mleka postawionego na zbyt silnym ogniu, co nigdy nie wiadomo, kiedy wykipi. Kiedy Remigiusz prawi kazanie o męce i śmierci Chrystusa, można odnieść wrażenie, że słyszysz tę historię po raz pierwszy, zrywasz się więc ze swojego tronu, chwytasz lancę i wygrażasz nieobecnym oprawcom Boga Klotyldy, że gdybyś tam był z Twoimi dzielnymi Frankami...

Nie oślepiło Cię Światło, nie spadłeś z konia, Twoje życie przed i po Chrzcie jest dokładnie takie samo - złośliwi wytkną Ci, że chodziło o politykę. Nic nam nie wiadomo, byś żałował jakiegokolwiek grzechu, byś postanowił zmienić swój charakter, czy też pragnął podporządkować woli Boga swoje plany. Pozostałeś tym, kim byłeś, z jeszcze większą mocą, którą czerpałeś z wiary w nadludzkie wsparcie. Twoja wdzięczność wobec tej wyzwolicielskiej Siły i duma z bycia przez nią chronionym dodały jedynie brutalności Twoim żołnierskim zwyczajom, nakarmiły Twoje polityczne apetyty całą siłą religijnego zaangażowania. Im mocniej wierzyłeś, tym mniej miałeś skrupułów. Ty też wpadłeś w pułapkę przekonania, że Twoi wrogowie są również wrogami Boga.

Nie mnie Ciebie osądzać, cóż mogę wiedzieć o wapiennych skałach znad rzeki Sommy, z których wykuto Twe ramiona, o przeprawach wpław przez mgliste rozlewiska, o zapachu krwi Wizygotów. Tak dobrze i bezpiecznie byłoby Cię zamknąć w kwadratowej iluminowanej miniaturce, w królewskiej purpurze i złocie z odrobiną błękitu, wyrysować na Twojej twarzy nabożną pokorę, spleść Twoje palce do modlitwy. Mam jednak z Tobą spory problem, Chlodwigu, Twoje nieposłuszne pukle nie mieszczą się w żadnym kadrze. 

I kiedy znów bezsilnie próbuję Cię rozpoznać wśród katedralnych królów, uparcie pojawia się ta myśl, jak błędnie wmontowana w witraż szybka, co umknęła symetrii. Że bez Ciebie nie byłoby Katedry. Ani tej, ani żadnej innej. 

* John Ruskin, La Bible d'Amiens, Payot - Rivages, 2011

czwartek, 3 marca 2016

Martynika: Deszcz.


Cała paleta szarości, śnieg z deszczem, zimowe choroby... Nagle, niczym niezawodne lekarstwo, pojawia się to wspomnienie, a jest ono jak muzyka, która sama nuci się bezgłośnie, jak rozmowy powracające echem, jak te twarze, które tak dobrze przywołać w myślach, jak wszystkie sekretne miejsca w sercu, w których zawsze można się schronić. I znów zupełnie nie wiem, czy z nieba spada na mnie deszcz, który jest jak światło, czy to światło, które jest jak deszcz.

To był jeden z tych lokali bez szyldu, które w martynikańskich miasteczkach kryją się za każdym rogiem i które nie tyle sprzedają jakieś usługi, co po prostu są miejscami, w których toczy się życie. Mają one w sobie równie wiele z kawiarni czy restauracji (wędzony kurczak i potrawka z ośmiornicy), z portowej tawerny, w której rozbawieni rumem rybacy grają w domino ustalając półszeptem termin najbliższej nielegalnej walki kogutów, co ze średniowiecznego sklepiku, w którym można kupić wszystko - wiadro, śrubki i ryż, ale też ziołowe mieszanki odstraszające duchy i przywołujące miłość. Tak więc w ten sobotni poranek siedzimy w Anses d'Arlet przy klejącym się plastikowym stoliku ustawionym wprost na chodniku, poprzedni klienci chyba rozlali colę, ale kto by się tu przejmował takimi detalami, w tym palącym słońcu i tak już wyschła. Dopijając drugą kawę w towarzystwie uśmiechniętej Kreolki z wielkim dekoltem - patrzy na nas z łuszczącego się ściennego malowidła, które sprawia wrażenie namalowanego farbkami plakatowymi przez jakieś nieszczególnie uzdolnione dziecko - przyglądamy się, jak wracający z połowu rybacy wciągają na piasek odrapane łodzie, jak na ramionach wynoszą z nich olbrzymie sine cielska mieczników, spokojnym i wprawnym ruchem rozcinają im brzuchy i wyrzucają do wody splątane wnętrzności. 

Wtedy właśnie, zupełnie nie wiadomo skąd, bo słońce świeci wciąż tym samym blaskiem, zaczynają na nas spadać pierwsze olbrzymie krople. Dzwonią o filiżanki, o blaszane dachy, stukają o odwrócone kadłuby łodzi, najpierw cichutko, ale po chwili ma się wrażenie, że na świat sypią się z nieba sznury ciężkich kryształów, jak te w żyrandolach lewitujących pod sklepieniami tutejszych kościołów. Ten potop światła jest czymś tak niesamowitym, że wychodzimy na ulicę, próbujemy łapać go w dłonie, wystawiamy twarze na jego ciepły dotyk, pozwalamy się przemoczyć głębiej, niż skóra i jest to jakiś rodzaj mistycznego doznania, chwila łaski, pierwotnej radości. Cały brud i brzydota wśród tej ulewy drogocennych kamieni zmieniają się na naszych oczach w najczystsze złoto.

Kiedy jest już po wszystkim, brzuchaty właściciel lokalu w końcu zbiera się na odwagę, by przypomnieć nam, że rachunek nie zapłacony. Gdy zostawiam mu na ladzie napiwek, uśmiechają się do mnie przez ramię dwaj rybacy dźwigający do kuchni w koszu z liści bananowca poćwiartowanego miecznika. Deszcz zmył z ich dłoni ostatnie ślady krwi.


9.

sobota, 13 lutego 2016

Adieu accent circonflexe.


Huczą media, oburzają się autorytety, buntuje się naród. Od września francuskie dzieci będą się uczyć nowych zasad ortografii zgodnie z reformą zaproponowaną w 1990 roku przez Najwyższą Radę Języka Francuskiego i zaakceptowaną przez Akademię Francuską. Ma ona na celu "uproszczenie ortografii i zlikwidowanie niespójności". Dlaczego już nikt nie wierzy w inteligencję naszych dzieci? Usuwamy im spod stóp wszystkie schody, jakbyśmy nie wiedzieli, że trzeba wspiąć się na szczyt, by zobaczyć więcej. 

Język jest zwierciadłem, w którym przeglądają się historia i kultura, każde uproszczenie zubaża niesione przezeń dziedzictwo. Zamiana "oignon" na "ognon" czy "nénuphar" na "nénufar" to nie tylko kosmetyczne poprawki, to arbitralne zamknięcie drogi do stawiania pytań, na które odpowiedź tkwi w przeszłości, to zbiorowa kapitulacja przed intelektualnym wysiłkiem. Nowa pisownia nie jest obowiązkowa, ale dopuszczalna i tak oto ponad 2 tysiące słów można będzie od września pisać na dwa sposoby. Nawet ortografia nie jest już w stanie dać nam odpowiedzi kołatki: tak-tak, nie-nie. Świat, który przekażemy w języku naszym dzieciom pełen jest niepewności, bezdroży, dwuznaczności. A także bezkarności. 

To, co najsmutniejsze, to zmiany w graficznej formie słowa pisanego, które dążą do stopniowego wyeliminowania "accent circonflexe", tego charakterystycznego akcentu w kształcie ptasich skrzydeł znad liter û oraz î. "Dîner" dołączy do srebrnych łyżeczek, porcelanowych filiżanek, dzierganych koronek i tych wszystkich kruchych świadectw przeszłości, którymi nie potrafimy się już posługiwać, których nie rozumiemy, które milczą, choć tyle miałyby do powiedzenia. Odfruną w niebyt urocze akcenty circonflexe, nie obroni ich ani piękno gestu kaligrafii, ani łabędzi śpiew uniwersalnych zasad. Nie potrafimy już dostrzec zalotnego uśmiechu słów, wysłuchać ich opowieści, przyjąć tajemnicy. Wielka szkoda. 

poniedziałek, 8 lutego 2016

Paryż: Niespodziewane spotkanie z Barbarzyńcą.


Wielka Galeria w Louvrze to ponad 200 metrów włoskiego malarstwa. Sobotnie popołudnie, tłumy Azjatów ze słuchawkami elektronicznych przewodników na uszach nawet już nie próbują zrozumieć kim jest ta uśmiechająca się zewsząd Kobieta z Dzieciątkiem na ręku. Jak rzeka płyną w stronę białej olbrzymiej sali, gdzie biesiadnicy zasiadający przy suto zastawionych stołach w Kanie Galilejskiej spoglądają z gigantycznego płótna Veronese w chłodne oczy Mony Lisy. Ale zostawmy już turystów w lesie tyczek do selfie, nie po to tu dziś przyszliśmy. Od strony schodów z Nike (tą, która się waha), zaraz po prawej jest taka malutka, źle oświetlona salka, a tam skarby przecudnej urody: profil Sigismonda Malatesta, którego podbródek Piero della Francesca namalował niteczką światła, latające demony Sassetty, anioły Guido da Siena całe w złocie... i nagle schowany w kącie, przy samych drzwiach TEN* obraz. Jak bilet na podróż w czasie. 

Ten pierwszy tekst opowiada o katedrze w Orvieto. Grube mury liceum niewiele wpuszczają światła w zimowe poranki, w dodatku okna na podwórze. Świetlówki pod sufitem brzęczą jak konające pszczoły, grzejemy dłonie w rękawach, znów zimne kaloryfery. Najwspanialsza Polonistka (wszech-) Świata niespiesznie przewraca kartki, smakuje każde zdanie, dojrzałe grona słów. Tak właśnie zaczyna się jedna z najdalszych podróży, od Lascaux, przez Arles, po kamienie z tylu Katedr i jeszcze daleko poza nie. Na zawsze już pozostanie otwarta okładka z Marsjaszem, zbyt zasłuchanym w swoją muzykę, by odgadnąć kryjące się w spojrzeniu Apolla barbarzyństwo. Krzyk w tonacji A-dur (bo kto tak naprawdę jest tu zwycięzcą?) dotrze do uszu później, wyzbyty kilku młodzieńczych iluzji, posypią się skamieniałe słowiki**. Nabiorą sensu słowa Marguerite Duras: Ecrire, c'est aussi ne pas parler. C'est se taire. C'est hurler sans bruit***. Tak będzie później, dziś jeszcze Apollo i Marsjasz uosabiają jedynie czyste piękno.

Nie ma litości, o 17:30 w mało uczęszczanych salkach wyłączają światła, gaśnie blask złotych ram, cień kładzie się na pagórki i jezioro. Przez chwilę jaśnieje jeszcze twarz Barbarzyńcy i kiedy już zupełnie znika w ciemności, w jej miejsce pojawia się pod powiekami niezmierzona wdzięczność za wszystkie Ogrody, które przede mną otworzył.

* Pietro Perugino, Apollo i Marsjasz
** Zbigniew Herbert, Apollo i Marsjasz
*** Pisać znaczy także nic nie mówić. Milczeć. Wyć bezgłośnie. 


środa, 3 lutego 2016

Amiens: Przypowieść o przyporach


Popatrz, są tutaj wszyscy razem, w samym środku labiryntu, to przez nich przepłynęła idea Katedry, by wcielić się w kamień w średniowiecznym Amiens. Ten po prawej z pastorałem w dłoni to biskup Evrard z Fouilloy, po pożarze romańskiego kościoła ośmielił się marzyć, by odbudować go w stylu "ostrych łuków", jak w Saint-Denis, jak w Soisson. Sam znalazł tego genialnego Mistrza, który w kilka miesięcy narysował wszystkie plany, Roberta z Luzarches, co w labiryncie stoi po jego lewej stronie. Dwaj pozostali to architekci, którzy po śmierci Roberta przejęli kierownictwo budową: Thomas i Renault z Cormont. Ojciec i syn, Dedal i Ikar.

W owym czasie Amiens liczy 15 tysięcy dusz gnieżdżących się w drewnianych dwupiętrowych domkach u stóp koronkowych murów nowej Katedry z mozołem rosnących ku niebu. Katedra będzie jak Biblia z kamienia, niech niesie Dobrą Nowinę tysiącami rzeźb tłoczących się w zachodnich portalach, barwnych niczym inicjały iluminowanej księgi. Thomas z Cormont kierował pracami od sześciu lat, udało mu się ukończyć nawę główną, zarys transeptu i chóru, gdy nagle całkiem niespodziewanie zmarł. Kandydatura jego syna Renault wydaje się oczywista, często bywał na budowie, wspinał się z ojcem na rusztowania, umie czytać architektoniczne rysunki, tylko robotnicy mruczą coś pod nosem z obawą, bo przypominają się im kłótnie, których byli świadkami, wymachiwanie planami, spory o przypory. Jest 1228 rok, Renault z Cormont wychodzi od biskupa z planami Katedry pod pachą. 

Wtedy właśnie po raz kolejny śni mu się ten sen, dobrze znany wszystkim pierworodnym: sen o spadaniu. Znów mocno ściska szorstką dłoń ojca wspinając się z trudem po zbyt wysokich dla dziecka krętych stopniach kościelnej wieży. Ojciec nie chce go wziąć na ręce, ciągnie w górę za ramię, ale mały Renault nie ma już sił, ociąga się, zaczyna marudzić. Dłoń ojca wyślizguje mu się z palców i jego sylwetka ginie w mroku, chłopiec nienawidzi go w tej chwili całym sercem, traci równowagę i zaczyna spadać. Ciało śpiącego Renault napina się gwałtownie, jego żona już wie, że za sekundę się obudzi i że tej nocy więcej nie zaśnie. Wynurzając się ze snu Renault pełen jest jeszcze lepkiego niepokoju, nie potrafi zrozumieć, dlaczego to mgliste wspomnienie trzepocze się w nim jak czarna ćma. Wstaje skoro świt i bez śniadania idzie na budowę. Dziś jest już tego pewien: ulepszy plany ojca, zmieni triforium, podniesie łuki przypór na kreślonych starannie rysunkach, niech będą lżejsze, niech ich skrzydła wzbiją się bliżej nieba. 

Renault kierował budową przez ponad 60 (sic!) lat, ale i tak nie udało mu się ukończyć ani iglicy, ani zachodnich wież. Spoglądał z trwogą na swoje strzeliste przypory, tak, zachwycały harmonią i lekkością, wszyscy podziwiali śmiałość ich linii, ale zupełnie nie spełniały swojej funkcji, zwłaszcza te od strony chóru. Drobne pęknięcia stopniowo pokrywały białe mury i niczym zmarszczki na twarzy Renault zapowiadały nadchodzącą katastrofę, nieunikniony koniec*. Było ich coraz więcej, jak wyrzutów sumienia, jak myśli o zgubionej dłoni ojca. Przeczucie, że nie starczy mu już życia, by zobaczyć Katedrę w jej ostatecznej formie stopniowo stawało się oczywistością. 


Nie wiadomo dokładnie ile miał lat, gdy kazał wmurować tę kamienną płytę w sercu labiryntu, ale musiał już być przecież, jak na średniowieczną miarę, bardzo, bardzo stary. Inskrypcja, którą nam zostawił do dziś lśni wyryta w miedzianej wstędze: "Dzieło to rozpoczęto w Roku Pańskim 1220. Błogosławionym Biskupem tej diecezji był wówczas Evrard, a królem Francji Ludwik, syn Filipa Mądrego. Tego, który był mistrzem dzieła zwano „Mistrzem Robertem” z przydomkiem „z Luzarches”. Po nim przyszedł Thomas z Cormont, a następnie jego syn Mistrz Renault, który to kazał położyć w tym miejscu niniejszą inskrypcję w Roku Pańskim 1288." Średniowieczni Mistrzowie nie mieli w zwyczaju podpisywania swoich dzieł, inskrypcja Renault dziwi i zastanawia. Może jest to gest hołdu i pokory starca pogodzonego w końcu ze swoim miejscem w łańcuchu ludzkich istnień? A może raczej desperacka próba wpisania się w samo serce Katedry, której planom się sprzeniewierzył i której tak naprawdę nigdy nie czuł się godny?

Niewiele da się dziś odczytać ze startych milionami pielgrzymich stóp marmurowych twarzy**, wybacz mi, proszę, mój ukochany Synku, niepoprawność wyobraźni. Spójrz na próżne łuki przypór, skrzydła Ikara, które wzbiły się zbyt wysoko. Twoją Katedrę też będziesz musiał zbudować sam, otrzymasz jedynie fundamenty i niewyraźnie naszkicowane plany. Pamiętaj, że prowadzące do niej drzwi zawsze okażą się niższe od twojej własnej dumy. Przekroczysz je dopiero z pochyloną głową.


* Przed katastrofą uratuje Katedrę Pierre Tarisel w 1497 r. dobudowując pod łukami przyporowymi Renault niższe przęsła. 
* * Nawet jeśli leżąca w sercu labiryntu płyta jest już tylko XIX wieczną kopią oryginału przechowywanego w Muzeum Pikardii w Amiens.

Inne labirynty:
Saint-Quentin
Kolonia Chłopca na Rowerze

Inspiracje:
Amiens Cathedral
John Ruskin, La Bible d'Amiens, Payot-Rivages, 2011

8.

środa, 13 stycznia 2016

Tincourt Boucly: Gile.


To Mama nauczyła mnie, że każda, nawet najmniejsza żyjąca istota ma swoją właściwą nazwę i że wystarczy przejrzeć atlas motyli, wielki wolumin "Ptaki Polski" albo klucz do oznaczania drzew, żeby dostąpić zaszczytu zwracania się do niej po imieniu. Jakże uboższe jest życie, gdy firletkę poszarpaną nazywa się kwiatkiem, a kowala bezskrzydłego robakiem. Rozpoczęte przez Adama karkołomne dzieło zamykania świata w słowa nigdy się nie kończy. 

Nie po drodze zimie do Pikardii w tym roku i już powoli zaczęliśmy tracić nadzieję, że nas odwiedzą zimowi goście. Przy karmniku kotłują się zięby, rudziki, dzwońce, sikorki modre i bogatki, a po strącone na ziemię ziarenka spieszą bażanty lotem ciężkim jak moje metafory. Rosnący przed domem wiciokrzew obsiada stadko puchatych raniuszków, do pnia tulipanowca przytulają się dzięcioły - najczęściej dwa zielone, czasami jeden pstry, kowaliki spacerują po gałęziach głową w dół. Tylko ciągle brakowało gili.

Przyleciały dopiero dziś rano, jedna parka. Wyglądały na bardzo zdziwione obrotem sprawy, nie ma śniegu, kwitną pierwiosnki, a pogoda wciąż jesienna. Dwa gile to już całkiem realna nadzieja, że w końcu przyjdzie zima i wszystko wróci na swoje miejsce, że czas znów ruszy do przodu i przeminie ten trwający od trzech miesięcy listopad, że można będzie przestać czekać. Pozwólcie, że Wam przedstawię naszego zacnego gościa: Gil zwyczajny. Pyrrhula pyrrhula. 

niedziela, 10 stycznia 2016

Lipsk: Kościół Świętego Tomasza.



Choć tegoroczny grudzień zupełnie nie zimowy, kościół Świętego Tomasza i tak przypomina lodową górę. Kłuje oczy bielą ścian, jak sople sterczą szpiczaste wieżyczki, a niepojęcie stromy dach wcina się w niebo lśniącą granią. Sklepienie tka się nad głową niczym kryształki płatków śniegu.

Trzeba było ocieplić chłód murów aksamitem kantat, draperiami fug, wymościć dźwiękami gniazdo wśród metalicznych słów i mrożących spojrzeń, więc spisywał bez wytchnienia czarnymi łzami nut brzmiące w myślach troski, namiętności, modlitwy. 27 lat w Lipsku, trzysta kantat, cztery Pasje, Magnificat D-dur, trzy oratoria*, wielka Msza h-moll, niezliczone utwory na organy, Sztuka Fugi, Wariacje Goldbergowskie. I jeszcze sześć partit na instrument klawiszowy, za które przyszłam dziś podziękować.

Telemann za nic w świecie nie chciał tej posady. Być kantorem w Lipsku to żaden prestiż, nie rozumiał, że nie o to w życiu chodzi. Żebra kościoła jak szkielet wielkiej ryby, trzeba nieść wiadomość, że jest jakieś "Poza", ta muzyka jest tego świadectwem, uchyla drzwi. Ciebie też może ocalić, otwórz uszy mieszkańcu Niniwy.

Na wmurowanej w posadzkę prezbiterium nagrobnej płycie litery nazwiska jak cztery nuty tulące się do siebie na klawiaturze w ostatniej niedokończonej fudze: BACH.


* Fallt mit Danken, fallt mit Loben - początek IV kantaty z Oratorium na Boże Narodzenie.

Padnijcie na kolana z dziękczynieniem, z uwielbieniem,
Przed tronem łaski Najwyższego!
Syn Boga 
Chce stać się
Zbawcą i Odkupicielem świata,
Syn Boga 
Zdusi gniew i furię wroga.

środa, 6 stycznia 2016

Ballada o trzech królach.

Nasza domowa stajenka z figurkami z benedyktyńskiego opactwa w Jouarre. 

Tajemnicę przesypując w sobie
jak w zamkniętej kadzi ziarno,
jechali trzej królowie
przez ziemię rudą i skwarną.
Wielbłąd kołysał jak maszt,
a piasek podobny do wody;
i myślał król: "Jestem młody,
a nie minął mnie wielki czas.
I zobaczę w purpurze rubinów
ogień, siły magiczny blask;
może stanę się mocniejszy od czynów
przez ten jeden, jedyny raz".
Tygrys prężył siłę jak wąż,
mięśnie w puchu grały jak harfa.
Na tygrysie jechał drugi mąż,
siwą grzywę w zamyśleniu szarpał.
"Teraz - myślał - po latach tylu,
gdy zobaczę, jak płomienie cudu drżą,
moje czary skarbów mi uchylą,
moje wróżby nabiegną krwią.
Ziemia pełna jak złoty orzech,
pęknie na niej skorupy głaz,
usta jaskiń diamentowych otworzy
przez ten jeden, jedyny raz."
Trzeci król na rybie
wielkiej jak wyspa jechał
przez stepy podobne szybie
błękitnej pod wiatru miechem.
Nucił: "Po latach stu
kwiat początku i końca ogień
w jedno koło związanych nut
gdy zobaczę, sam się stanę Bogiem.
W suche liście moich ciemnych ksiąg
spłynie mądrość odwiecznych gwiazd
i osiądzie w misie moich rąk
przez ten jeden, jedyny raz".
A w pałacach na lądach zielonych,
co jak sukno wzburzonej fali,
mieli króle trzej błękitne dzwony,
w których serca swe na co dzień chowali.
A tak śpiesznie biegli, że w pośpiechu
wzięli tylko myśli pełne grzechu.
Więc uklękli trzej królowie zadziwieni,
jak trzy słupy złocistego pyłu,
nie widząc, że się serca trzy po ziemi
wlokły z nimi jak psy smutne z tyłu.
I spojrzeli nagle wszyscy trzej,
gdzie dzieciątko jak kropla światła,
i ujrzeli, jak w pękniętych zwierciadłach,
w sobie - czarny, huczący lej.
I poczuli nagle serca trzy,
co jak pięści stężały od żalu.
Więc już w wielkim pokoju wracali,
kołysani przez zwierzęta jak przez sny.
Wielbłąd z wolna huśtał jak maszt,
tygrys cicho jak morze mruczał,
ryba smugą powietrza szła.
I płynęło, i szumiało w nich jak ruczaj.
Powracali, pośpieszali z wysokości
trzej królowie nauczeni miłości.

Krzysztof Kamil Baczyński
9.03.1944