poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Morelowa konfitura z lawendą



Morelowa konfitura z lawendą to prawdziwa lekcja trudnej umiejętności cierpliwego czekania na właściwy moment. 

Morele muszą być dojrzałe, z zaróżowionymi słońcem aksamitnymi policzkami. Powinny z lubością poddawać się twoim palcom rozłamującym je na pół i bez oporu wyzbywać się pestki. Problem w tym, że czasem lato na Południu bywa deszczowe i choć to już sierpień, morele ciągle blade, nieśmiałe, zamknięte w sobie. Tymczasem lawenda, ta z naszego ogrodu, jest niecierpliwa, wyciąga smukłą szyję ku palącemu słońcu, wabi trzmiele odważnym zapachem, przez kilkanaście dni daje z siebie wszystko i później bardzo szybko przekwita. Do ciebie należy trudne zadanie zeswatania tych dwóch istnień w chwili, gdy są najbliższe doskonałości i zamknięcie tego ulotnego spotkania w zaprawionych na zimę słoiczkach (to zupełnie tak, jak wtedy, gdy we właściwym momencie przecinają się dwie subiektywne osie czasu i nie możemy się nadziwić, i mówimy o szczęściu). Bywa jednak czasem i taki rok, kiedy ten wyczekany właściwy moment się nie zdarza. Lawenda przekwita, morele ciągle jeszcze kwaśne, pani domu zajęta pilniejszymi sprawami. Mimo rozczarowania trzeba wówczas przyjąć z pokorą prawdę, że istnieją rzeczy niemożliwe i że dla niektórych spotkań nie ma właściwego czasu. I po prostu konfitury nie będzie.  

Tym razem mam jednak dobre wieści, 2015 jest rokiem łaskawym. Cała armia słoików stoi na baczność na straży schowanych na zimowe poranki chwil letniego szczęścia, gotowa do wymarszu na cztery strony świata. 

Konfitura morelowa z lawendą

2 kg odjrzałych moreli
2 kg cukru żelującego
10 świeżych kwiatostanów lawendy

Wypestkować morele i pokroić je na małe kawałeczki. Zasypać cukrem, dodać kwiaty lawendy oderwane od łodyżki, dokładnie wymieszać i odstawić na noc, żeby puściły sok. Następnego dnia doprowadzić do wrzenia i gotować na dużym ogniu przez 4 minuty. Nakładać do wyparzonych słoiczków, zakręcić i odstawić do wystudzenia do góry dnem. 

piątek, 31 lipca 2015

Digital detox



Cały jeden tydzień.

Żeby na własne oczy przekonać się czym się różni paź królowej od rusałki pokrzywnika i sikorka modra od sikorki bogatki. 
Żeby pojechać na rowerze w pachnące upałem świeżo skoszone pola pszenicy.
Żeby pobyć mamą na cały etat. 
Żeby napełnić słoiczki z pokrywkami w kratkę konfiturą z moreli i lawendy, zanim przekwitnie. 
Żeby nazbierać jeżyn i upiec ciasto, które zabarwi nam usta na niebiesko. 
Żeby zmniejszyć choć odrobinę piramidę książek "do przeczytania kiedyś". 
Żeby pisać bez stukotu klawiatury, wiecznym piórem (które uwielbiam już choćby tylko za samą nazwę).
Żeby palce zapamiętały w końcu rondo z sonaty patetycznej.
Żeby zatrzymać na chwilę galopujące myśli. 

Tydzień bez ekranów, bez telefonu w kieszeni. (Czy ktoś oprócz mnie pamięta jeszcze stanie w kolejce do automatu telefonicznego, gorączkowe szukanie monet w portmonetce? Wyczekane listy i niespodziewane telegramy?)

Cały  jeden tydzień. Czas start. 

wtorek, 28 lipca 2015

Amiens: Rogi Mojżesza



Jestem Ci wdzięczna, Drogi Czytelniku, że mogę do Ciebie myśleć bez rodzajników, odmieniając świat przez pełne wyjątków polskie przypadki, że niczego nie muszę tu tłumaczyć. Jeśli prawdą jest, co napisał Wittgenstein i granice języka wyznaczają granice świata, można postrzegać umiejętność posługiwania się dwoma językami jako swego rodzaju schizofrenię. Nieustanne balansowanie na granicy światów (a wiedz, że do żadnego z nich już nigdy nie będziesz należeć w całości) mnoży sensy i znaczenia - tylko kto je zrozumie? Jak ocalić przed samym sobą to wszystko, co niszczy tłumaczenie? Jak uniknąć fałszywych interpretacji?

Hieronim naprawdę bardzo się starał przetłumaczyć Stary i Nowy testament z hebrajskiego i greckiego na łacinę najlepiej, jak to tylko możliwe. Przez ostatnich trzydzieści lat swojego życia w zasadzie nie robił niczego innego, trudno więc posądzać go o brak zaangażowania czy niedostatek motywacji. Światły to był człowiek, wiele ksiąg przeczytał, przepisał i przetłumaczył, w Rzymie studiował, podróżował bez umiaru. Hebrajskim też posługiwał się całkiem nieźle - w końcu spędził kilka lat na syryjskiej pustyni Chalkis w towarzystwie prywatnego żydowskiego nauczyciela (i nawet nie próbuję sobie wyobrazić czym było życie pustelnika w IV w.). Do tego jeszcze ogłoszono go świętym. I pomimo tego wszystkiego tak zwyczajnie po ludzku się pomylił. 

W tympanonie portalu Matki Bożej katedry w Amiens siedzi sześciu starotestamentowych starców. Trzeci od lewej, ten z rogami, to Mojżesz. Nikt się nie dziwił, ręka nawet nie zadrżała trzynastowiecznym rzeźbiarzom: skoro w Wulgacie święty Hieronim napisał cornuta esset facies sua, to znaczy, że tak właśnie było naprawdę, że jego oblicze było rogate. Może Hieronim był już zmęczony, może miał osobliwe poczucie humoru, może nie znał tego hebrajskiego słowa i nie chciał się przyznać... I tak oto przez kilkaset lat całe rzesze chrześcijan nie wiedziały o tym, że po rozmowach z Bogiem twarzą w twarz oblicze Mojżesza było promieniejące i że to tylko Hieronim niezręcznym gestem dorysował mu rogi.


wtorek, 7 lipca 2015

Amiens: Jeż




Przypadek nie istnieje, to tylko słowo, którym zwykliśmy nazywać naszą niewiedzę, niewiarę i te wszystkie chwile, gdy to, co udało nam się schować do nieświadomości, bierze górę nad iluzją racjonalnego myślenia. W gotyckiej katedrze nic nie jest przypadkowe, każdy centymetr ma swoją symbolikę, każda rzeźba odsyła do dedali znaczeń, każdy gest budowniczych miał sens. W portalu Świętego Firmina katedry w Amiens rząd płaskorzeźb zamkniętych w czterolistne medaliony opowiada o znakach zodiaku  na niebie i odpowiadającym im ziemskim zajęciom: koziorożec oprawia drób, wodnik zasiada do uczty z dwugłowym Janusem zwracającym twarz starca w stronę starego i twarz młodzieńca w stronę nowego roku, zziębnięty luty grzeje stopy przy ogniu i piecze rybę, baran czuwa, by dobrze uprawiano winorośl, byk przygląda się tresurze sokołów, bliźnięta zachwycają się śpiewem słowika i umajoną roślinnością. Nikt z nich nie znalazł się tu przez przypadek. Tylko skąd w ostatnim dolnym medalionie wziął się jeż?!  

To poważna sprawa, Izajaszowi wcale nie było do śmiechu. Niech słucha ziemia i wszystko, co ją napełnia o tym, co się wydarzy w kraju Edomitów. Kiedy spadnie na pogan miecz Pana, potoki obrócą się w smołę i piasek w siarkę, a ziemia będzie płonąć w dzień i w noc. I kiedy gniew Wszechmocnego ugaśnie, wtedy właśnie do bram opuszczonego, porośniętego cierniami miasta, jak po każdym wybuchu wulkanu, jako pierwsze powrócą zwierzęta: pelikany, puchacze, kruki, sępy, węże, szakale i zdziczałe psy. I jeszcze jeż. Przytuptał cichutko do gotyckich murów byśmy nie zapomnieli "przypadkiem", że któregoś dnia również nasze niebiosa zwiną się jak zwój księgi. 

wtorek, 30 czerwca 2015

Martynika: Morne Gommier


Kiedy w 1930 r. Federico Garcia Lorca wygłaszał w Hawanie swój wykład "Juego y teoria del duende" ("Gra i teoria duende"), mówiąc o "duende" miał na myśli przede wszystkim tak dobrze mu znaną sztukę flamenco. 

"Te czarne dźwięki są zakorzenioną w glebie tajemnicą, którą wszyscy znamy i o której nic nie wiemy, skąd przychodzi do nas wszystko to, co jest istotą sztuki. (...) Goethe definiował duende mówiąc o Paganinim: "To tajemnicza siła, którą odczuwają wszyscy i której żaden filozof nie potrafi wyjaśnić." (...) Duende jest mocą, a nie aktem, jest to "walka", a nie "myśl". (...) Nie ma mapy, która prowadzi do duende, nie można się go nauczyć. Wiadomo jedynie, że pali we krwi jak odłamki szkła, że wycieńcza, że oddala całą słodką geometrię, której nas uczono, że przełamuje style, że opiera się na ludzkim nieukojonym cierpieniu, że sprawia, iż Goya, mistrz szarości, sreber i różów godnych najwspanialszego malarstwa angielskiego, zaczyna malować kolanami i pięściami przerażające czernie. (...) Nigdy nie można go powtórzyć, duende jest niepowtarzalne, jak  w czasie sztormu niepowtarzalna jest każda morska fala."

To duende, z którym nam udało się spotkać, nie mieszkało wśród falbaniastych spódnic i hiszpańskich gitar, tylko w czarnych skałach wulkanicznej wyspy. Ale zacznijmy od początku. 

Jest takie miejsce na Martynice, skąd widać ją całą: mieniącą się w słońcu Diamentową Skałę, port Le Marin, Diabelski Stół przez który przetaczają się fale wielkie jak wieżowce, porośnięte tropikalną dżunglą wzgórza Carbet, a nawet czasem zielony czubek wulkanu, pod warunkiem, że chmury odkleją się od niego na chwilkę. Gdy dotarliśmy na wzgórze Morne Gommier na wieczór kreolskich kolęd pod poetycką nazwą "Zachód Słońca - Wschód Księżyca", słońce właśnie zachodziło na różowo, a na horyzoncie rysowały się strzępiaste szczyty sąsiedniej Sainte Lucie. Właścicielem Morne Gommier jest słynny na całej wyspie Balthazar i kiedy zrozumiałam, że ten starzec, który dosiadł się do naszego stolika i z którym od godziny rozmawiam o powojennej historii Polski (!!!) to właśnie on, dawno już byliśmy po kolacji. Galopujący rytm kreolskich kolęd podchwytywały kolejne bębny i bębenki, ciągle przybywało biesiadników, a każdy z nich przynosił jakiś instrument, choćby to były tylko stukające o siebie dwa patyki. Nowi soliści wyłuskiwali się raz po raz z rozśpiewanego, roztańczonego tłumu, księżyc leniwie wytoczył się zza horyzontu. 



I wtedy właśnie ten chłopak podszedł do mikrofonu. Mocno wbił w ziemię rozstawione szeroko stopy, zdjął z głowy kraciastą czapkę z daszkiem, zmrużył czarne oczy i zaczął śpiewać. Nie mam pojęcia o czym była ta piosenka i czy w ogóle była to kolęda, kościelne śpiewniczki już dawno się pozamykały. Jego głos wcale nie był ładny, daleko mu było do anielskich chórów gotyckich katedr i do słodkiego szeptu muzy Petrarki. Szorstki jak znaleziony na piasku odłamek rafy koralowej, niósł w sobie całą historię Wyspy. Słychać w nim było rozdzierający świst bata na polach trzciny cukrowej, płacz dzieci wystawionych na licytację, zaśpiewy pozwalające równo wiosłować tym, którym dane było dożyć końca podróży, ciszę czarnych ciał wyrzuconych na brzeg. Bębny podchwyciły rytm, śpiew ciął gęste powietrze, dłonie zaciskały się w pięści. Stało się w nas lorcowskie duende. Rosło od palców stóp dreszczami wzdłuż kręgosłupa by w końcu z całą mocą chwycić nas za gardło. I tak jak jedna brzmiąca struna potrafi wprawić w drżenie następne, tak i w nas odezwały się alikwoty naszych własnych historii. Na krótką chwilę wrócili nasi umarli, z którymi nie zdążyliśmy się pożegnać, znów zabolała nas nieobecność, co jest jak ślad dłoni odciśnięty w glinie nie pozwalający zapomnieć o ulotności dotyku, poczuliśmy bicie serca, jak wtedy, gdy trzeba odejść nie oglądając się za siebie, tego serca, któremu należy pozwolić złamać się tyle razy, aż w końcu nauczy się na zawsze pozostać otwartym.

Gdy ucichł ostatni oddech, zatrzymały się bębny, odwracaliśmy w zawstydzeniu szklące się prawdą uczuć spojrzenia. "A duende? Gdzie podziało się duende? Przez pustą bramę wieje wiatr, dmucha uparcie na głowy umarłych w poszukiwaniu nowych pejzaży i nieznanych akcentów; wiatr o zapachu śliny dziecka, zgniecionej trawy, płaszcza meduzy, zapowiadający odnawiający się bez końca chrzest dzieła, które właśnie się staje."*




*Wszystkie cytaty pochodzą z francuskiego wydania "Jeu et théorie du Duende" Federico Garcia Lorca (Allia, 2008), tłumaczenie na polski własne. 

środa, 24 czerwca 2015

Quiche lorraine


Zawsze chciałam, by mój dom był otwarty. Otwarty na kolory i zapachy ogrodu, gdzie można wybiec boso zbierać poziomki. Otwarty na światło nie zatrzymywane przez firanki, z dużymi oknami przez które można obserwować ptaki. Otwarty muzyką, brzmiący na zewnątrz głosem pianina, dziecięcymi piosenkami, śmiechem. Otwarty dla gości, tych wyczekanych i tych niespodziewanych, dla których przygotowuje się kolację w pośpiechu z rosnącym podekscytowaniem.

Ot na przykład taką oto quiche lorraine, co zawsze się udaje.

Quiche lorraine

Składniki:
Kruche lub francuskie ciasto w rulonie, albo na przykład z tego przepisu
5 jajek
200 g śmietany
200 ml mleka
2 łyżki mąki
100 g startego żółtego sera
200 g wędzonego boczku pokrojonego w słupki
100 g szynki pokrojonej w drobną kostkę
świeżo starta gałka muszkatołowa
sól i pieprz do smaku

Nagrzać piekarnik do 180° C i wyłożyć ciastem formę na tartę. Podsmażyć boczek na patelni 5 minut, dodać szynkę i smażyć jeszcze chwilkę. Odcedzić wytopiony tłuszcz. W dość dużej misce ubić jajka mikserem, dodać mąkę, śmietanę i mleko ciągle ubijając. Dorzucić ser oraz boczek z szynką i wszystko razem dokładnie wymieszać. Doprawić gałką muszkatołową, pieprzem i ewentualnie solą - jak boczek i szynka były słone, dodatkowa sól jest zbędna. Wylać przygotowaną masę na spód tarty i wstawić do piekarnika na 40 minut. Quiche lorraine podaje się ciepłą z zieloną sałatą z sosem vinaigrette.

Gdy w końcu zasiądziemy do stołu, quiche lorraine będzie nam smakować jak nigdy przedtem, doprawiona ważnymi rozmowami i radością z bycia razem. Gościnności nie zapominajcie; przez nią bowiem niektórzy, nie wiedząc o tym, aniołów gościli*.

*Hebr. 13:2

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Martynika: Przeklęty figowiec


Posłuchaj, ma doudou, jak będziesz kiedyś w Saint Anne, koniecznie idź porozmawiać z przeklętym figowcem przy Anse Michel, to najstarszy na całej wyspie. Powiedz mu, że często wyobrażam go sobie w bezsenne noce, że bardzo bym chciała, by mi przypomniał wszystkie tajemnice, które mu powierzyłam. A teraz mam do ciebie jeszcze jedną prośbę: możesz powiedzieć temu chłopcu co pasie krowy, żeby je stąd zabrał? Kto to widział krowy do domu wprowadzać, aż nie słyszę, co mówisz, tak hałasują! 

Moje życie toczy się od jednego do drugiego znaczącego Spotkania, kolorowa piłka, którą raz po raz łapią czyjeś ręce i rzucają w zupełnie niespodziewanym kierunku zostawiając na zawsze ślady palców. Kiedy kilka dni temu ktoś zapytał mnie skąd nam się w ogóle wzięła ta Martynika, odpowiedziałam szybko i byle co. Bo jak w kilku zdaniach wyjaśnić, że tak naprawdę, to znaleźliśmy się tam dlatego, że kiedyś dane mi było spotkać Odette?

To ty, ma doudou? Szkoda, że nie znałyśmy się wcześniej. Dziś już nie jestem tą Odette, co kiedyś. Byłam wysoka, miałam sprężyste ciało, kiedy tańczyłam czułam się jak królowa, wszyscy mężczyźni się na mnie gapili, ale ja przez całe życie kochałam tylko Lulu. Czy wiesz jak się stąd dostać do portu? Lulu codziennie dzwoni, żeby mi powiedzieć, że czeka na mnie w Le Marin, na pomoście, tak, jak kiedyś. Mamy razem trójkę dzieci, takich rzeczy się nie zapomina, nasza najstarsza córka ma już z piętnaście lat! Nie widziałaś mojej walizki? 

Odette... hebanowa królowa domu starców. Onieśmiela cierpieniem wyrytym na twarzy, sylwetką z czarnego granitu, długie palce gładzą kręcone włosy przycięte tuż przy skórze, dzwonią ciężkie kolczyki, ostre spojrzenie lewego oka przeszywa na wskroś, prawe błękitne nigdy już niczego nie zobaczy. Nie sposób ją zrozumieć. Zdarza się, że wścieka się bez powodu i krzyczy w jakimś dziwnym, odległym języku. Wieczorem nie chce położyć się spać, całymi nocami siedzi w fotelu ubrana w kwieciste sukienki, z kimś rozmawia, choć mieszka w jednoosobowym pokoju i choć dawno minęła godzina odwiedzin. Nikomu nie pozwala rozpakować swojej wielkiej czerwonej walizki, ciągle na kogoś czeka. Wszyscy wiedzą, że chciałaby być gdzieś indziej, że to nie jest miejsce dla niej, dla Królowej, rodzina zamknęła ją tu siłą, legenda niesie się z ust do ust. Podobno w jakiś pechowy piątek przyleciała do nich w odwiedziny, pierwszy raz w życiu opuściła Martynikę, a w niedzielę już była tutaj. Jak oni tak mogli, wyrodne dzieci. Kiedy spotkałam ją po raz pierwszy, dzień dobry, chciałam się przedstawić, jestem tu na stażu, mocno ścisnęła moje palce w swoich suchych dłoniach i patrząc mi w oczy poprosiła: wróć jeszcze kiedyś porozmawiać, ma doudou, kochana moja. I tak wracałam do niej codziennie przez następnych sześć miesięcy. 

Mam na Martynice pięky, duży dom w Saint Anne, na wzgórzu. Zbudowaliśmy go razem z Lulu, zanim zachorował. Latami odkładaliśmy cent do centa, ma doudou. W nocy piekłam ciastka - z bananami, kokosem, papają. Kiedy tylko budziło się słońce schodziłam do oceanu na poranną kąpiel w świetlistych falach, a potem szłam brzegiem aż do plaży Salines, tej z pocztówek i sprzedawałam ciastka turystom. Nigdy nie chodziłam do żadnej szkoły, ale naprawdę dobrze gotuję. Na szczęście nie mamy dzieci, inaczej nigdy nie udało by się nam zbudować tego domu.

Halo, to pani zajmuje się moją mamą? Znów nie spała od tygodnia? Zabiją mnie kiedyś w końcu te wyrzuty sumienia, naprawdę nie mogę jej wziąć do siebie, mam rodzinę, pracę, ona wymaga całodobowej profesjonalnej opieki. Jest nas pięcioro, ale bracia i siostry mieszkają na południu Francji, za daleko, w Saint Anne już nie ma nikogo, po tym jak jej brat się powiesił. Nasz ojciec? Zmarł na raka dziesięć lat temu, to wtedy właśnie wszystko się zaczeło. Poszło o spadek, o dom, nasłali na mamę czarowników, takich co to rzucają uroki, ja tam w takie rzeczy nie wierzę, ale przez wiele tygodni znajdowała rano na progu rozprute ropuchy i koguty z podciętym gardłem. A potem ta choroba... Czy to prawda, że ona ma kamyki w mózgu? Że nie można jej pomóc? Więc może jednak coś w tym jest? Może powinnam z nią wrócić na Martynikę, znaleźć jakiegoś czarownika, w Saint Anne jest taki jeden, co leczy ziołami... 

To wszystko przez nią, tę wiedźmę z Saint Denis. Po śmierci Lulu zupełnie nie wiedziałam co robić, zaproponowała mi pracę, miałam u niej sprzątać. Przeprowadziłam się do niej, a ona pomieszała mi w głowie. To łóżko to też ona mi dała. I tą sukienkę też. Nie mów tak głośno, oni wszyscy pracują dla niej, to przecież jej dom. To przez nią nie widzę na jedno oko, wypaliła mi go we śnie. Lepiej już wracaj do siebie, póki jeszcze możesz, ma doudou.

Dokumentacja lekarska Odette była zdawkowa: proteza stawu biodrowego sprzed trzech lat, wrodzona ślepota prawego oka, podwyższony poziom cholesterolu. I skaner mózgu z adnotacją DLB. Poszukałam w słowniku. DLB - ang. dementia with Lewy bodies, czyli otępienie z ciałami Lewy'ego - choroba neurodegeneracyjna będąca drugą, po chorobie Alzheimera przyczyną otępienia. Oprócz demencji, zespołu parkinsonowskiego i zaburzeń uwagi, do charakterystycznych objawów DLB należą bardzo szczegółowe i plastyczne halucynacje wzrokowe oraz usystematyzowane urojenia o treści paranoidalnej.

Ma doudou, mam pełno wody w głowie, cały ocean mi w niej szumi, wszystkie myśli się utopiły, wszystkie wspomnienia, została tylko ciepła woda. Widziałaś kiedyś, jak fale przelewają się przez skały Diabelskiego Stołu? Słyszysz ten huk?

Aż w końcu nadszedł ten poniedziałek, kiedy ze zdumieniem odkryłam, że w pokoju Odette mieszka już ktoś inny. Wiesz, najstarsza córka, ta co mieszka pod Paryżem, przyjechała po nią w weekend - słowa Isabelle docierały do mnie z daleka - podobno zrezygnowała z pracy w szkole, by zająć się matką, zabrała czerwoną walizkę i pojechały. Poczułam się tak, jakby nagle ktoś wyrwał mi z rąk niedoczytaną do końca książkę. Jeszcze nawet nie zaczęłam tego najważniejszego rozdziału, ciągle tak niewiele rozumiem, kto mi odpowie na te wszystkie pytania, Królowo? Która z Twoich historii jest tą prawdziwą? 

Mam już bilet na samolot, Lulu mi go przysłał pocztą. Gdzieś tu jest w szufladzie. Pomożesz mi się spakować, ma doudou? Mój brat przyjedzie po mnie na lotnisko, a potem wzdłuż wybrzeża pojedziemy do Saint Anne, do naszego domu. Lulu złowi kilka ryb, upiekę je w ogniu, usmażę acras. Jak wzejdzie księżyc, chłopcy przyniosą bębny i będziemy śpiewać i tańczyć do rana, do ostatniej kropli rumu. 

Któregoś dnia na plaży Anse Michel w Saint Anne złapała nas burza. W popłochu pozbieraliśmy ręczniki i pobiegliśmy się schronić przed deszczem w pobliskim lesie. Po kilku krokach wąska ścieżka zaprowadziła nas do Drzewa. Było ono tak olbrzymie, że w zasadzie samo w sobie było całym lasem, majestatyczne konary wznosiły się niczym rzędy kolumn gotyckiej katedry. Dopiero wtedy przypomniałam sobie Odette i jej opowieści o przeklętym figowcu, co nie ma początku ani końca, o tym, jak z upływem lat kolejne gałęzie chylą się ku ziemi i ukorzeniają, by przerodzić się w następne drzewa żyjące własnym życiem, ale jednocześnie pozostające częścią Drzewa. Każde z nich szeptało kroplami deszczu inną, ale w końcu i tak tę samą historię. Jak poplątane myśli Odette, jak rozwidlające się w nieskończoność przedziwne ścieżki życia.  

czwartek, 21 maja 2015

Martynika: Montagne Pelée


W tę sobotnią majową noc w portowej tawernie rum lał się strumieniami. Dwadzieścia okrętów stało na redzie w Saint Pierre, najwspanialszym mieście całych Karaibów, nie bez powodu nazywanym "Małym Paryżem Antyli". Cyparis, od kilku lat bez ustanku w drodze i często bez centa przy duszy, miał nosa do tych miejsc, gdzie marynarze są już na tyle pijani, że częstują rumem nawet czarnych nieznajomych. Dziś jednak Cyparis wypił o jedną szklankę za dużo i kiedy usłyszał tę gadkę o niewolnikach nie zdołał powstrzymać sięgającej do kieszeni dłoni, błysnął nóż. Cyparis był przekonany, że tak to właśnie było, że z tego właśnie powodu znalazł się w kamiennym lochu, choć do końca nie bardzo pamiętał, jak i kiedy tam trafił. Pamiętał za to bardzo dobrze przerażający łoskot, który obudził go w niedzielny poranek. Huk wybuchu, lawinę kamieni i walących się budynków, śmiercionośną falę parzącego powietrza, krzyki. I tę straszną ciszę przez następne trzy dni.

Już na początku lutego śmierdziało siarką w Saint Pierre, a węże i ptaki uciekły na południe. Później było kwietniowe trzęsienie ziemi i kilka podziemnych wybuchów. Kiedy na pobliską rybacką wioskę Le Prêcheur spadł deszcz białego popiołu, coraz więcej oczu wznosiło się z niepokojem w stronę Montagne Pelée - Łysej Góry, jak nazywali ją pierwsi biali osadnicy. 4 maja olbrzymia lawina błotna pochłonęła cztery gorzelnie, a gdy dotarła do oceanu, wielkie fale wyrzuciły stojące w porcie statki na brzeg. Przypomniano sobie, jak podczas ostatniego karnawału uczestnicy parady naśmiewali się z kościelnych rytuałów, jak obrzucono biskupa kamieniami i jak odgroził się zaciśniętą pięścią: "Spadną wam jeszcze te kamienie na głowy, zobaczycie!" Szalona dziewczyna sprzedająca orzeszki ziemne na rogu rynku wykrzykiwała "Kara! Kara!" W mieście zaczął rosnąć strach.

Francuskie władze powołały naukową komisję mającą zbadać te wszystkie niespotykane zjawiska i uspokoić mieszkańców. Nawet sam gubernator Martyniki Louis Mouttet pofatygował się do Saint Pierre wraz z małżonką, by wysłuchać wniosków naukowców w melonikach. "Wszystkie zjawiska, które miały miejsce do dnia dzisiejszego nie mają w sobie nic niezwykłego, wprost przeciwnie, są to przejawy normalnej aktywności wszystkich wulkanów." 8 maja 1902 r. telegram o tej właśnie treści został wysłany z Fort de France, stolicy Martyniki do Paryża. Kiedy operator telegrafu w skupieniu wystukiwał tekst, na głowy wiernych idących na poranną niedzielną mszę spadł grad drobnych kamyków, zatrzęsła się ziemia, a niebo nad północą wyspy zasnuło się czarnym pyłem.

Zanim całe Fort de France zdążyło sobie zadać pytanie co się dzieje w Saint Pierre, miasto to przestało istnieć. Rozgrzana do ośmiuset stopni chmura pyłów i gazów w kilka sekund ześlizgnęła się zboczem Łysej Góry w stronę oceanu zdmuchując najmniejszy przejaw życia, paląc pola trzciny cukrowej, krusząc mury. Zginął gubernator Mouttet i jego małżonka, wulkanolodzy w melonikach, marynarz, którego Cyparis prawie zadźgał nożem. I ze trzydzieści tysięcy innych ludzi. Nikt nie przeżył. Nikt - oprócz Cyparisa. 

Ekipa ratownicza dotarła do lochu, w którym siedział Cyparis po trzech dniach gaszenia tego, co zostało z płonącego Saint Pierre. Dotkliwie poparzony trafił na długo do szpitala, a gdy już ozdrowiał, zupełnie nie wiedział, co z tym swoim cudownie ocalonym życiem zrobić. Zaciągnął się na pierwszy lepszy statek i popłynął do Stanów Zjednoczonych. Podobno występował tam w cyrku Barnum, gdzie między numerem karła i kobiety z brodą opowiadał o wybuchu Montagne Pelée pokazując imponujące blizny. Ale to już zupełnie inna historia.  

środa, 20 maja 2015

Martynika: Mamadou


Codziennie o świcie Mamadou wypływa z portu Le François swoją żółtą łódką sprawdzić, co złapało się nocą do drucianych pułapek leżących na dnie zatoki. Jeśli to tylko kilka kolorowych rybek, trzeba będzie popłynąć dalej, tam, gdzie huczące fale rozbijają się o rafę koralową i spróbować złowić stukilowego miecznika, zanurkować po kilka lambi, albo białych jeżowców. Dziś jednak jest dobry dzień, Mamadou wyłącza silnik łodzi, zarzuca kotwicę, zwinnym ruchem wskakuje do wody, by po chwili wynurzyć się na powierzchnię ściskając w dłoniach klatkę z metalowej siatki. Połów jest udany, z klatki spoglądają przerażone langusty, wymachują czułkami. Langusty są trzy, każda warta jakieś 15 Euro, można wracać do portu pograć z kumplami w domino. Można by co prawda spróbować zarobić więcej, w zatoce jest tak dużo ryb, że wystarczy zarzucić do wody sam haczyk z kolorowym pomponem, by po chwili trzepotała na nim jakaś smaczna rybka. Można by... tylko po co? Dziś jest dobry dzień, są langusty, może i jacyś turyści się przytrafią?

Turyści proszą zawsze o to samo: kąpiel na położonej kilka kilometrów od brzegu mieliźnie nazywanej "Wanną Józefiny". Z tą Józefiną to skomplikowana sprawa. Podobno przyszła cesarzowa miała w zwyczaju zażywanie kąpieli morskich w tym właśnie miejscu, tylko, że po pierwsze w XVIII w. mało kto kąpał się w ogóle w morzu, zwłaszcza jeśli był córką kolonialnych szlachciców, a po drugie Józefina mieszkała na drugim końcu wyspy. Turystom to jednak zupełnie nie przeszkadza, są w stanie zapłacić kilka Euro, żeby tylko ktoś ich dowiózł łódką na miejsce, gdzie mogą spokojnie sączyć rum z plastikowych kubeczków stojąc po pas w ciepłej, turkusowej wodzie... na środku oceanu.


Mamadou wyjmuje langusty z pułapki do plastikowego wiadra, na przynętę wkłada do klatki miąższ orzecha kokosowego i wyrzuca klatkę za burtę. Jutro na pewno też będzie dobry dzień. Tymczasem wraca do portu, langusty w desperacji stukają czułkami o wiaderko, oficjalnie praca na dziś skończona.


Kiedy z całą rodziną docieram do malutkiego portu w Le François, nagle nie wiadomo skąd zaczynają się zbierać ciemne chmury. Dowiedzieliśmy się już, że oficjalnie nie ma rejsów statkiem po zatoce, ale z rybakami zawsze się da coś załatwić. Jest dziewiąta rano, Mamadou w czerwonym podkoszulku siedzi przy rozkładanym stoliku obok stosu muszli lambi, popija kawę grając w domino z trzema innymi rybakami. Uśmiecha się do mnie serdecznie i jako pierwszy rzuca "Bonjour", więc to właśnie jemu zaczynam tłumaczyć wszystkie moje niepokoje. Zrywa się wiatr i spadają pierwsze krople deszczu.

- Bonjour, chcielibyśmy popływać łodzią po zatoce, ale nie do Wanny Józefiny, tylko może na jakąś wysepkę, no ale zaczyna padać, a my jesteśmy z małymi dziećmi, do tego ten wiatr, będzie nam zimno, to może przyjdziemy innym razem...

Mamadou przerywa mi spokojnym, pewnym siebie głosem:

- Po co szukasz czegoś, czego mieć nie możesz? Co nie jest ci do niczego potrzebne? Zrób dzisiaj to, co chcesz zrobić dzisiaj. Dzisiaj jest dobry dzień.

Zaufaliśmy Mamadou, a jego łódka zabrała nas tam, gdzie świeciło słońce.





sobota, 16 maja 2015

Tarta z rabarbarem i kremem migdałowym




Jak przystało na prawdziwą żonę rolnika, dorobiłam się w końcu kilku grządek (kurnik w planach!) Jedna z pierwszych wiosennych radości ogródka, tuż po szczypiorku, ale jeszcze sporo przed truskawkami: rabarbar! Zielone parasole przyniesione do domu z wyprawy w kaloszach w wysokie, mokre trawy. 

Tarta z rabarbarem i kremem migdałowym

Składniki:
Kruche ciasto (na przyklad z tego przepisu)
5 łodyg rabarbaru
250 ml słodkiej śmietanki
60 g mielonych migdałów
60 g mąki
100 g cukru
2 jajka

Umyć i obrać rabarbar, a następnie pokroić go wzdłuż na bardzo cienkie wstążki. Przełożyć rabarbar do miski i zasypać 40 g cukru, poczekać około godziny, aż puści sok.

Ubić całe jajka z resztą cukru na białą gładką masę, a następnie dodać mąkę, migdały i śmietankę. Wszystko razem dokładnie wymieszać.

Rozwałkować kruche ciaso i wyłożyć nim formę na tartę. Wlać do formy migdałowy krem. Odcedzić rabarbar na sitku. Na kremie układać koliście wstążki rabarbaru, zaczynając od zewnątrz, aż do środka.

Piec około 40 min. w 180 °C.


Tarta ta podobno najlepiej smakuje po schłodzeniu. Nie mogę potwierdzić, u nas zawsze znika jeszcze letnia.