środa, 10 lutego 2010

Zupa Combalou


We francuskiej kuchni każde danie ma swój ściśle określony czas i miejsce. Konfitury je się na śniadanie, ser po daniu głównym, quiche na kolację, czekoladę do kawy, naleśniki na podwieczorek. Francuzi znający Polskę troszkę lepiej nie przestają się dziwić, że potrafimy zjeść byle co (wędlinę na śniadanie!), byle jak (na posmarowanej masłem kromce chleba!), byle kiedy (posiłek o 11 przed południem!) i byle gdzie (na niskim stoliku przed telewizorem!). Jednak jednym z największych zaskoczeń w poznawaniu polskich zwyczajów kulinarnych jest dla Francuzów nasz poczciwy polski rosół pojawiający się na niedzielnym stole jako wstęp do obiadu. No bo jak tak można?! Zupę je się tylko i wyłącznie w zimowe wieczory!

A ponieważ za naszym pikardyjskim oknem śnieg znów pobielił dachówki sąsiadów, proponuję Wam dziś na kolację serową zupę z wyżyny Combalou na południu Masywu Centralnego, gdzie błękitny Roquefort dojrzewa w skalnych piwnicach. Zupa jest taka, jaką lubią Francuzi: gęsta, kremowa i rozgrzewająca aż po czubki zmarzniętych palców.

Zupa Combalou

Składniki na 6 porcji:

1 cebula
3 łodygi selera naciowego z liśćmi
2 marchewki
30 g masła
100 g wędzonego boczku
4 łyżki kaszy manny
100 g sera Roquefort
3 łyżki śmietany
2 żółtka
Sól i pieprz

1. Obrać cebulę, marchewki i łodygi selera. Odciąć liście, przydadzą się później.
2. Zetrzeć warzywa na tarce z grubymi oczkami, podsmażać na maśle przez 8 minut.
3. Zalać warzywa 1,5 litra wody, lekko posolić. Gotować na małym ogniu przez 10 minut.
4. Zmiksować zupę blenderem na gładki krem. Wsypać kaszę mannę i gotować 4 minuty ciągle mieszając.
5. Boczek pokroić w słupki. Można albo go przysmażyć na patelni, albo obgotować w wodzie - będzie mniej tłusty. Odsączyć.
6. W misce utrzeć Roquefort ze śmietaną i żółtkami na gładką masę. Następnie stopniowo dodać szklankę gorącej zupy ciągle mieszając. Przelać z powrotem do garnka z zupą. Doprawić solą i pieprzem.
7. Podgrzewać zupę bardzo delikatnie uważając, żeby się nie zagotowała, ciągle mieszając.
8. Gdy zacznie gęstnieć, wlać na talerze, posypać drobno posiekanymi liśćmi selera i kawałkami boczku.

Od razu zima staje się bardziej znośna!

wtorek, 9 lutego 2010

Reunion: Tamilowie


- Przepraszam bardzo, mogę pana o coś zapytać? Może to głupie pytanie, ale wie pan, jesteśmy z Metropolii i nie znamy tutejszych zwyczajów... Po co panu ta woda?
Pomarańczowy zachód słońca na plaży w Saint Leu. Siedzimy pod palmami i od dłuższego czasu obserwujemy czarnoskórego młodego mężczyznę, który raz po raz podbiega do brzegu trzymając pięciolitrową plastikową butelką, zwrócony w stronę fal wykonuje jakiś dziwny taniec z potrząsaniem ramion, podskokami i padaniem na kolana, po czym napełnia butelkę wodą i odstawia ją pod palmę. W czterech jest już mętna koralowym piaskiem woda, trzy jeszcze czekają na napełnienie.
- To do jutrzejszego piątkowego skropienia podwórza. Powinienem po nią przyjść jutro rano, o wschodzie słońca, ale idę do pracy na szóstą i nie będę miał czasu.
- Do skropienia podwórza? Nie można by tak wodą z kranu?
- W żadnym wypadku! Trzeba oddać cześć boginii Karli, to znaczy, żebyście mnie dobrze zrozumieli, Duchowi Świętemu, który mieszka nad oceanem, żeby poświęcił wodę. Tylko wtedy ma ona moc odstraszania złych duchów. Jak się święci podwórze regularnie, to można uniknąć tych kosztownych ceremonii składania kozłów w ofierze Maryi Dziewicy. My ją nazywamy Marliemen.
- Niech mi pan jeszcze jedno powie... jaka to religia?
- Katolicyzm oczywiście. Moi przodkowie pochodzili z Madrasu, z ludu Tamilów, ale ja urodziłem się na Reunion i jestem katolikiem. Z resztą Chrystus i Krishna są do siebie tak bardzo podobni...


Tamilskie świątynie na Reunion są wszędzie: w centrach miast, przy fabrykach, nad brzegiem morza, w przydomowych ogródkach. Przeraźliwie kolorowe niezrozumiałe bestiarium zdaje się być w ciągłym tańcu, falują szaty bogów, ryczą krowy, słonie uderzają w bębny. Oficjalnie wyznawców hinduizmu na Reunion nie ma, prawie wszyscy są katolikami... choć przecież nigdy nie zaszkodzi postawić sobie w ogrodzie dwumetrowy posąg opiekującego się ogniskiem domowym Aiyanar. Gdy nad jakąś rodziną zawiśnie fatum, trzeba w ofierze złożyć kozła. Albo jeszcze lepiej, czarną kurę nioskę. W hołdzie boginii Pandiallee Tamilowie maszerują po rozżarzonych węglach. Hinduskie chrzty odbywają się w tajemnicy przed wyjściem do kościoła, śluby w czerwonej sukni dzień przed ubraniem białej, po katolickim pogrzebie rodzina potajemnie obsypuje grób ziarenkami ryżu i polewa kozim mlekiem.

- Trudno mi to wszystko zrozumieć... Katolicy mają jednego Boga, wy macie ich całe legiony... Jak pan to wszystko godzi?
- Bóg katolików zawiera w sobie wszystkich bogów tamilskich. To przecież proste!


poniedziałek, 8 lutego 2010

Entrée: Rolada szpinakowa z wędzonym łososiem


Francuskie obiady i kolacje przypominają beethovenowskie symfonie: trzy lub nawet czasem cztery dania, każde z własnym charakterem, w doskonałej równowadze i harmonii. Na początek lekkie warzywne entrée, potem konkretniejsze danie główne, serowy kontrapunkt i triumfalny akord deseru na zakończenie. Psychologowie mówią, że naszą pamięcią rządzą dwa podstawowe prawa: świeżości i pierwszeństwa. Pewnie właśnie dlatego najlepiej zawsze pamięta się ostatnie wrażenia po deserze oraz entrée, od którego tradycyjnie zaczyna się wspólne biesiadowanie. Ma ono zaspokoić pierwszy głód, uciszyć chwilowo burczenie w brzuchach i pozwolić pani domu dogotować danie główne, które właśnie dzięki temu, że nie zje się go na pusty żołądek, będzie można smakować powoli i ze spokojem. No i również w rozsądniejszej ilości.

Co to takiego to entrée? W dosłownym tłumaczeniu jest to ''wejście'', takie malutkie preludium do czegoś poważniejszego. Może to być zielona sałata z sosem vinaigrette, surówka z marchewki albo selera, sałatka z pomidorów, awokado z krewetkami, czasem plasterek pasztetu, w zimowe wieczory zdarza się zupa... przepisów jest bez liku. Może to być też na przykład plaster takiej oto szpinakowej rolady z wędzonym łososiem. Przepis prościutki, a na gościach robi wrażenie.

Szpinakowa rolada z wędzonym łososiem

Składniki na 10 porcji:
500 g liści szpinaku - najlepszy jest świeży, ale może być też w puszce, albo mrożony, ważne, żeby były to spore kawałki liści, a nie szpinakowa papka
6 jajek
6 plastrów wędzonego łososia
biały serek typu Almette albo Bieluch, naturalny lub z ziołami
sok z cytryny
szczypiorek
200 ml śmietany
łyżeczka oleju
papier do pieczenia - niezbędny!

1. Nagrzać piekarnik do 210 stopni.
2. Przygotować szpinak - jeśli jest w puszce, to dokładnie go odcedzić na sitku. Jeśli jest mrożony, to rozmrozić i odparować wodę. Jeśli jest świeży, pokroić liście na kawałki, lekko podgotować w osolonej wodzie i dokładnie odcedzić na sitku.
3. Wymieszać szpinak z żółtkami, ubić pianę z białek i dodać ją do szpinaku. Posolić.
4. Wyłożyć dużą formę do ciasta papierem do pieczenia, posmarować go leciutko olejem. Wylać masę szpinakową na blachę, rozsmarować na grubość ok. 1 cm.
5. Piec 15 minut.
6. Po wyjęciu z piekarnika przy pomocy plastikowej tacy lub innej formy do ciasta przewrócić upieczony omlet na drugą stronę. Przestudzić. Posmarować serkiem, rozłożyć równomiernie plastry wędzonego łososia i wszystko razem ciasno zwinąć w rulon.
7. Zawinąć roladę ciasno w folię aluminiową i włożyć co najmniej na dwie godziny do lodówki.
8. Podawać na zimno z sosem ze śmietany doprawionej sokiem z cytryny, drobno pokrojonym szczypiorkiem, solą i pieprzem.

Smacznego!

Tylko nie jedzcie za dużo, to tylko entrée...

PS. Dużą blachę do ciasta można z powodzeniem zastąpić blachą z piekarnika, rolada będzie większa i cieńsza.

czwartek, 4 lutego 2010

Reunion: Orchidee

Pierwszą noc na Reunion spędziliśmy w pokojach gościnnych pani Nicole Maillot. Po ciemku, w deszczu, błotnistą górską drogą pięliśmy się w coraz wyżej i wyżej, wśród przyklejonych do zboczy domków, szczekających psów i pachnącej roślinności, prosząc w duchu ręczny hamulec, by nie odmówił nam swojej jakże cennej współpracy w tej krytycznej chwili. Nicole, wysportowana czterdziestolatka w szortach i białej koszulce na ramiączkach przywitała nas szklaneczką waniliowego rumu i pytaniem, czy przypadkiem nie zapomnieliśmy o kremach z filtrem przeciwsłonecznym. Dlaczego o to pytała zrozumiałam lepiej patrząc w lustro w łazience: po zdjęciu czarnej koszulki pozostał biały negatyw. Na czerwonym tle.

Rankiem obudził nas kobiecy głos opowiadający coś półgłosem tuż pod naszym oknem. Otworzyliśmy więc okiennice i... oniemieliśmy w zachwycie. Na wyciągnięcie ręki mieliśmy gąszcz kwitnących orchidei, niektóre rosły w ażurowych donicach na ziemi, inne w zagłębieniach zmurszałych pni drzewiastych paproci, jeszcze inne zwieszały się spod sklepienia z zielonej siatki. Żółte, różowe, perłowe, w kropki, paseczki i tygrysie cętki, te o wielkich kwiatach z otwartymi paszczami i te o malutkich płatach, jak kropelki deszczu. Spomiędzy pachnących pędów wyłoniła się Nicole. - Jak wam się podoba moja kolekcja ochidei? - zapytała nieśmiało spoglądając na swoje bose stopy.

Nicole jest prawdzią Reunionanką, do szpiku kości, do ostatniej kropli wymieszanej w kotle dziejów krwi. Urodziła się na Wyspie, oddycha nią, żyje w rytmie kolejnych wybuchów Wulkanu, potrafi rozpoznać po głosie wszytkie zamieszkające na Wyspie gatunki ptaków, przewidzieć pogodę w każdym zakątku wyspy tylko i wyłącznie spoglądając w niebo, a jak ma wolną chwilę, wyrusza w górskie wilgotne lasy w poszukiwaniu orchidei. To one są Królowymi Wyspy. Skomplikowane, jak wszystkie kobiety: lubią cień, ale nie mogą żyć bez słońca. Uwielbiają wilgoć, choć to ona najczęściej je zabija. Niełatwo im dogodzić, choć czasami dają się obłaskawić - trzeba do nich tylko często i dużo mówić, najlepiej po kreolsku. O czym? Nicole nie chciała nam powiedzieć...


środa, 3 lutego 2010

Reunion: Case creole

Podobno okna i drzwi są po to, żeby oddzielić zewnętrzny świat od tego, co wewnątrz. Podział to umowny, jak granice państw, wyśmiewają go marguillat, lekceważą bibe. Ty też najchętniej byś zawsze zostawiała je otwarte, symetrycznie, wpuszczając ciepły wiatr na przestrzał przez cały przedpokój, salon, sypialnie, aż do ogrodu. Do czego więc służą moje drewniane drzwi i nieszczelne okna? Do podglądania ukradkiem szczęścia sąsiadów, do słuchania nocą szumu deszczu w gałęziach mangowca, do tego, byś co rano zmuszała się do otwierania ich na świat?

Czasami się zastanawiam, do czego w ogóle jestem ci potrzebna. Całymi dniami pracujesz w tym swoim sklepie, po pracy zamiast do mnie wrócić przesiadujesz na nadmorskich skałach, a jak już w końcu przyjdziesz, to wrastasz w fotel na werandzie, jakbyś bała się wejść do środka. Jakby ON ciągle tam leżał oddychając ciężko, z twarzą zniekształconą kolejnymi bezsilnymi operacjami, jakby wciąż jeszcze umierał powolutku. Wariacje Goldbergowskie umilkły rok temu. Dlaczego ty niegdy ich nie słuchasz, Nathalie?

Zazdroszczę tym ceglanym domom z Północy, które nie mają werandy, które hipnotyzują swoich Panów ogniem w kominku, które słyszą wszystkie rozmowy gości rozsiadających się wygodnie w pluszowych fotelach salonu. Ty nigdy nikogo nie zapraszasz do środka, życie toczy się poza nami.

Doceniam, że o mnie dbasz i wiem, że bez ciebie już dawno pierwszy lepszy cyklon zdmuchnął by mnie z naszego wzgórza. Pamiętam każdą wydrążoną przez korniki deskę, którą wymieniłaś z czułością na nową i odcisk twoich kolan na podłodze z tamarynowca, kiedy pszczelim woskiem przywracasz jej blask. Doceniam, że pomimo drwin znajomych dalej gotujesz w starej murowanej kuchni w ogrodzie, by ochronić mnie przed ogniem. Że nie przeniosłaś łazienki, jak wszyscy, z ogrodu na pierwsze piętro, że nie podziurawiłaś mnie rurami, że podobam ci się taką, jaką jestem.

Kiedy wieczór zgasi wszystkie okna, w kręgu światła nocnej lampki przysiadasz na łóżku i wpatrujesz się w zawieszone na ścianie zdjęcia twoich synów. Najpierw jeden, potem jest ich dwóch, potem już trzech, na plaży, w górach, z kolejnymi psami, w końcu na studiach w Metropolii. Czasem przynosisz do łóżka telefon i godzinami opowiadasz o Hubercie, pracy, nurkowaniu przy rafie koralowej, że choć mieszkasz sama w wielkim domu nie masz zamiaru się przeprowadzać, o twoich Chłopcach, znów o Hubercie. Ciągle nie potrafisz jeszcze pozwolić mu odejść.

Któregoś dnia powiedziałaś, że masz wrażenie, że ta stara casa żyje. Kiedy w końcu zgasiłaś światło i przytuliłaś ciężką głowę do zielonej poduszki, zaskrzypiałam podłogą tuż koło twojego łóżka. Uśmiechnęłaś się przez sen.


poniedziałek, 25 stycznia 2010

Reunion: Równina tamarynowców


Po kilku godzinach marszu w głąb kotliny Mafat ścieżką wcinającą się jak wąski kanion w zielony betonowy blok tropikalnej roślinności, duszna przestrzeń niespodziewanie rozszerza się, błękitnieje, nabiera powietrza. Ma się wrażenie, że za sprawą zaklęcia miejscowych zielarzy, znaleźliśmy się uwięzieni w środku jednej z tych misternie rzeźbionych w kamieniu mydlanym indyjskich zabawek, które we wnętrzu koronkowej kuli zamykają posążek słonia. To właśnie równina tamarynowców, serce pierwotnego lasu, gdzie codziennie na nowo urzeczywistnia się tajemnica nieśmiertelności. Węzłowata plątanina błękitnych konarów nie ma początku ani końca, mota czas w skomplikowane pętle nie dając mu płynąć dalej. Powracające co roku cyklony usiłują bezskutecznie pozbawić ją korzeni - każdy upadający tamarynowiec staje się ojcem następnych pokoleń, każdy konar, który dotknie ziemi, ukorzenia się, wypuszcza nowe pędy, odradza się w nieskończoność.

Szum błękitnych gałęzi powtarza jak mantrę odwieczną lekcję godności i uporu, powstawania z martwych wbrew wszystkiemu.

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Reunion: Snack Bar Le Marla


Snack Bar w Marli nie ma stałych godzin otwarcia. Kiedy na ścieżce wiodącej z Przełęczy Byków pojawiają się kolorowe punkty powoli sunące w stronę blaszanych zabudowań, jeden z mężczyzn sączących Dodo na ławce niedaleko szkoły i wpatrujących się nieruchomo w horyzont wyciąga w ich kierunku wskazujący palec i krzyczy: Zoreilles! Niedbały fonetyczny zapis francuskiego słowa uszy w języku kreolskim określa białych przybyłych z Metropolii, których od miejscowych najłatwiej na pierwszy rzut oka odróżnić właśnie po spalonych słońcem do czerwoności uszach. Zoreilles się zbliżają, turyści z pełnymi portfelami, słowo obiega całą wioskę z ust do ust, odbija się echem. Z chylącego się domku wybiega ciemnoskóra kobieta w czerwonej bluzce i fantazyjnym słomkowym kapeluszu, na biodrze trzyma wierzgającą nogami dwuletnią dziewczynkę i czym prędzej otwiera zielone okiennice Snack Baru. Kiedy w końcu Zoreilles zasapani docierają pod Snack Bar, czuć już w powietrzu zapach rozgrzanego oleju. W menu samoussas i nems - trójkątne pierożki i podłużne krokieciki z farszem z kurczaka lub krewetek, bonbons piments - kuleczki z mielonego mięsa i papryki, faszerowane papryczki, wszystko smażone na głębokim tłuszczu i diabelsko ostre. Mam taką prywatną teorię, że Reuniończycy nie odczuwają w ogóle smaku ostrego, może to defekt genetyczny, może ewolucyjne przystosowanie, na pewno jacyś naukowcy się już tym kiedyś zajęli, w każdym razie: bez dwóch litrów zimnej wody posiłek na Reunion przygotowany według tradycyjnej receptury jest dla Europejczyka jak pożar afrykańskiego buszu w samym środku przełyku, ma się wrażenie, że żołądek zaraz eksploduje, z uszu unoszą się smużki dymu, twarz płonie, łzawią oczy. Nie ma sensu przed złożeniem zamówienia naiwnie pytać, czy dana potrawa jest ostra, bo zawsze odpowiadają, że oczywiście nie. I w dodatku nie kłamią - sami zajadają te doprawiane siarką posiłki bez mrugnięcia okiem i z promiennym uśmiechem na twarzy. Potem jeszcze filiżanka kawy z przydomowego ogródka z łyżeczką rudego trzcinowego cukru i można ruszyć w dalszą drogę do La Nouvelle. Kobieta w kapeluszu dziwi się, że u nas cukier robi się z buraków, no bo jaki on jest? Czerwony? Kiedy odchodzimy, przed Snack Barem z hałasem przysiada na kilka sekund helikopter. Dostawa Dodo i papryczek. Dziś powoli gęstnieje już mgła, ale jutro na pewno też przyjdą jacyś Zoreilles. I co najważniejsze, też sobie pójdą. Może właśnie dlatego odkąd tylko wylądowaliśmy na Reunion wszyscy miejscowi życzą nam dobrego powrotu?

piątek, 8 stycznia 2010

Reunion: Marla



Marla istnieje od piątej rano do południa. Wynurza się z cienia kilometrowych skalnych ścian wraz z pierwszymi promieniami gorącego słońca, jakby w cyrku kotliny Mafat miała swój własny punktowy reflektor: sklecone z czego się tylko da kolorowe domki pięćdziesięciu mieszkańców, podstawówka z sześciorgiem uczniów i panią nauczycielką prosto z Metropolii, zaopatrywany przez helikoptery malutki sklepik, snak bar i chylący się kościół z falistej blachy z mszą dwa razy do roku.


Pierwsi osadnicy, którzy przybyli na Reunion w ogóle nie zapuszczali się w góry, za stromo, za bardzo niebezpiecznie, kto wie, czy nie żyją tam jakieś dzikie bestie. Dopiero niewolnicy uciekający przed batem plantatorów trzciny odważyli się wyruszyć po skalnych półkach do zielonych kotlin. Tworzyli tam całe miasta ukryte w cieniu tamarynowców, wychowywali kolejne pokolenia dzieci, doili skradzione panom krowy i kozy. Złośliwi twierdzą, że wszyscy mieszkańcy Marli pochodzą od jednego zbiegłego w XVIII wieku niewolnika i jego żony i może faktycznie jest w tym trochę prawdy, bo szukanie małżonka w Mafacie z pewnością nie należało do zadań łatwych i oczywistych. Do dziś do Marli nie prowadzi żadna droga i można tam dotrzeć jedynie helikopterem albo stromymi ścieżkami, które w porze deszczowej zamieniają się w górskie potoki. Najkrótsza trasa prowadzi z Przełęczy Byków, na którą można dojechać samochodem: pięć godzin marszu. Nic więc dziwnego, że większość mieszkańców Marli nigdy się stamtąd nie rusza. Żyją sobie powolutku, pieniądze z francuskiego zasiłku dla bezrobotnych wydając na ukochane Dodo*, z pogardą patrzą spod swoich czarnych kapeluszy na ubranych w kolorowe sportowe stroje turystów i ich dziwne buty. Na wybrzeże schodzą niechętnie i tylko w przypadku wyższej konieczności: jak dziecko trzeba do gimnazjum z internatem zapisać, zęba wyrwać, jak się w koszuli porobią dziury i trzeba nową kupić, albo jak się zbliża termin porodu. Jednak ta dobrowolna banicja jest tylko pozornym zerwaniem ze współczesnym światem: panele słoneczne okazały się być całkiem przydatnym rozwiązaniem, już nie tylko do słuchania lokalnego kreolskiego radia, ale i do oglądania telewizji satelitarnej, telefon komórkowy pozwala zamówić dostawę zakupów helikopterem prosto na podwórko, woda do kąpieli grzeje się w słonecznych bojlerach, w kuchni dzwoni minkrofalówka.



W południe ze wschodu nadciągają lepkie jak wata cukrowa mgły i szczelnie zatykają całą kotlinę aż po brzytwy najwyższych grani. Marla znika z rzeczywistości, jakby była tylko chwilową fatamorganą zmęczonego wędrówką umysłu i gdybyś w tym czasie znalazł się wśród jej skleconych niedbale kolorowych domków musisz się pogodzić z tym, że i ty na kilkanaście godzin musisz teraz zniknąć. Kiedy już do końca poddasz się tej białej ślepocie i kiedy jedynie twardy opór kamieni pod stopami będzie ci dawał kruchą pewność własnego istnienia, wtedy właśnie stroma ścieżka w stronę Cilaos zacznie cię prowadzić na Koniec Świata. Ten prawdziwy.


*Dodo - lokalne piwo, warzone na Reunion, niczego sobie!

środa, 6 stycznia 2010

Reunion: Tec-tec. Ilustrowany atlas zwierząt cz.5


Czy wiecie co to takiego jest pokląskwa? Gdyby ktoś zadał mi to pytanie, stawiałabym na jakiegoś trującego grzyba z rodziny purchawek, co jak się na niego nadepnie, wystrzela w powietrze chmurą śmierdzącego pyłu. Albo na pasożyta układu pokarmowego, oślizgłego i wijącego się wstrętnie w otchłani trzewi. Albo na jakąś jednostkę nozologiczną opisującą wyjątkowo upośledzającą patologię, na przykład pokląskwa prostaty czy coś w tym rodzaju.

Nic z tych rzeczy. Pokląskwa to prześliczny malutki ptaszek, którego rytmiczne suche trele nadają rytm górskim wędrówkom po Reunion. Miejscowi nazywają go tec-tec. Z zainteresowaniem śledzi ludzkie poczynania, podąża za wędrowcami z jednej gałęzi tamarynowca na drugą, ze zdziwieniem przechyla szpiczasty dziobek, jakby nie mieściło mu się w szarej główce, że można tak po tych górach chodzić i chodzić wyłącznie dla przyjemności.

Jak można tę pełną gracji i uroku malutką zwierzynkę nazwać pokląskwą? Polski język bywa czasami bardzo okrutny.

wtorek, 5 stycznia 2010

Reunion: U Julianny


Fotografia nie jest najlepsza, uciekła gdzieś ostrość, ISO poszybowało w górę. Jest to jedyne zdjęcie Julianny jakie udało nam się zrobić: pełen radości życia śmiech, czarne oczy lśniące jak diamenty, zabawnie uniesiony mały palec dłoni nalewającej kawę z cynowego dzbanuszka. A co to za kawa! Z ogrodu Julianny, z krzaczka rosnącego za drewnianą kazą, zebrana własnoręcznie i uprażona na patelni nad płonącymi polanami. Bo Julianna gotuje tylko i wyłącznie na prawdziwym ogniu, który bucha i dymi, gaz jest dla bogaczy, a z prądem to nigdy nic nie wiadomo. Julianna dobrze zna życie bez elektryczności, której kiedyś przecież nie było, więc może znowu kiedyś nie będzie, a ogień, tak jak wulkan, był i będzie zawsze. Tak jak i trzcina cukrowa, której ostre liście nie raz raniły czarną skórę Julianny. Poletka są strome, wozem na nie nie wjedzie, trzeba trzcinę wiązać w wiązki i na głowie znosić na drogę. Julianna jest malutka, metr pięćdziesiąt najwyżej, więc najpierw ten wyższy klęka, ona kładzie mu wiązkę na głowie, potem on wstaje i kładzie na głowie Julianny kolejną. Potem idzie się ostrożnie przez całe pole, trzcinowe ściernisko kaleczy łydki, trzeba być napiętym jak struna. Drewno też się z lasu nosi na głowie, tak, to na ugotowanie dzisiejszego obiadu przyniosłam wczoraj. Tak jak i tego pierwszego dnia, kiedy postanowiłam, że już nie będę jak niewolnik na trzcinowych polach pracować i kiedy po raz pierwszy prosto z garnków na bananowych liściach sprzedałam ryż z kari robotnikom z cukrowni idącym w południe na modły do świątyni tamoul. Nazajutrz przyszło ich więcej, potem jeszcze więcej, z czasem udało mi się kupić zepsutą ciężarówkę, w której mogłam na noc zamknąć garnki i stoliki, potem kawałek po kawałku dobrzy ludzie w zamian za pełny talerz pomogli mi postawić moją blaszaną restaurację. Nawet kafelki mam teraz, patrzcie, jak się błyszczą! Teraz to i wesela u mnie robią! Julianna urodziła się na Wyspie i nigdy jej nie opuściła. Śnieg zna z telewizji, tak jak i Paryż, stolicę kraju, którego podobo jest obywatelką. Jedna z jej dziewięciu córek wyjechała do Metropolii, do Nantes, często pisze, przysyła piękne pocztówki, świetnie się jej tam powodzi, otworzyła restaurację ''Kuchnia Kreolska'', Julianna dziwi się, że o niej nie słyszeliśmy. Marzy o tym, by któregoś dnia wsiąść do jednego z tych wielkich samolotów, które przelatują w środku nocy nad jej kazą i odwiedzić córkę w Eropie. Może w przyszłym roku, jak Bóg da. Nie mamy odwagi zapytać, o którego Boga chodzi.