czwartek, 2 czerwca 2016

Mont Saint Michel: Ballada o ślepym rycerzu.


Zupełnie inaczej pamiętam to miejsce.

Zanim dotrzemy do Wzgórza, przed oczami migają nam betonowe hotele z dziwnymi wieżyczkami, plastikowe krowy i pstrokate szyldy sklepów z pamiątkami. Droga jest zupełnie nowa, tak jak i most, który prowadzi do twierdzy. Kilkuletnie herkulesowe prace odpiaszczania zatoki mające przywrócić Mont Saint Michel charakter wyspy przyniosły efekty: nie ma tu już piasku, jest szare błoto. Czekamy na zachód słońca, ale dziś sporo chmur i smagane wiatrem mury opactwa zaczerwienią się tylko przez moment, jak w błysku zapałki. Na brukowanych uliczkach i karkołomnych schodkach nie ma żywej duszy, wszystkie okna są czarne, jedynie kelnerzy w ostatniej czynnej jeszcze restauracji dzielą się napiwkiem czekając niecierpliwie, aż ociągający się klienci dopiją cydr i w końcu też sobie pójdą. Jest tu tak przerażająco pusto, że całe Wzgórze wygląda w ten wieczór niczym porzucona przez filmowców dekoracja do jakiejś amerykańskiej superprodukcji o średniowiecznej Francji. Nawet Archanioł odfrunął z klatki rusztowań na szczycie wieży. Z każdym krokiem czuję się coraz bardziej jak ten ślepy rycerz z prowansalskiej ballady, który nagle odzyskał wzrok.

A było to tak. Eloi wracał z wyprawy krzyżowej okryty chwałą męstwa, które przypłacił utratą oczu w jednej z walk z Saladynem. I nie była to ostatnia jego walka, bowiem Eloi nawet ślepy stawał w szranki z najokrutniejszymi z niewiernych u boku samego Ryszarda Lwie Serce. Zadziwiony odwagą rycerza i wzruszony jego losem jeden ze wschodnich czarowników podarował mu prezent niezwykły: rumaka mówiącego ludzkim głosem. Od tej chwili Eloi spoglądał na świat oczami wierzchowca, który galopując zwiewnie opowiadał swojemu panu o smugach srebrnego dymu nad dachami mijanych wiosek, o drżących wodach strumieni, o czułej dłoni wiatru gładzącej dojrzewające kłosy zbóż i świat opisany przez kogoś, kto potrafił dostrzec te wszystkie detale wydawał się Eloi tysiąckroć piękniejszy od tego, który niegdyś oglądał na własne oczy. Słowa rumaka malowały w jego duszy obrazy, które czyniły go szczęśliwym.

Któregoś dnia Eloi i jego zaczarowany koń dotarli do Krainy Łez, w której strach i spustoszenie siał ziejący ogniem smok. A smok jak to smok, nie tylko władzy i bogactw był żądny, ale przede wszystkim dziewczęcych serc - wyrywał je prosto z piersi i pożerał nim ostygły. I gdy tak przemierzali opustoszałe ulice kamiennego miasta, napotkali stąpający mozolnie i zawodzący wniebogłosy orszak.
- Mój panie, ministrowie, kurtyzany, straż i sam król prowadzą smokowi na pożarcie królewnę. Oczy jej zielone jak letni wiatr, usta czerwone jak pożar zórz, złote włosy spływają kaskadami na ramiona delikatne jak skrzydła łabędzia, uroda jej jaśnieje niczym słońce w lipcowe południe!
Słowa rumaka wznieciły w sercu Eloi nieujarzmiony ogień:
- Choćby ten dzień miał być moim ostatnim, ocalę królewnę!
- Smok jest potężny, panie. Przypomina zarazem węża, sępa i nietoperza. Ciało jego jest pokryte aksamitną łuską, dziób i szpony ma ptasie, a na grzbiecie wyrastają mu wielkie błoniaste skrzydła. W walce mieczem nie masz najmniejszych szans, ale możesz zwyciężyć go słowem. Zapytaj, czy lubi zagadki.
Eloi wysunął się na przód orszaku, przyłożył do ust zwinięte dłonie i krzyknął z całych sił:
- Smoku, lubisz zagadki?
- Wielceś zuchwały, człowieczku o pustych oczodołach - zaśmiał się smok, wypuszczając z dzioba kłęby dymu. - Co mi proponujesz?
- Zagadkę, której stawką będzie życie królewny - wyszeptał rumak.
- Zagadkę, której stawką będzie życie królewny - powtórzył na głos rycerz.
- Jeśli nie uda mi się odpowiedzieć, oddam ci królewnę, ale jeśli zdołam rozwiązać twoją zagadkę, dasz mi twojego konia, bo słyszę, że to zaczarowane zwierzę.
- Zgoda - szepnął rumak.
- Zgoda - powiedział Eloi z wahaniem.
- Niech się nie trwoży twoje serce, panie. Zapytaj, ile kropel wina można zmieścić w pustym kielichu.
Eloi powtórzył zagadkę pewnym głosem. Smok myślał i myślał, drapał się sępim pazurem po pokrytej zieloną łuską głowie i w końcu gdy dzień chylił się już ku zachodowi zaryzykował:
- Tysiące?
- Nie, tylko jedną! - triumfował Eloi, któremu rumak podał już prawidłową odpowiedź. - Po tej pierwszej kropli kielich nie jest już pusty!
Cały orszak wiwatował i bił brawo, a królewna rzuciła się na szyję rycerza i oznajmiła:
- Ocaliłeś mnie i od tej chwili moje życie należy do ciebie.
- Domagam się rewanżu! - zasyczał smok.
- A o co tym razem chcesz stoczyć pojedynek? - dopytywał Eloi.
- Jeśli wygram, dasz mi twojego konia. A jeśli przegram... dobrze wiesz, że jak wszystkie smoki, posiadam magiczne moce. Jeśli po raz drugi uda ci się zwyciężyć, zwrócę ci wzrok.
- Zgódź się panie! - podpowiadał rumak. - Taka okazja już się nigdy nie powtórzy! Zapytaj smoka, co takiego znika za każdym razem, gdy wymówi się jego imię.
Eloi powtórzył na głos pytanie. Smok myślał i myślał, wachlował nerwowo skrzydłami, zmierzch ustąpił miejsca bladej twarzy księżyca, księżyc jutrzence, a gdy zabłysły pierwsze promienie wschodzącego słońca smok przyznał z rezygnacją, że nie ma pojęcia co to takiego.
- Cisza! - wykrzyknął z radością Eloi... i nagle przejrzał na oczy.

Świat, który się mu ukazał, wprawił go w osłupienie. Pod zasnutym szarością niebem rozciągały się nieurodzajne pola pełne ostów, pobliskie bezlistne drzewo obsiadły złowrogie kruki. Ministrowie i kurtyzany mieli zmęczone, blade twarze o podkrążonych oczach, a król przypominał raczej stracha na wróble, niż majestatycznego monarchę. Wpatrująca się w Eloi z uwielbieniem królewna była rozczochrana, w wymiętej sukni, jej kibić wcale nie taka smukła, stopy za duże, gesty bez śladu wdzięku. Przerażony Eloi zawołał na całe gardło:
- Poczekaj, smoku, zagrajmy jeszcze raz!
- O co tym razem?
- Jeśli wygrasz, dam ci mojego konia. A jeśli przegrasz... zwrócisz mi moją ukochaną ślepotę.
- Zgoda, słucham cię.
- Co nie posiada płuc, a kona, jeśli tylko braknie mu powietrza? - podszepnął rumak, a Eloi powtórzył zagadkę głosem mocnym i twardym jak kamień. 
Smok myślał i myślał, słońce ze wschodu wzbiło się do zenitu, by później powoli opaść na zachód i gdy nadszedł wieczór, smok ogłosił, że uznaje Eloi zwycięzcą pojedynku. 
- To ogień! - oczy Eloi wypełniły się łzami i w tej samej chwili na powrót ogarnęły go ciemności. 
- Zachodnie niebo jest przecudnej urody - starym zwyczajem wyszeptał koń. Pagórki lśnią, jakby wykute z miedzi, na niebie zawisły chmury z najszlachetniejszego koralu. O jakże piękną jest Twoja narzeczona wśród tych niebiańskich skarbów! Brak mi słów, by opisać jej urok... 

W autobusie, który niemrawo zawozi nas spod opactwa na położony w głębi lądu parking, już nawet nie oglądam się wstecz na oświetlone teatralnie granitowe mury twierdzy, wolę zamknąć oczy. Kto mi opowie o Wzgórzu położonym ręką olbrzyma na linii horyzontu, oprawionym w okienne ramy zamku zdziwaczałej staruszki? O światełkach, które w tamtą sierpniową noc powolutku zapalały się w przyrośniętych do Wzgórza domkach, by zgasnąć tuż przed świtem? O spacerze po ruchomych piaskach u podnóża obronnych baszt? O mnichach śpiewających łacińskie psalmy? I jeszcze o tym skrzydlatym Rycerzu w złotej zbroi, co spogląda na ocean z iglicy opactwa, co potrafi obronić przed każdym złem? Stare wierne wspomnienia? A może Ty?

wtorek, 3 maja 2016

Laon: Kropla złota



Kiedyś były tu winnice.

Laon zwija się w kłębek, jak drzemiący w słońcu kot. Z placu przed ratuszem wąska uliczka prowadzi do bramy w miejskich murach, potem jeszcze kilka metrów w lewo i już można zbiec po stromych schodkach pomiędzy brzozy i buki. Średniowieczne domy szczelnie okrywają wygięte w łuk wzgórze i potykając się o nierówny bruk trudno się domyślić, że to szorstkie kamienne miasto tuli na podołku kawałek najprawdziwszego lasu.

Kiedyś były tu winnice.

Mnisi kolumbańscy osiedlili się w Laon w VI w., a pięćset lat później przyjęli regułę świętego Benedykta. Klasztor Świętego Wincentego pozdrawiał katedrę Notre Dame stojącą na drugim krańcu wzgórza, ponad kotliną porośniętą winoroślą, jak przyjaciel z przeciwległego brzegu zielonego jeziora. Dziś obronne mury opactwa powoli chylą się ku ziemi, z budynków mieszkalnych po pożarze w 2008 r. zostało niewiele poza fasadą, z rozebranego w XIX w. gotyckiego kościoła nie ocalało nic. A co to był za kościół! Na 90 metrów długi  i na 45 szeroki, 4 olbrzymie rozety i 135 witraży... w niczym nie ustępował samej Notre Dame! W XIX w. stacjonowała tu armia, a krużganki przekształcono w arsenał artylerii. 20 000 woluminów z klasztornej biblioteki rozpierzchło się po świecie, na miejscu klasztornych ogrodów wyrosło blokowisko. Pod soczystą wiosenną trawą do dziś rozciąga się wykuta w skale pajęczyna piwnic, w których niegdyś leżakowały tysiące brzuchatych beczek.


Kiedyś były tu winnice.

"Goutte d'or", "Kropla złota", tak nazywało się to wino, które od V do początków XX w. szumiało w koronowanych głowach północnej Europy. Dostojne bordeaux mają zaledwie trzysta lat, przy "Złotej kropli" to niemowlęta. Jak okiem sięgnąć, pięciolinie winnych szczepów nadawały rytm równinom i pagórkom, zgięci wpół robotnicy uwijali się w winnicach należących do biskupa Laon, czy do rozmaitych zakonów, nawet tych z siedzibą w odległej Flandrii, bo posiadanie poletka winorośli w Laon było kwestią prestiżu. Francuscy królowie w dniu koronacji w Reims, w stolicy Szampanii, wcale nie wznosili toastów szampanem*. Chłodząc królewskie usta złoto kielicha Świętego Remigiusza przeglądało się w kroplach wina z Laon.

Kiedyś były tu winnice.

A potem rewolucja zamknęła klasztory, uprawa pszenicy okazała się bardziej opłacalna od winorośli, kolej żelazna przywiozła tanie wino z Południa. Ostatnie poletko, zaatakowane przez filokserę, wypalono w latach '20. Dziś garstka zapaleńców próbuje posadzić na zboczach Laon kilka winnych krzewów, by odnaleźć smak "kropli złota" i burmistrz wręcza w prezencie każdej parze nowożeńców lśniącą butelkę... ale niestety podobno trunek to znacznie lepiej prezentujący się w piwniczce, niż w kieliszku.

Kiedyś były tu winnice.

Gdy w końcu staję na szczycie wzgórza, zmęczenie ostatnich kroków upaja jak wino. Notre Dame niestrudzenie wyciąga ramiona, choć z drugiego brzegu już od dawna nie ma żadnej odpowiedzi. Strome ścieżki wciąż powtarzają melodię mozolnych kroków mnichów dźwigających do klasztoru brzemienne gronami wiklinowe kosze. Wiosenne słońce budzi w ulach Kotliny Świętego Wincentego skrzydlatych robotników toczących krople złota. Nie wolno nam zapomnieć, że...

Kiedyś były tu winnice.


* Winorośl zaczęto uprawiać w Szampanii dopiero w XVI w., a procedurę podwójnej fermentacji pozwalającą otrzymać charakterystyczne bąbelki opracował mnich dom Perignon pod koniec XVII w.


11.

piątek, 29 kwietnia 2016

Martynika: Drzwi


Biały kościółek w Anses d'Arlet stoi przy samej plaży. Gdy przechodzimy obok niego, zza uchylonych drzwi mroczny chłód zachęca, by choć na chwilę się w nim zanurzyć, więc wstępujemy do środka. Bukiety egzotycznych kwiatów przysiadły na ołtarzu jak kolorowe ptaki, z drewnianego sufitu spływają kaskady kryształowych żyrandoli, czarnoskóra Madonna z czarnoskórym Dzieciątkiem na ręku wyłapuje wzrokiem zawieszone w gęstym powietrzu modlitwy. Pstrokaty anioł skinieniem głowy dziękuje za brzęk monety i gdy odwracamy się w stronę wyjścia, w ramie otwartych drzwi ukazuje się nam ta perfekcyjna perspektywa, niczym autostrada do jakiegoś innego świata: zbiegające się w nieskończoności linie pomostu, ostra krawędź horyzontu i ta postać, jak akcent, jak wykrzyknik. 

Czasem, niezwykle rzadko, może kilka razy w życiu, a może tylko raz, zdarza się, że spotyka się człowieka dokładnie takiego, jak te otwarte na ocean drzwi. Ma się wtedy jedno jedyne pragnienie: bez chwili zastanowienia pobiec do samego końca pomostu i w ubraniu wskoczyć na głęboką wodę. 

niedziela, 24 kwietnia 2016

Mousse au chocolat



Przepraszam, dziś będzie wiejsko, kulinarnie i przyziemnie. Dobrze czasem ubrać kalosze, ręce ubrudzić po łokcie, pochylić głowę ku ziemi i zwinąć troszkę przydługi sznureczek latawca myśli, gdy odlatuje za wysoko, za daleko.

Pozwólcie, że Wam przedstawię nasze nowe lokatorki. Claire jest blondynką, serce ma płochliwe, życia się boi i gdy przerazi ją hałas czy raptowność gestów, zakasując wszystkie halki biegnie drobnymi kroczkami schronić się przed okrutnością świata w swoich komnatach. Co innego Charlotte, ta ruda w czerwonych koralach, kroczy dumnie z podniesioną głową, jakby te wszystkie włości do niej należały. Zamieszkały wspólnie, pod jednym dachem, trudno mówić o przyjaźni, ale nauczyły się już rozwiązywać bez rękoczynów współlokatorskie konflikty. 

Spora to nowość u nas, bo pani domu, która nie potrafi zbyt długo usiedzieć w jednym miejscu, jak do tej pory skutecznie broniła się przed wszystkimi pieskami, papużkami i innymi morskimi świnkami, co to potrafią bezlitośnie skomplikować pakowanie walizek. Jedynym "naszym" zwierzęciem był Caramel, pojawiający się nie wiadomo skąd kocur o siwych wąsach. Głośno miauczy pod drzwiami kuchni i patrzy na nas władczym wzrokiem, który zdaje się mówić: "Dlaczego zwlekasz, marny człowieku? Czy nie widzisz, że właśnie udzielam ci wiekopomnej łaski i przyszedłem napić się u ciebie mleka?" Trzeba przyznać, że jest niezwykle arogancki, ale za te niesamowicie błękitne oczy wiele potrafię mu wybaczyć. No i przede wszystkim największą zaletą Caramela jest fakt, że jego kuweta nie znajduje się w naszym domu, tylko prawdopodobnie u któregoś z sąsiadów. 


Tak więc zamieszkały u nas dwie dziewczynki, a drewniany składany kurnik sprezentował nam mer naszej wioski w ramach programu zmniejszania ilości odpadów. Faktycznie, kury to całkiem wydajny kompostownik, w dodatku produkujący wykarmione naszymi własnymi dżdżownicami jajka o wielkich, pomarańczowych żółtkach. Dwa dziennie. Chłopcy nieustannie sprawdzają, czy już są, a gdy w końcu wydarza się wyczekany cud, niosą je w złączonych dłoniach, dostojnym krokiem, w skupieniu, jakby to była jakaś nabożna procesja. Gdy ostrożnie kładą je w moich palcach, są jeszcze ciepłe dotykiem małych rączek, płynie przez nie życie. 

A jak już jest ich tyle, że nie wiadomo, co z nimi zrobić, nadchodzi czas na klasykę francuskich deserów: mousse au chocolat. 

Mousse au chocolat

200 g gorzkiej czekolady o co najmniej 70 % zawartości kakao (najlepsza jest Nestle Dessert)
6 jajek
szczypta soli

Stopić czekoladę w mikrofalówce, przestudzić. Oddzielić żółtka od białek. Żółtka utrzeć mikserem z przestudzoną czekoladą, a białka ubić na sztywną pianę ze szczyptą soli. Wszystko razem dokładnie wymieszać, przełożyć do pucharków i wstawić co najmniej na 6 godzin do lodówki, by mus stężał. Można podawać z kleksem bitej śmietany albo biszkoptami, ale prawdziwi czekoladoholicy najbardziej lubią po prostu zanurzyć w nim łyżeczkę.  

niedziela, 10 kwietnia 2016

Widokówka z Laon



Spacerując w niedzielne popołudnie po starówce Laon mamy wrażenie, że oto znaleźliśmy się w jakimś pradawnym mieście zatopionym na dnie oceanu. Puste ulice, puste domy, puste okna, cisza przemijania zapomnianego świata. Tylko Notre Dame wydaje się pulsować życiem, jej bryła ma w sobie coś organicznego, rozgałęzia się w nieskończoność jak rafa koralowa, zbudowana nie z koralowców, a z tysięcy ludzkich istnień. Przepływamy całe miasto wzdłuż i wszerz, niesie nas wielką wapienną falą, kołysze, wprowadza do podwórek, jak do podwodnych jaskiń. 

Kiedyś nauczymy się oddychać powietrzem i gdy w końcu sztormowa kipiel wyrzuci nas na brzeg, wynurzymy się z czasu, jeszcze cali mokrzy, jak nowo narodzeni. Dziś o lądzie niczego nie wiemy, obcy nam jest zapach kwiatów i dotyk wiatru. Stojąc na brukowanym placu przed katedrą przyglądamy się ławicom gołębi wzbijających się ku powierzchni, ku światłu.  

środa, 6 kwietnia 2016

Louis Couperin


35 lat. Może jest już później, niż myślisz?

Organy w paryskim kościele świętego Gerwazego milczały przez całą niedzielną mszę, nigdy wcześniej się to nie zdarzyło, co się dzieje z organistą? Gdy znaleźli go w malutkim służbowym mieszkaniu tuż obok plebanii, nie żył już od kilku dni. Jako przyczynę śmierci oficjalnie podano chorobę, choć nie było co do tego żadnej pewności. Nikt nie znał też daty urodzin, sam mówił, że ma za sobą 35 wiosen, więc sporządzono naprędce akt zgonu: Louis Couperin, urodzony w 1626 roku, organista, stanu wolnego, bezdzietny, zmarł 29 sierpnia 1661 roku w Paryżu. Nawet data śmierci nie jest pewna w tej historii.

Prawdopodobnie pochodził z podparyskiej wioski Chaumes-en-Brie, gdzie pracował u notariusza. W rodzinie miał kilku muzykantów i to pewno od nich nauczył się grać na violi da gamba, klawesynie, czy nawet na kościelnych organach. Skąd jednak znał tajniki sztuki kompozycji i jak to możliwe, że pobrzmiewa w jego muzyce bardzo nowatorski na owe czasy włoski chromatyzm? Podobno trafił na dwór Ludwika XIV za pośrednictwem Jakuba z Chambonnières, słynnego klawesynisty. Anegdota głosi, że w dzień świętego Jakuba kilku wyrostków z Chaumes - byli wśród nich także bracia Couperin - chciało się wprosić na przyjęcie wydawane z okazji imienin muzyka w jego rodzinnym zamku w pobliskim Chambonnières, wzięli więc swoje viole i poszli grać serenady pod oknami pałacu. Jakub tak był zauroczony muzyką chłopców z Chaumes, że postanowił przedstawić jej kompozytora, Louisa, na królewskim dworze, na którym sam często grywał. Tak twierdzi Titton du Tillet, kronikarz artystycznego światka XVII i XVIII-wiecznej Francji... ale czy można mu wierzyć? Urodził się przecież 15 lat po śmierci Louisa...

Jak chłopcu ze wsi żyło się na królewskim dworze? Czym przywitał go Paryż? O tym już Titton du Tillet milczy, więc wsłuchajmy się w muzykę Louisa, w odciśnięte na pięciolinii ślady uczuć. W kopiowanych z pokolenia na pokolenie rękopisach udało się ocalić 70 stron napisanych na organy i 130 utworów na klawesyn, w większości tańce, które kiedyś składały się w suity, niestety nikt już nie wie w jakiej kolejności. Doczekały się nagrania na fortepianie dopiero w styczniu 2016 r. przez Pierra Chalmeau (do skosztowania TUTAJ i jeszcze TU.), pod palcami którego rozkwitają, jak wiosenna łąka, skrzą się trylami, jak krople rosy. Sarabandy, chaconne, pavane, gigue i preludia snują poetycką opowieść o samotności i tęsknocie, pełną intymności i czułości, brzmią jak nocna rozmowa z przyjacielem, gdy w końcu można sobie pozwolić na smutek, jak wyznanie miłości z góry skazanej na banicję, jak przekonanie, że może istnieć spełnienie w niespełnieniu.

W podręcznikach i encyklopediach Louis pozostał przede wszystkim wujem François Couperin, nazywanego "Wielkim", tym, który objawił światu dynastię Couperin - najwspanialszy z barokowych francuskich muzycznych rodów. Komponował zaledwie przez 10 lat, jego kariera na królewskim dworze dopiero zaczynała nabierać kształtów, mógł stać się dla klawesynu tym, kim Chopin był dla fortepianu... Cisza zapadła, gdy miał 35 lat.

35 lat. Suity Louisa nucą się mimowolnie na wiosennym spacerze, gdy przezroczyste płatki kwitnącej wiśni opadają bezpowrotnie. 


poniedziałek, 28 marca 2016

Wielkanocne dzwony


Co się robi w wielkanocny poranek? Każde francuskie dziecko Wam to wytłumaczy: organizuje się "Chasse aux œufs", polowanie się na jajka. Jakie jajka? Czekoladowe oczywiście. Przecierając zaspane oczy, armia malców z koszyczkami w dłoni wyrusza w kaloszach do parków i ogrodów szukać słodyczy ukrytych w mokrej trawie. Skąd się tam wzięły? Zrzuciły je z nieba skrzydlate dzwony. Dzwony?! Was też ogarnia zdziwienie? Tak, dzwony. Ale dlaczego dzwony? Tu już młody Francuz najczęściej zaczyna wzdychać, drapać się za uchem, plączą się mu odpowiedzi. No bo to pytanie dla niego abstrakcyjne, jakby pytać dlaczego staruszek w czerwonej czapce (Père Noël) przynosi prezenty w Boże Narodzenie. Jeśli będziecie mieć odrobinkę szczęścia, to może jeszcze nawet dowiecie się, że te dzwony wracają z Rzymu. Ale co tam w tym Rzymie robiły, tego już na pewno nikt Wam nie wytłumaczy. Ani dziecko, ani dorosły. Wiem, sprawdziłam. 

Temat skomplikowany, próby wyjaśnień przypominające pracę archeologa, jak mozolne zdrapywanie poszczególnych warstw farby, by odsłonić ukryty pod szarym tynkiem średniowieczny fresk. Co więc takiego kryje się pod przesłodzoną polewą z wielkanocnej czekolady, która tak dobrze się sprzedaje? 

Największa Tajemnica, trzy dni żałobnej ciszy po śmierci Boga-Człowieka, po których rozbrzmiewa radosne Alleluja. Wszystkie katolickie dzwony milkną w Wielki Czwartek po Ostatniej Wieczerzy, odlatują do Rzymu, gdzie bije serce Kościoła Powszechnego, by w zadumie niemej modlitwy oczekiwać Cudu Zmartwychwstania. Powracają w najjaśniejszą ze wszystkich nocy głosząc całemu światu, że Jezus Żyje, rozbrzmiewają ponownie na Rezurekcji. Ich dźwięk niesie się jak na skrzydłach, a słodycz radości jest tak wielka, że spada na ziemię deszczem łakoci. 

Tak przez wieki tłumaczono dzieciom katolicką tradycję, która łączyła dorosłych. Dziś pozostała już tylko dziecinna opowiastka pozbawiona sensu tkwiącego w sacrum, które zgubiliśmy gdzieś po drodze. Niesione przez wiatr puste błyszczące papierki. 

piątek, 18 marca 2016

Pierścień Joanny d'Arc


Dłonie. Szorstkie trudami drogi, z króciutkimi paznokciami, a mimo to kobiece. Składające się do modlitwy jak skrzydła białej gołębicy. Kreślące zdecydowane gesty, z nadludzką mocą, w pośpiechu. Lewa pewnie trzymająca uzdę, prawa wznosząca miecz ku niebu. Skrywające czułość w zaciśniętych pięściach, tuż obok brutalnie zerwanej linii życia. A na palcach trzy pierścienie. 

Ten pierwszy, ze szczerego złota, cieniutki jak nitka, przywiązany do palca okruch bogactwa na czarną godzinę. Czymże są ziemskie skarby wobec boskiej misji? W geście hołdu wysłała go więc wdowie po najwspanialszym z francuskich rycerzy, Bertrandzie du Guesclin, który dowodząc dwudziestoosobowym oddziałem zdołał odeprzeć atak dwóch tysięcy Anglików.

Ten drugi zdarli jej z palca Burgundczycy, pod Compiègne, w chwili, gdy patrząc w oczy łucznikowi mierzącemu drżącą strzałą prosto w jej serce, zrozumiała, że nie ma odwrotu.

Ten trzeci zaprowadził ją na stos. Ciężki, mosiężny, skromnie pozłacany, bez żadnego kamienia. Prezent od rodziców, miał ją chronić jak talizman siłą wiary, wyryto na nim trzy krzyże i dwa słowa: Jhesus Maria. Oskarżą ją, że jak na wiedźmę przystało, zamknęła w tym pierścieniu potężne zaklęcie, że ma on magiczną moc i że to tylko dzięki niemu odniosła wszystkie swoje zwycięstwa. W obronie Joanna opowie jedynie o potędze wiary... i o tym, jak palcem, na którym go nosiła dotknęła Świętej Katarzyny. 1 marca 1431 r. w czasie piątego przesłuchania poskarży się sędziom, że biskup Cauchon ukradł jej ten pierścień. Dłonie Joanny wzywające Chrystusa wśród płomieni na rynku w Rouen będą zupełnie nagie.

Pierścień Joanny zniknie na 600 lat. Podobno z Rouen wywiózł go do Anglii Henry Beaufort, kardynał Winchester, który uczestniczył w procesie... tak przynajmniej twierdzi londyński dom aukcyjny Timeline Auctions, który 26 lutego 2016 r. wystawił go na sprzedaż. Cena wywoławcza: 19 000 euro. Badania potwierdziły, że pochodzi z XV w., opis się zgadza, ale jak wytłumaczyć fakt, że jest ze srebra? Po burzliwej licytacji szczęśliwym nabywcą okazał się Puy du Fou, słynny francuski park rozrywki, który ostatecznie zapłacił za pierścień  Joanny 377 000 euro.

Lśnił na jej dłoni, gdy rozmawiała twarzą w twarz ze Świętymi, gdy opuszczała rodzinne Domremy, gdy w męskim przebraniu zdobyła zaufanie Karola VII na dworze w Chinon, gdy wyzwoliła Orlean i Auxerre, w czasie koronacji w Reims, gdy próbowała uciec Burgundczykom skacząc z 30-metrowej wieży zamku w Beaurevoir* i jeszcze dalej, aż do tragicznego końca. Dziś pierścień Joanny znów zabłyśnie - tym razem jako jedna z wielu atrakcji wesołego miasteczka. Zaiste, w wymyślaniu tortur dla Joanny nie znamy żadnej litości.

*to tylko 20 km od nas, niestety z zamku już nic nie zostało.

Powyższe zdjęcie oczywiście pochodzi sprzed katedry w Reims. 

piątek, 11 marca 2016

Amiens: Chlodwig


Mam z Tobą spory problem, Chlodwigu. 

Musisz gdzieś tu być wśród tych wszystkich koronowanych głów na galerii katedry w Amiens, kogo jak kogo, ale Ciebie nie mogło przecież zabraknąć w tej procesji. Nie drżysz na głos anielskich trąb, nie wilgotnieją Ci dłonie ze strachu, Bóg Twojej Królowej Klotyldy nigdy Cię nie zawiódł. Patrzysz na mnie z góry... a ja ciągle nie wiem, który z królów to Ty. I nawet światły John Ruskin, który potrafi rozpoznać wszystkich kamiennych proroków Katedry i odszyfrować biblijny werset z każdego czterolistnego medalionu, nie przyszedł mi dziś z pomocą.*

Oświetlone błyskawicą historii, na krótką chwilę Amiens było Twoim miastem. Miałeś zaledwie 15 lat, gdy właśnie tutaj uchwyciłeś w dłonie wraz z ostatnim tchnieniem Twojego ojca całe królestwo Franków, lekki biały obłok o niepewnych granicach. Był V w., ludzkie życie mierzono inną miarą, nikt nie pomyślał, że byłeś na to za młody. Gibkie ciało przywodzące na myśl grę mięśni biegnącego jelenia i błękitne oczy zdradzały Twoje germańskie pochodzenie. Nauczono Cię jak lekką lancą i ciężkim toporem zawsze trafiać w cel, jak bez wahania kroczyć z dumnie zaciśniętą szczęką na spotkanie wroga, nawet gdy przeważa liczebnie i jak pozostać na zawsze niezwyciężonym, wszystko jedno: żywym czy martwym. Frank znaczy "szczery", Frank znaczy "wolny", ciągle dokądś się spieszyłeś, z kimś walczyłeś, wolałeś pościć na koniu, niż ucztować w spoczynku, jak dziecko, które boi się, że gdy będzie stało w kącie, ominie je najważniejsze.

Poszły za Tobą całe wojska w zbrojach z twardo wyprawionej skóry, w opończach z cierpliwie splatanych konopi. Podziwiali Twoje jedwabiste loki spływające jak płaszcz na plecy i ramiona, warkocze do kostek Twojej Klotyldy, to królewski przywilej, im kazałeś przycinać włosy krótko nad czołem, ciągle wierzyłeś w te pogańskie gusła.

Wygrałeś z Rzymianami pod Soisson, a Twoi żołnierze, jak wszyscy zwycięzcy wyjęci spod prawa, gwałcili, mordowali i rozkradli, co tylko się dało, nawet liturgiczne naczynia chrześcijańskich kościołów. Tu właśnie po raz pierwszy spotkałeś się z biskupem Remigiuszem, miał odwagę Cię upomnieć, byś zwrócił kościołowi zrabowany misternie zdobiony srebrny dzban. I gdy tak siedzieliście z żołnierzami dzieląc łupy nie mogłeś się doprosić o ten dzban, wybuchła kłótnia, a jeden z żołnierzy - zawsze znajdzie się taki mały krnąbrny furiat - krzycząc "Dostaniesz tylko to, co sprawiedliwie ci się należy", swoim wielkim toporem rozrąbał dzban na pół. Nigdy nie zagoiła się w Tobie rana tej zniewagi - czy nie wiedziałeś, że śmierć tego żołnierza i tak niczego nie zmieni? Mogłeś wyzwać go na pojedynek, albo po prostu skazać na ścięcie, byłoby to dla Ciebie mniej haniebne. Choć szkolne podręczniki z upodobaniem powtarzają tę historię, nie potrafię w niej znaleźć żadnego morału, żadnej lekcji dla potomnych. Odczekałeś rok i w czasie przeglądu Twoich wojsk upatrzyłeś sobie tego biedaka, wyrwałeś mu z rąk okrągłą tarczę i rzuciłeś ją na ziemię, a gdy się po nią schylił uderzeniem topora rozłupałeś mu czaszkę. Nawet nie spojrzałeś mu w oczy. "Przypomnij sobie o dzbanie ze Soisson", podobno krzyczałeś jak oszalały.

A potem była ta historia z Alemanami, chyba po raz jedyny w życiu naprawdę się wystraszyłeś, kiedy musiałeś zawalczyć o własne życie w Tolbiac. W panice wzywałeś więc tego obcego Boga, Chrystusa Twojej Królowej, a gdy wygrałeś bitwę, wywnioskowałeś, że musiał być po Twojej stronie. Co Ty o nim wiedziałeś? Opis Twojego chrztu, który przyjąłeś w Reims z rąk Remigiusza, gdy już obierze się go ze skórki legendy, pojawiającej się cudownie gołębicy i innych głosów z nieba, ukazuje Cię takim, jakim byłeś naprawdę: jak garnek mleka postawionego na zbyt silnym ogniu, co nigdy nie wiadomo, kiedy wykipi. Kiedy Remigiusz prawi kazanie o męce i śmierci Chrystusa, można odnieść wrażenie, że słyszysz tę historię po raz pierwszy, zrywasz się więc ze swojego tronu, chwytasz lancę i wygrażasz nieobecnym oprawcom Boga Klotyldy, że gdybyś tam był z Twoimi dzielnymi Frankami...

Nie oślepiło Cię Światło, nie spadłeś z konia, Twoje życie przed i po Chrzcie jest dokładnie takie samo - złośliwi wytkną Ci, że chodziło o politykę. Nic nam nie wiadomo, byś żałował jakiegokolwiek grzechu, byś postanowił zmienić swój charakter, czy też pragnął podporządkować woli Boga swoje plany. Pozostałeś tym, kim byłeś, z jeszcze większą mocą, którą czerpałeś z wiary w nadludzkie wsparcie. Twoja wdzięczność wobec tej wyzwolicielskiej Siły i duma z bycia przez nią chronionym dodały jedynie brutalności Twoim żołnierskim zwyczajom, nakarmiły Twoje polityczne apetyty całą siłą religijnego zaangażowania. Im mocniej wierzyłeś, tym mniej miałeś skrupułów. Ty też wpadłeś w pułapkę przekonania, że Twoi wrogowie są również wrogami Boga.

Nie mnie Ciebie osądzać, cóż mogę wiedzieć o wapiennych skałach znad rzeki Sommy, z których wykuto Twe ramiona, o przeprawach wpław przez mgliste rozlewiska, o zapachu krwi Wizygotów. Tak dobrze i bezpiecznie byłoby Cię zamknąć w kwadratowej iluminowanej miniaturce, w królewskiej purpurze i złocie z odrobiną błękitu, wyrysować na Twojej twarzy nabożną pokorę, spleść Twoje palce do modlitwy. Mam jednak z Tobą spory problem, Chlodwigu, Twoje nieposłuszne pukle nie mieszczą się w żadnym kadrze. 

I kiedy znów bezsilnie próbuję Cię rozpoznać wśród katedralnych królów, uparcie pojawia się ta myśl, jak błędnie wmontowana w witraż szybka, co umknęła symetrii. Że bez Ciebie nie byłoby Katedry. Ani tej, ani żadnej innej. 

* John Ruskin, La Bible d'Amiens, Payot - Rivages, 2011

czwartek, 3 marca 2016

Martynika: Deszcz.


Cała paleta szarości, śnieg z deszczem, zimowe choroby... Nagle, niczym niezawodne lekarstwo, pojawia się to wspomnienie, a jest ono jak muzyka, która sama nuci się bezgłośnie, jak rozmowy powracające echem, jak te twarze, które tak dobrze przywołać w myślach, jak wszystkie sekretne miejsca w sercu, w których zawsze można się schronić. I znów zupełnie nie wiem, czy z nieba spada na mnie deszcz, który jest jak światło, czy to światło, które jest jak deszcz.

To był jeden z tych lokali bez szyldu, które w martynikańskich miasteczkach kryją się za każdym rogiem i które nie tyle sprzedają jakieś usługi, co po prostu są miejscami, w których toczy się życie. Mają one w sobie równie wiele z kawiarni czy restauracji (wędzony kurczak i potrawka z ośmiornicy), z portowej tawerny, w której rozbawieni rumem rybacy grają w domino ustalając półszeptem termin najbliższej nielegalnej walki kogutów, co ze średniowiecznego sklepiku, w którym można kupić wszystko - wiadro, śrubki i ryż, ale też ziołowe mieszanki odstraszające duchy i przywołujące miłość. Tak więc w ten sobotni poranek siedzimy w Anses d'Arlet przy klejącym się plastikowym stoliku ustawionym wprost na chodniku, poprzedni klienci chyba rozlali colę, ale kto by się tu przejmował takimi detalami, w tym palącym słońcu i tak już wyschła. Dopijając drugą kawę w towarzystwie uśmiechniętej Kreolki z wielkim dekoltem - patrzy na nas z łuszczącego się ściennego malowidła, które sprawia wrażenie namalowanego farbkami plakatowymi przez jakieś nieszczególnie uzdolnione dziecko - przyglądamy się, jak wracający z połowu rybacy wciągają na piasek odrapane łodzie, jak na ramionach wynoszą z nich olbrzymie sine cielska mieczników, spokojnym i wprawnym ruchem rozcinają im brzuchy i wyrzucają do wody splątane wnętrzności. 

Wtedy właśnie, zupełnie nie wiadomo skąd, bo słońce świeci wciąż tym samym blaskiem, zaczynają na nas spadać pierwsze olbrzymie krople. Dzwonią o filiżanki, o blaszane dachy, stukają o odwrócone kadłuby łodzi, najpierw cichutko, ale po chwili ma się wrażenie, że na świat sypią się z nieba sznury ciężkich kryształów, jak te w żyrandolach lewitujących pod sklepieniami tutejszych kościołów. Ten potop światła jest czymś tak niesamowitym, że wychodzimy na ulicę, próbujemy łapać go w dłonie, wystawiamy twarze na jego ciepły dotyk, pozwalamy się przemoczyć głębiej, niż skóra i jest to jakiś rodzaj mistycznego doznania, chwila łaski, pierwotnej radości. Cały brud i brzydota wśród tej ulewy drogocennych kamieni zmieniają się na naszych oczach w najczystsze złoto.

Kiedy jest już po wszystkim, brzuchaty właściciel lokalu w końcu zbiera się na odwagę, by przypomnieć nam, że rachunek nie zapłacony. Gdy zostawiam mu na ladzie napiwek, uśmiechają się do mnie przez ramię dwaj rybacy dźwigający do kuchni w koszu z liści bananowca poćwiartowanego miecznika. Deszcz zmył z ich dłoni ostatnie ślady krwi.


9.