niedziela, 24 kwietnia 2016

Mousse au chocolat



Przepraszam, dziś będzie wiejsko, kulinarnie i przyziemnie. Dobrze czasem ubrać kalosze, ręce ubrudzić po łokcie, pochylić głowę ku ziemi i zwinąć troszkę przydługi sznureczek latawca myśli, gdy odlatuje za wysoko, za daleko.

Pozwólcie, że Wam przedstawię nasze nowe lokatorki. Claire jest blondynką, serce ma płochliwe, życia się boi i gdy przerazi ją hałas czy raptowność gestów, zakasując wszystkie halki biegnie drobnymi kroczkami schronić się przed okrutnością świata w swoich komnatach. Co innego Charlotte, ta ruda w czerwonych koralach, kroczy dumnie z podniesioną głową, jakby te wszystkie włości do niej należały. Zamieszkały wspólnie, pod jednym dachem, trudno mówić o przyjaźni, ale nauczyły się już rozwiązywać bez rękoczynów współlokatorskie konflikty. 

Spora to nowość u nas, bo pani domu, która nie potrafi zbyt długo usiedzieć w jednym miejscu, jak do tej pory skutecznie broniła się przed wszystkimi pieskami, papużkami i innymi morskimi świnkami, co to potrafią bezlitośnie skomplikować pakowanie walizek. Jedynym "naszym" zwierzęciem był Caramel, pojawiający się nie wiadomo skąd kocur o siwych wąsach. Głośno miauczy pod drzwiami kuchni i patrzy na nas władczym wzrokiem, który zdaje się mówić: "Dlaczego zwlekasz, marny człowieku? Czy nie widzisz, że właśnie udzielam ci wiekopomnej łaski i przyszedłem napić się u ciebie mleka?" Trzeba przyznać, że jest niezwykle arogancki, ale za te niesamowicie błękitne oczy wiele potrafię mu wybaczyć. No i przede wszystkim największą zaletą Caramela jest fakt, że jego kuweta nie znajduje się w naszym domu, tylko prawdopodobnie u któregoś z sąsiadów. 


Tak więc zamieszkały u nas dwie dziewczynki, a drewniany składany kurnik sprezentował nam mer naszej wioski w ramach programu zmniejszania ilości odpadów. Faktycznie, kury to całkiem wydajny kompostownik, w dodatku produkujący wykarmione naszymi własnymi dżdżownicami jajka o wielkich, pomarańczowych żółtkach. Dwa dziennie. Chłopcy nieustannie sprawdzają, czy już są, a gdy w końcu wydarza się wyczekany cud, niosą je w złączonych dłoniach, dostojnym krokiem, w skupieniu, jakby to była jakaś nabożna procesja. Gdy ostrożnie kładą je w moich palcach, są jeszcze ciepłe dotykiem małych rączek, płynie przez nie życie. 

A jak już jest ich tyle, że nie wiadomo, co z nimi zrobić, nadchodzi czas na klasykę francuskich deserów: mousse au chocolat. 

Mousse au chocolat

200 g gorzkiej czekolady o co najmniej 70 % zawartości kakao (najlepsza jest Nestle Dessert)
6 jajek
szczypta soli

Stopić czekoladę w mikrofalówce, przestudzić. Oddzielić żółtka od białek. Żółtka utrzeć mikserem z przestudzoną czekoladą, a białka ubić na sztywną pianę ze szczyptą soli. Wszystko razem dokładnie wymieszać, przełożyć do pucharków i wstawić co najmniej na 6 godzin do lodówki, by mus stężał. Można podawać z kleksem bitej śmietany albo biszkoptami, ale prawdziwi czekoladoholicy najbardziej lubią po prostu zanurzyć w nim łyżeczkę.  

niedziela, 10 kwietnia 2016

Widokówka z Laon



Spacerując w niedzielne popołudnie po starówce Laon mamy wrażenie, że oto znaleźliśmy się w jakimś pradawnym mieście zatopionym na dnie oceanu. Puste ulice, puste domy, puste okna, cisza przemijania zapomnianego świata. Tylko Notre Dame wydaje się pulsować życiem, jej bryła ma w sobie coś organicznego, rozgałęzia się w nieskończoność jak rafa koralowa, zbudowana nie z koralowców, a z tysięcy ludzkich istnień. Przepływamy całe miasto wzdłuż i wszerz, niesie nas wielką wapienną falą, kołysze, wprowadza do podwórek, jak do podwodnych jaskiń. 

Kiedyś nauczymy się oddychać powietrzem i gdy w końcu sztormowa kipiel wyrzuci nas na brzeg, wynurzymy się z czasu, jeszcze cali mokrzy, jak nowo narodzeni. Dziś o lądzie niczego nie wiemy, obcy nam jest zapach kwiatów i dotyk wiatru. Stojąc na brukowanym placu przed katedrą przyglądamy się ławicom gołębi wzbijających się ku powierzchni, ku światłu.  

środa, 6 kwietnia 2016

Louis Couperin


35 lat. Może jest już później, niż myślisz?

Organy w paryskim kościele świętego Gerwazego milczały przez całą niedzielną mszę, nigdy wcześniej się to nie zdarzyło, co się dzieje z organistą? Gdy znaleźli go w malutkim służbowym mieszkaniu tuż obok plebanii, nie żył już od kilku dni. Jako przyczynę śmierci oficjalnie podano chorobę, choć nie było co do tego żadnej pewności. Nikt nie znał też daty urodzin, sam mówił, że ma za sobą 35 wiosen, więc sporządzono naprędce akt zgonu: Louis Couperin, urodzony w 1626 roku, organista, stanu wolnego, bezdzietny, zmarł 29 sierpnia 1661 roku w Paryżu. Nawet data śmierci nie jest pewna w tej historii.

Prawdopodobnie pochodził z podparyskiej wioski Chaumes-en-Brie, gdzie pracował u notariusza. W rodzinie miał kilku muzykantów i to pewno od nich nauczył się grać na violi da gamba, klawesynie, czy nawet na kościelnych organach. Skąd jednak znał tajniki sztuki kompozycji i jak to możliwe, że pobrzmiewa w jego muzyce bardzo nowatorski na owe czasy włoski chromatyzm? Podobno trafił na dwór Ludwika XIV za pośrednictwem Jakuba z Chambonnières, słynnego klawesynisty. Anegdota głosi, że w dzień świętego Jakuba kilku wyrostków z Chaumes - byli wśród nich także bracia Couperin - chciało się wprosić na przyjęcie wydawane z okazji imienin muzyka w jego rodzinnym zamku w pobliskim Chambonnières, wzięli więc swoje viole i poszli grać serenady pod oknami pałacu. Jakub tak był zauroczony muzyką chłopców z Chaumes, że postanowił przedstawić jej kompozytora, Louisa, na królewskim dworze, na którym sam często grywał. Tak twierdzi Titton du Tillet, kronikarz artystycznego światka XVII i XVIII-wiecznej Francji... ale czy można mu wierzyć? Urodził się przecież 15 lat po śmierci Louisa...

Jak chłopcu ze wsi żyło się na królewskim dworze? Czym przywitał go Paryż? O tym już Titton du Tillet milczy, więc wsłuchajmy się w muzykę Louisa, w odciśnięte na pięciolinii ślady uczuć. W kopiowanych z pokolenia na pokolenie rękopisach udało się ocalić 70 stron napisanych na organy i 130 utworów na klawesyn, w większości tańce, które kiedyś składały się w suity, niestety nikt już nie wie w jakiej kolejności. Doczekały się nagrania na fortepianie dopiero w styczniu 2016 r. przez Pierra Chalmeau (do skosztowania TUTAJ i jeszcze TU.), pod palcami którego rozkwitają, jak wiosenna łąka, skrzą się trylami, jak krople rosy. Sarabandy, chaconne, pavane, gigue i preludia snują poetycką opowieść o samotności i tęsknocie, pełną intymności i czułości, brzmią jak nocna rozmowa z przyjacielem, gdy w końcu można sobie pozwolić na smutek, jak wyznanie miłości z góry skazanej na banicję, jak przekonanie, że może istnieć spełnienie w niespełnieniu.

W podręcznikach i encyklopediach Louis pozostał przede wszystkim wujem François Couperin, nazywanego "Wielkim", tym, który objawił światu dynastię Couperin - najwspanialszy z barokowych francuskich muzycznych rodów. Komponował zaledwie przez 10 lat, jego kariera na królewskim dworze dopiero zaczynała nabierać kształtów, mógł stać się dla klawesynu tym, kim Chopin był dla fortepianu... Cisza zapadła, gdy miał 35 lat.

35 lat. Suity Louisa nucą się mimowolnie na wiosennym spacerze, gdy przezroczyste płatki kwitnącej wiśni opadają bezpowrotnie. 


poniedziałek, 28 marca 2016

Wielkanocne dzwony


Co się robi w wielkanocny poranek? Każde francuskie dziecko Wam to wytłumaczy: organizuje się "Chasse aux œufs", polowanie się na jajka. Jakie jajka? Czekoladowe oczywiście. Przecierając zaspane oczy, armia malców z koszyczkami w dłoni wyrusza w kaloszach do parków i ogrodów szukać słodyczy ukrytych w mokrej trawie. Skąd się tam wzięły? Zrzuciły je z nieba skrzydlate dzwony. Dzwony?! Was też ogarnia zdziwienie? Tak, dzwony. Ale dlaczego dzwony? Tu już młody Francuz najczęściej zaczyna wzdychać, drapać się za uchem, plączą się mu odpowiedzi. No bo to pytanie dla niego abstrakcyjne, jakby pytać dlaczego staruszek w czerwonej czapce (Père Noël) przynosi prezenty w Boże Narodzenie. Jeśli będziecie mieć odrobinkę szczęścia, to może jeszcze nawet dowiecie się, że te dzwony wracają z Rzymu. Ale co tam w tym Rzymie robiły, tego już na pewno nikt Wam nie wytłumaczy. Ani dziecko, ani dorosły. Wiem, sprawdziłam. 

Temat skomplikowany, próby wyjaśnień przypominające pracę archeologa, jak mozolne zdrapywanie poszczególnych warstw farby, by odsłonić ukryty pod szarym tynkiem średniowieczny fresk. Co więc takiego kryje się pod przesłodzoną polewą z wielkanocnej czekolady, która tak dobrze się sprzedaje? 

Największa Tajemnica, trzy dni żałobnej ciszy po śmierci Boga-Człowieka, po których rozbrzmiewa radosne Alleluja. Wszystkie katolickie dzwony milkną w Wielki Czwartek po Ostatniej Wieczerzy, odlatują do Rzymu, gdzie bije serce Kościoła Powszechnego, by w zadumie niemej modlitwy oczekiwać Cudu Zmartwychwstania. Powracają w najjaśniejszą ze wszystkich nocy głosząc całemu światu, że Jezus Żyje, rozbrzmiewają ponownie na Rezurekcji. Ich dźwięk niesie się jak na skrzydłach, a słodycz radości jest tak wielka, że spada na ziemię deszczem łakoci. 

Tak przez wieki tłumaczono dzieciom katolicką tradycję, która łączyła dorosłych. Dziś pozostała już tylko dziecinna opowiastka pozbawiona sensu tkwiącego w sacrum, które zgubiliśmy gdzieś po drodze. Niesione przez wiatr puste błyszczące papierki. 

piątek, 18 marca 2016

Pierścień Joanny d'Arc


Dłonie. Szorstkie trudami drogi, z króciutkimi paznokciami, a mimo to kobiece. Składające się do modlitwy jak skrzydła białej gołębicy. Kreślące zdecydowane gesty, z nadludzką mocą, w pośpiechu. Lewa pewnie trzymająca uzdę, prawa wznosząca miecz ku niebu. Skrywające czułość w zaciśniętych pięściach, tuż obok brutalnie zerwanej linii życia. A na palcach trzy pierścienie. 

Ten pierwszy, ze szczerego złota, cieniutki jak nitka, przywiązany do palca okruch bogactwa na czarną godzinę. Czymże są ziemskie skarby wobec boskiej misji? W geście hołdu wysłała go więc wdowie po najwspanialszym z francuskich rycerzy, Bertrandzie du Guesclin, który dowodząc dwudziestoosobowym oddziałem zdołał odeprzeć atak dwóch tysięcy Anglików.

Ten drugi zdarli jej z palca Burgundczycy, pod Compiègne, w chwili, gdy patrząc w oczy łucznikowi mierzącemu drżącą strzałą prosto w jej serce, zrozumiała, że nie ma odwrotu.

Ten trzeci zaprowadził ją na stos. Ciężki, mosiężny, skromnie pozłacany, bez żadnego kamienia. Prezent od rodziców, miał ją chronić jak talizman siłą wiary, wyryto na nim trzy krzyże i dwa słowa: Jhesus Maria. Oskarżą ją, że jak na wiedźmę przystało, zamknęła w tym pierścieniu potężne zaklęcie, że ma on magiczną moc i że to tylko dzięki niemu odniosła wszystkie swoje zwycięstwa. W obronie Joanna opowie jedynie o potędze wiary... i o tym, jak palcem, na którym go nosiła dotknęła Świętej Katarzyny. 1 marca 1431 r. w czasie piątego przesłuchania poskarży się sędziom, że biskup Cauchon ukradł jej ten pierścień. Dłonie Joanny wzywające Chrystusa wśród płomieni na rynku w Rouen będą zupełnie nagie.

Pierścień Joanny zniknie na 600 lat. Podobno z Rouen wywiózł go do Anglii Henry Beaufort, kardynał Winchester, który uczestniczył w procesie... tak przynajmniej twierdzi londyński dom aukcyjny Timeline Auctions, który 26 lutego 2016 r. wystawił go na sprzedaż. Cena wywoławcza: 19 000 euro. Badania potwierdziły, że pochodzi z XV w., opis się zgadza, ale jak wytłumaczyć fakt, że jest ze srebra? Po burzliwej licytacji szczęśliwym nabywcą okazał się Puy du Fou, słynny francuski park rozrywki, który ostatecznie zapłacił za pierścień  Joanny 377 000 euro.

Lśnił na jej dłoni, gdy rozmawiała twarzą w twarz ze Świętymi, gdy opuszczała rodzinne Domremy, gdy w męskim przebraniu zdobyła zaufanie Karola VII na dworze w Chinon, gdy wyzwoliła Orlean i Auxerre, w czasie koronacji w Reims, gdy próbowała uciec Burgundczykom skacząc z 30-metrowej wieży zamku w Beaurevoir* i jeszcze dalej, aż do tragicznego końca. Dziś pierścień Joanny znów zabłyśnie - tym razem jako jedna z wielu atrakcji wesołego miasteczka. Zaiste, w wymyślaniu tortur dla Joanny nie znamy żadnej litości.

*to tylko 20 km od nas, niestety z zamku już nic nie zostało.

Powyższe zdjęcie oczywiście pochodzi sprzed katedry w Reims. 

piątek, 11 marca 2016

Amiens: Chlodwig


Mam z Tobą spory problem, Chlodwigu. 

Musisz gdzieś tu być wśród tych wszystkich koronowanych głów na galerii katedry w Amiens, kogo jak kogo, ale Ciebie nie mogło przecież zabraknąć w tej procesji. Nie drżysz na głos anielskich trąb, nie wilgotnieją Ci dłonie ze strachu, Bóg Twojej Królowej Klotyldy nigdy Cię nie zawiódł. Patrzysz na mnie z góry... a ja ciągle nie wiem, który z królów to Ty. I nawet światły John Ruskin, który potrafi rozpoznać wszystkich kamiennych proroków Katedry i odszyfrować biblijny werset z każdego czterolistnego medalionu, nie przyszedł mi dziś z pomocą.*

Oświetlone błyskawicą historii, na krótką chwilę Amiens było Twoim miastem. Miałeś zaledwie 15 lat, gdy właśnie tutaj uchwyciłeś w dłonie wraz z ostatnim tchnieniem Twojego ojca całe królestwo Franków, lekki biały obłok o niepewnych granicach. Był V w., ludzkie życie mierzono inną miarą, nikt nie pomyślał, że byłeś na to za młody. Gibkie ciało przywodzące na myśl grę mięśni biegnącego jelenia i błękitne oczy zdradzały Twoje germańskie pochodzenie. Nauczono Cię jak lekką lancą i ciężkim toporem zawsze trafiać w cel, jak bez wahania kroczyć z dumnie zaciśniętą szczęką na spotkanie wroga, nawet gdy przeważa liczebnie i jak pozostać na zawsze niezwyciężonym, wszystko jedno: żywym czy martwym. Frank znaczy "szczery", Frank znaczy "wolny", ciągle dokądś się spieszyłeś, z kimś walczyłeś, wolałeś pościć na koniu, niż ucztować w spoczynku, jak dziecko, które boi się, że gdy będzie stało w kącie, ominie je najważniejsze.

Poszły za Tobą całe wojska w zbrojach z twardo wyprawionej skóry, w opończach z cierpliwie splatanych konopi. Podziwiali Twoje jedwabiste loki spływające jak płaszcz na plecy i ramiona, warkocze do kostek Twojej Klotyldy, to królewski przywilej, im kazałeś przycinać włosy krótko nad czołem, ciągle wierzyłeś w te pogańskie gusła.

Wygrałeś z Rzymianami pod Soisson, a Twoi żołnierze, jak wszyscy zwycięzcy wyjęci spod prawa, gwałcili, mordowali i rozkradli, co tylko się dało, nawet liturgiczne naczynia chrześcijańskich kościołów. Tu właśnie po raz pierwszy spotkałeś się z biskupem Remigiuszem, miał odwagę Cię upomnieć, byś zwrócił kościołowi zrabowany misternie zdobiony srebrny dzban. I gdy tak siedzieliście z żołnierzami dzieląc łupy nie mogłeś się doprosić o ten dzban, wybuchła kłótnia, a jeden z żołnierzy - zawsze znajdzie się taki mały krnąbrny furiat - krzycząc "Dostaniesz tylko to, co sprawiedliwie ci się należy", swoim wielkim toporem rozrąbał dzban na pół. Nigdy nie zagoiła się w Tobie rana tej zniewagi - czy nie wiedziałeś, że śmierć tego żołnierza i tak niczego nie zmieni? Mogłeś wyzwać go na pojedynek, albo po prostu skazać na ścięcie, byłoby to dla Ciebie mniej haniebne. Choć szkolne podręczniki z upodobaniem powtarzają tę historię, nie potrafię w niej znaleźć żadnego morału, żadnej lekcji dla potomnych. Odczekałeś rok i w czasie przeglądu Twoich wojsk upatrzyłeś sobie tego biedaka, wyrwałeś mu z rąk okrągłą tarczę i rzuciłeś ją na ziemię, a gdy się po nią schylił uderzeniem topora rozłupałeś mu czaszkę. Nawet nie spojrzałeś mu w oczy. "Przypomnij sobie o dzbanie ze Soisson", podobno krzyczałeś jak oszalały.

A potem była ta historia z Alemanami, chyba po raz jedyny w życiu naprawdę się wystraszyłeś, kiedy musiałeś zawalczyć o własne życie w Tolbiac. W panice wzywałeś więc tego obcego Boga, Chrystusa Twojej Królowej, a gdy wygrałeś bitwę, wywnioskowałeś, że musiał być po Twojej stronie. Co Ty o nim wiedziałeś? Opis Twojego chrztu, który przyjąłeś w Reims z rąk Remigiusza, gdy już obierze się go ze skórki legendy, pojawiającej się cudownie gołębicy i innych głosów z nieba, ukazuje Cię takim, jakim byłeś naprawdę: jak garnek mleka postawionego na zbyt silnym ogniu, co nigdy nie wiadomo, kiedy wykipi. Kiedy Remigiusz prawi kazanie o męce i śmierci Chrystusa, można odnieść wrażenie, że słyszysz tę historię po raz pierwszy, zrywasz się więc ze swojego tronu, chwytasz lancę i wygrażasz nieobecnym oprawcom Boga Klotyldy, że gdybyś tam był z Twoimi dzielnymi Frankami...

Nie oślepiło Cię Światło, nie spadłeś z konia, Twoje życie przed i po Chrzcie jest dokładnie takie samo - złośliwi wytkną Ci, że chodziło o politykę. Nic nam nie wiadomo, byś żałował jakiegokolwiek grzechu, byś postanowił zmienić swój charakter, czy też pragnął podporządkować woli Boga swoje plany. Pozostałeś tym, kim byłeś, z jeszcze większą mocą, którą czerpałeś z wiary w nadludzkie wsparcie. Twoja wdzięczność wobec tej wyzwolicielskiej Siły i duma z bycia przez nią chronionym dodały jedynie brutalności Twoim żołnierskim zwyczajom, nakarmiły Twoje polityczne apetyty całą siłą religijnego zaangażowania. Im mocniej wierzyłeś, tym mniej miałeś skrupułów. Ty też wpadłeś w pułapkę przekonania, że Twoi wrogowie są również wrogami Boga.

Nie mnie Ciebie osądzać, cóż mogę wiedzieć o wapiennych skałach znad rzeki Sommy, z których wykuto Twe ramiona, o przeprawach wpław przez mgliste rozlewiska, o zapachu krwi Wizygotów. Tak dobrze i bezpiecznie byłoby Cię zamknąć w kwadratowej iluminowanej miniaturce, w królewskiej purpurze i złocie z odrobiną błękitu, wyrysować na Twojej twarzy nabożną pokorę, spleść Twoje palce do modlitwy. Mam jednak z Tobą spory problem, Chlodwigu, Twoje nieposłuszne pukle nie mieszczą się w żadnym kadrze. 

I kiedy znów bezsilnie próbuję Cię rozpoznać wśród katedralnych królów, uparcie pojawia się ta myśl, jak błędnie wmontowana w witraż szybka, co umknęła symetrii. Że bez Ciebie nie byłoby Katedry. Ani tej, ani żadnej innej. 

* John Ruskin, La Bible d'Amiens, Payot - Rivages, 2011

czwartek, 3 marca 2016

Martynika: Deszcz.


Cała paleta szarości, śnieg z deszczem, zimowe choroby... Nagle, niczym niezawodne lekarstwo, pojawia się to wspomnienie, a jest ono jak muzyka, która sama nuci się bezgłośnie, jak rozmowy powracające echem, jak te twarze, które tak dobrze przywołać w myślach, jak wszystkie sekretne miejsca w sercu, w których zawsze można się schronić. I znów zupełnie nie wiem, czy z nieba spada na mnie deszcz, który jest jak światło, czy to światło, które jest jak deszcz.

To był jeden z tych lokali bez szyldu, które w martynikańskich miasteczkach kryją się za każdym rogiem i które nie tyle sprzedają jakieś usługi, co po prostu są miejscami, w których toczy się życie. Mają one w sobie równie wiele z kawiarni czy restauracji (wędzony kurczak i potrawka z ośmiornicy), z portowej tawerny, w której rozbawieni rumem rybacy grają w domino ustalając półszeptem termin najbliższej nielegalnej walki kogutów, co ze średniowiecznego sklepiku, w którym można kupić wszystko - wiadro, śrubki i ryż, ale też ziołowe mieszanki odstraszające duchy i przywołujące miłość. Tak więc w ten sobotni poranek siedzimy w Anses d'Arlet przy klejącym się plastikowym stoliku ustawionym wprost na chodniku, poprzedni klienci chyba rozlali colę, ale kto by się tu przejmował takimi detalami, w tym palącym słońcu i tak już wyschła. Dopijając drugą kawę w towarzystwie uśmiechniętej Kreolki z wielkim dekoltem - patrzy na nas z łuszczącego się ściennego malowidła, które sprawia wrażenie namalowanego farbkami plakatowymi przez jakieś nieszczególnie uzdolnione dziecko - przyglądamy się, jak wracający z połowu rybacy wciągają na piasek odrapane łodzie, jak na ramionach wynoszą z nich olbrzymie sine cielska mieczników, spokojnym i wprawnym ruchem rozcinają im brzuchy i wyrzucają do wody splątane wnętrzności. 

Wtedy właśnie, zupełnie nie wiadomo skąd, bo słońce świeci wciąż tym samym blaskiem, zaczynają na nas spadać pierwsze olbrzymie krople. Dzwonią o filiżanki, o blaszane dachy, stukają o odwrócone kadłuby łodzi, najpierw cichutko, ale po chwili ma się wrażenie, że na świat sypią się z nieba sznury ciężkich kryształów, jak te w żyrandolach lewitujących pod sklepieniami tutejszych kościołów. Ten potop światła jest czymś tak niesamowitym, że wychodzimy na ulicę, próbujemy łapać go w dłonie, wystawiamy twarze na jego ciepły dotyk, pozwalamy się przemoczyć głębiej, niż skóra i jest to jakiś rodzaj mistycznego doznania, chwila łaski, pierwotnej radości. Cały brud i brzydota wśród tej ulewy drogocennych kamieni zmieniają się na naszych oczach w najczystsze złoto.

Kiedy jest już po wszystkim, brzuchaty właściciel lokalu w końcu zbiera się na odwagę, by przypomnieć nam, że rachunek nie zapłacony. Gdy zostawiam mu na ladzie napiwek, uśmiechają się do mnie przez ramię dwaj rybacy dźwigający do kuchni w koszu z liści bananowca poćwiartowanego miecznika. Deszcz zmył z ich dłoni ostatnie ślady krwi.


9.

sobota, 13 lutego 2016

Adieu accent circonflexe.


Huczą media, oburzają się autorytety, buntuje się naród. Od września francuskie dzieci będą się uczyć nowych zasad ortografii zgodnie z reformą zaproponowaną w 1990 roku przez Najwyższą Radę Języka Francuskiego i zaakceptowaną przez Akademię Francuską. Ma ona na celu "uproszczenie ortografii i zlikwidowanie niespójności". Dlaczego już nikt nie wierzy w inteligencję naszych dzieci? Usuwamy im spod stóp wszystkie schody, jakbyśmy nie wiedzieli, że trzeba wspiąć się na szczyt, by zobaczyć więcej. 

Język jest zwierciadłem, w którym przeglądają się historia i kultura, każde uproszczenie zubaża niesione przezeń dziedzictwo. Zamiana "oignon" na "ognon" czy "nénuphar" na "nénufar" to nie tylko kosmetyczne poprawki, to arbitralne zamknięcie drogi do stawiania pytań, na które odpowiedź tkwi w przeszłości, to zbiorowa kapitulacja przed intelektualnym wysiłkiem. Nowa pisownia nie jest obowiązkowa, ale dopuszczalna i tak oto ponad 2 tysiące słów można będzie od września pisać na dwa sposoby. Nawet ortografia nie jest już w stanie dać nam odpowiedzi kołatki: tak-tak, nie-nie. Świat, który przekażemy w języku naszym dzieciom pełen jest niepewności, bezdroży, dwuznaczności. A także bezkarności. 

To, co najsmutniejsze, to zmiany w graficznej formie słowa pisanego, które dążą do stopniowego wyeliminowania "accent circonflexe", tego charakterystycznego akcentu w kształcie ptasich skrzydeł znad liter û oraz î. "Dîner" dołączy do srebrnych łyżeczek, porcelanowych filiżanek, dzierganych koronek i tych wszystkich kruchych świadectw przeszłości, którymi nie potrafimy się już posługiwać, których nie rozumiemy, które milczą, choć tyle miałyby do powiedzenia. Odfruną w niebyt urocze akcenty circonflexe, nie obroni ich ani piękno gestu kaligrafii, ani łabędzi śpiew uniwersalnych zasad. Nie potrafimy już dostrzec zalotnego uśmiechu słów, wysłuchać ich opowieści, przyjąć tajemnicy. Wielka szkoda. 

poniedziałek, 8 lutego 2016

Paryż: Niespodziewane spotkanie z Barbarzyńcą.


Wielka Galeria w Louvrze to ponad 200 metrów włoskiego malarstwa. Sobotnie popołudnie, tłumy Azjatów ze słuchawkami elektronicznych przewodników na uszach nawet już nie próbują zrozumieć kim jest ta uśmiechająca się zewsząd Kobieta z Dzieciątkiem na ręku. Jak rzeka płyną w stronę białej olbrzymiej sali, gdzie biesiadnicy zasiadający przy suto zastawionych stołach w Kanie Galilejskiej spoglądają z gigantycznego płótna Veronese w chłodne oczy Mony Lisy. Ale zostawmy już turystów w lesie tyczek do selfie, nie po to tu dziś przyszliśmy. Od strony schodów z Nike (tą, która się waha), zaraz po prawej jest taka malutka, źle oświetlona salka, a tam skarby przecudnej urody: profil Sigismonda Malatesta, którego podbródek Piero della Francesca namalował niteczką światła, latające demony Sassetty, anioły Guido da Siena całe w złocie... i nagle schowany w kącie, przy samych drzwiach TEN* obraz. Jak bilet na podróż w czasie. 

Ten pierwszy tekst opowiada o katedrze w Orvieto. Grube mury liceum niewiele wpuszczają światła w zimowe poranki, w dodatku okna na podwórze. Świetlówki pod sufitem brzęczą jak konające pszczoły, grzejemy dłonie w rękawach, znów zimne kaloryfery. Najwspanialsza Polonistka (wszech-) Świata niespiesznie przewraca kartki, smakuje każde zdanie, dojrzałe grona słów. Tak właśnie zaczyna się jedna z najdalszych podróży, od Lascaux, przez Arles, po kamienie z tylu Katedr i jeszcze daleko poza nie. Na zawsze już pozostanie otwarta okładka z Marsjaszem, zbyt zasłuchanym w swoją muzykę, by odgadnąć kryjące się w spojrzeniu Apolla barbarzyństwo. Krzyk w tonacji A-dur (bo kto tak naprawdę jest tu zwycięzcą?) dotrze do uszu później, wyzbyty kilku młodzieńczych iluzji, posypią się skamieniałe słowiki**. Nabiorą sensu słowa Marguerite Duras: Ecrire, c'est aussi ne pas parler. C'est se taire. C'est hurler sans bruit***. Tak będzie później, dziś jeszcze Apollo i Marsjasz uosabiają jedynie czyste piękno.

Nie ma litości, o 17:30 w mało uczęszczanych salkach wyłączają światła, gaśnie blask złotych ram, cień kładzie się na pagórki i jezioro. Przez chwilę jaśnieje jeszcze twarz Barbarzyńcy i kiedy już zupełnie znika w ciemności, w jej miejsce pojawia się pod powiekami niezmierzona wdzięczność za wszystkie Ogrody, które przede mną otworzył.

* Pietro Perugino, Apollo i Marsjasz
** Zbigniew Herbert, Apollo i Marsjasz
*** Pisać znaczy także nic nie mówić. Milczeć. Wyć bezgłośnie. 


środa, 3 lutego 2016

Amiens: Przypowieść o przyporach


Popatrz, są tutaj wszyscy razem, w samym środku labiryntu, to przez nich przepłynęła idea Katedry, by wcielić się w kamień w średniowiecznym Amiens. Ten po prawej z pastorałem w dłoni to biskup Evrard z Fouilloy, po pożarze romańskiego kościoła ośmielił się marzyć, by odbudować go w stylu "ostrych łuków", jak w Saint-Denis, jak w Soisson. Sam znalazł tego genialnego Mistrza, który w kilka miesięcy narysował wszystkie plany, Roberta z Luzarches, co w labiryncie stoi po jego lewej stronie. Dwaj pozostali to architekci, którzy po śmierci Roberta przejęli kierownictwo budową: Thomas i Renault z Cormont. Ojciec i syn, Dedal i Ikar.

W owym czasie Amiens liczy 15 tysięcy dusz gnieżdżących się w drewnianych dwupiętrowych domkach u stóp koronkowych murów nowej Katedry z mozołem rosnących ku niebu. Katedra będzie jak Biblia z kamienia, niech niesie Dobrą Nowinę tysiącami rzeźb tłoczących się w zachodnich portalach, barwnych niczym inicjały iluminowanej księgi. Thomas z Cormont kierował pracami od sześciu lat, udało mu się ukończyć nawę główną, zarys transeptu i chóru, gdy nagle całkiem niespodziewanie zmarł. Kandydatura jego syna Renault wydaje się oczywista, często bywał na budowie, wspinał się z ojcem na rusztowania, umie czytać architektoniczne rysunki, tylko robotnicy mruczą coś pod nosem z obawą, bo przypominają się im kłótnie, których byli świadkami, wymachiwanie planami, spory o przypory. Jest 1228 rok, Renault z Cormont wychodzi od biskupa z planami Katedry pod pachą. 

Wtedy właśnie po raz kolejny śni mu się ten sen, dobrze znany wszystkim pierworodnym: sen o spadaniu. Znów mocno ściska szorstką dłoń ojca wspinając się z trudem po zbyt wysokich dla dziecka krętych stopniach kościelnej wieży. Ojciec nie chce go wziąć na ręce, ciągnie w górę za ramię, ale mały Renault nie ma już sił, ociąga się, zaczyna marudzić. Dłoń ojca wyślizguje mu się z palców i jego sylwetka ginie w mroku, chłopiec nienawidzi go w tej chwili całym sercem, traci równowagę i zaczyna spadać. Ciało śpiącego Renault napina się gwałtownie, jego żona już wie, że za sekundę się obudzi i że tej nocy więcej nie zaśnie. Wynurzając się ze snu Renault pełen jest jeszcze lepkiego niepokoju, nie potrafi zrozumieć, dlaczego to mgliste wspomnienie trzepocze się w nim jak czarna ćma. Wstaje skoro świt i bez śniadania idzie na budowę. Dziś jest już tego pewien: ulepszy plany ojca, zmieni triforium, podniesie łuki przypór na kreślonych starannie rysunkach, niech będą lżejsze, niech ich skrzydła wzbiją się bliżej nieba. 

Renault kierował budową przez ponad 60 (sic!) lat, ale i tak nie udało mu się ukończyć ani iglicy, ani zachodnich wież. Spoglądał z trwogą na swoje strzeliste przypory, tak, zachwycały harmonią i lekkością, wszyscy podziwiali śmiałość ich linii, ale zupełnie nie spełniały swojej funkcji, zwłaszcza te od strony chóru. Drobne pęknięcia stopniowo pokrywały białe mury i niczym zmarszczki na twarzy Renault zapowiadały nadchodzącą katastrofę, nieunikniony koniec*. Było ich coraz więcej, jak wyrzutów sumienia, jak myśli o zgubionej dłoni ojca. Przeczucie, że nie starczy mu już życia, by zobaczyć Katedrę w jej ostatecznej formie stopniowo stawało się oczywistością. 


Nie wiadomo dokładnie ile miał lat, gdy kazał wmurować tę kamienną płytę w sercu labiryntu, ale musiał już być przecież, jak na średniowieczną miarę, bardzo, bardzo stary. Inskrypcja, którą nam zostawił do dziś lśni wyryta w miedzianej wstędze: "Dzieło to rozpoczęto w Roku Pańskim 1220. Błogosławionym Biskupem tej diecezji był wówczas Evrard, a królem Francji Ludwik, syn Filipa Mądrego. Tego, który był mistrzem dzieła zwano „Mistrzem Robertem” z przydomkiem „z Luzarches”. Po nim przyszedł Thomas z Cormont, a następnie jego syn Mistrz Renault, który to kazał położyć w tym miejscu niniejszą inskrypcję w Roku Pańskim 1288." Średniowieczni Mistrzowie nie mieli w zwyczaju podpisywania swoich dzieł, inskrypcja Renault dziwi i zastanawia. Może jest to gest hołdu i pokory starca pogodzonego w końcu ze swoim miejscem w łańcuchu ludzkich istnień? A może raczej desperacka próba wpisania się w samo serce Katedry, której planom się sprzeniewierzył i której tak naprawdę nigdy nie czuł się godny?

Niewiele da się dziś odczytać ze startych milionami pielgrzymich stóp marmurowych twarzy**, wybacz mi, proszę, mój ukochany Synku, niepoprawność wyobraźni. Spójrz na próżne łuki przypór, skrzydła Ikara, które wzbiły się zbyt wysoko. Twoją Katedrę też będziesz musiał zbudować sam, otrzymasz jedynie fundamenty i niewyraźnie naszkicowane plany. Pamiętaj, że prowadzące do niej drzwi zawsze okażą się niższe od twojej własnej dumy. Przekroczysz je dopiero z pochyloną głową.


* Przed katastrofą uratuje Katedrę Pierre Tarisel w 1497 r. dobudowując pod łukami przyporowymi Renault niższe przęsła. 
* * Nawet jeśli leżąca w sercu labiryntu płyta jest już tylko XIX wieczną kopią oryginału przechowywanego w Muzeum Pikardii w Amiens.

Inne labirynty:
Saint-Quentin
Kolonia Chłopca na Rowerze

Inspiracje:
Amiens Cathedral
John Ruskin, La Bible d'Amiens, Payot-Rivages, 2011

8.