Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Średniowiecze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Średniowiecze. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 marca 2017

Paryż: Nasza Pani Księżycowa




Wiosenna noc, można wyjąć ręce z kieszeni, miasto w księżycowej poświacie jest ciepłe i jedwabiste. Przed Notre Dame wciąż sporo turystów, kontemplują harmonię perfekcyjnie ociosanych kamieni, kolorowych szkiełek rozety, znieruchomiałego pod rzeźbiarskim dłutem korowodu świętych, królów i proroków. 

Jak szeroko trzeba otworzyć uszy, by usłyszeć skamieniały gregoriański chorał? Jak szeroko trzeba otworzyć oczy, by dostrzec okruch doskonałości zdolny odbić kilka promieni Światła, dokładnie tyle, byśmy spojrzeli w niebo, by ugięły się nasze kolana?

W noc czarną i pustą niech świeci nam paryska Notre Dame, niech lśnią królewskim blaskiem jej niezliczone Siostry. Księżyce na naszą ziemską miarę, przeczucie istnienia wiekuistego Słońca. Wykuta w kamieniu nadzieja porannej zorzy. 

Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś zobaczymy twarzą w twarz. 


sobota, 18 marca 2017

Saint-Denis: Wspomnienie z przyszłości




Paryska "Trzynastka" jest linią czarnoskórych kobiet dźwigających wypchane reklamówki, wojowniczych młokosów słuchających rapu z głośników telefonu, żebraków, którym już nawet nie chce się na niczym grać, smukłych mężczyzn w atłasowych tunikach i szpiczastych arabskich pantoflach, zamyślonych dziewczyn o wyprostowanych do bólu włosach, gładko zaczesanych do tyłu. Wsiadają do wagoników metra by znów wyruszyć w podróż między Stolicą Świata i brudnymi przedmieściami Saint-Denis, z rezygnacją znoszą ścisk, smród, zgrzytanie kół i kolejny problem techniczny, przepraszamy za opóźnienie i dziękujemy za cierpliwość. "Trzynastka" jest linią tego całego kolorowego tłumu, który pomimo francuskiego paszportu w kieszeni wciąż nie potrafi się tu poczuć "u siebie", jest linią goryczy, rozczarowań, złości, linią wysokiego napięcia. 

Na peronach zamontowano przeszklone bramki, które otwierają się dopiero wtedy, gdy pociąg zatrzymuje się na stacji. Podobno to z powodu tłoku i licznych wypadków, by nie powiedzieć samobójstw, jednak gdy w końcu udaje mi się wepchnąć do wagonu i zasuwają się za mną automatyczne drzwi, czuję się jakbym właśnie wkroczyła na teren objęty ścisłą kwarantanną mającą ocalić świat przed jakąś zupełnie nieokreśloną, ale z pewnością niezwykle zaraźliwą chorobą, która od dłuższego czasu toczy paryskie przedmieścia. 

A przecież w kwestiach duchowych to Paryż zawsze był przedmieściami Saint-Denis! To tu w myślach genialnego opata Sugera z teologii światła lasem kolumn wyrósł gotyk, splótł nad głowami niedowiarków gałęzie krzyżowych sklepień, rozpalił słońca rozet, rozłożył przypory do lotu. W niebo wzbiły się dwie wieże - ta wyższa, północna miała 90 m. i przewyższała paryską Notre Dame. W transepcie tutejszej bazyliki pogrzebano prawie wszystkich królów Francji, ukoronowano tu prawie wszystkie królowe, wznoszono modły do Świętego Dionizego o zwycięskie bitwy przed wyruszeniem na prawie każdą wojnę. 

A później protestanci zrabowali królewskie grobowce, rewolucjoniści zsypali kości znienawidzonych monarchów do zbiorowej mogiły i potłukli nagrobki. W północną wieżę najpierw uderzył piorun, a później tornado, pajęczyna pęknięć rozrastała się na murach. W 1847 r. Viollet-le-Duc zdecydował, że wieżę trzeba rozebrać, bo jeśli runie, to prosto na nawę kościoła, więc zdemontowali ją kamień po kamieniu, starannie numerując każdy blok. Leżą do dziś w pobliskim ogrodzie i zarastają mchem. 

Podróż "Trzynastką" zdaje się nie mieć końca i im bliżej do przystanku "Basilique de Saint-Denis", tym mniej w pociągu pasażerów o białej skórze, jeszcze mniej samotnie podróżujących kobiet, bądźmy szczerzy, jestem jedyną blondynką i wcale nie czuję się z tym komfortowo, kleją się spojrzenia, niekoniecznie przyjemne. Stacja metra wciąż w remoncie, nie działają ruchome schody, ale już widać światło dnia, jeszcze tylko kilka kroków i w końcu stajemy twarzą w twarz. Głowa sama chyli się w pokłonie. 

Radosna jak Panna Młoda, w zupełnie nowej sukni za 5 mln euro, bazylika Sugera złoci się w zachodzącym słońcu. Prace trwały 3 lata, udało się zdrapać wszystkie warstwy białego - a z czasem całkowicie poczerniałego - tynku, którym, nie wiedzieć czemu, Viollet-le-Duc pokrył całą zachodnią fasadę. 




Teraz kolej na odmładzanie witraży w prezbiterium, reparację neogotyckich boazerii, umacnianie południowej rozety... i na odbudowę północnej wieży. Nikt nie potrafi oszacować kosztów - od średniowiecza niewiele się w tej kwestii zmieniło - jedni mówią o 15, inni o 50 milionach euro, jednak wszyscy są zgodni co do tego, że potrzeba będzie co najmniej 10 lat, by północna iglica znów wbiła się w chmury. Brzmi niewiarygodnie, inwestowanie w budowle sakralne nie bardzo tu dziś w modzie, sprawdzałam kilka razy, czy to nie plotki, ale skoro 11 marca sam François Hollande położył w Saint-Denis pierwszy kamień nowej wieży, trudno się będzie teraz z tego projektu wycofać. Dziennikarze robią zdjęcia prezydentowi ze szpachelką, są żarciki, uśmiechy, napuszone przemówienia, idylliczne wizje, republikański koncert życzeń. Wieża ma zostać odbudowana przy użyciu średniowiecznych technik, w prace zaangażuje się miejscowa populacja, budowa będzie otwarta dla zwiedzających, którzy zakupem biletów w całości (!!!) sfinansują prace. Będzie to doskonała okazja do wykreowania pozytywnego wizerunku Saint-Denis, znajdzie się zatrudnienie dla miejscowych pochłaniaczy zapomóg socjalnych, a wieża stanie się symbolem narodowej jedności i integracji. O tak, "integracja" to modne słowo, a przecież wybory prezydenckie już 23 kwietnia! 

Nie uda mi się dziś wejść do środka, wciąż jeszcze sezon zimowy, zamykają o 17:30, wszystkiemu winna pechowa "Trzynastka", przepraszamy za opóźnienie i dziękujemy za cierpliwość. Nie ośmielę się wracać metrem, ulica Republiki zaprowadzi mnie na dworzec podmiejskiej kolejki. Z którego kontynentu pochodzi ta ulica, nie wiem, nigdy na nim nie byłam. Stojący w każdej bramie czarnoskórzy mężczyźni przywodzą na myśl zaułki martynikańskiego Fort de France, głośno gra muzyka, lecz zupełnie nie rozumiem słów piosenki, nie potrafię odgadnąć co sprzedają tutejsi rzeźnicy. Pachnie dymem, młodzi chłopcy, w zasadzie to to przecież jeszcze dzieci, w sklepowych wózkach na środku ulicy pieką nad żarzącym się węglem szaszłyki i sprzedają je przechodniom, ale chyba wolę nie wiedzieć, z czego są zrobione. Manewrując między rozłożonymi bezpośrednio na bruku prześcieradłami, służącymi za zaimprowizowane stragany z okularami słonecznymi, pozłacanymi zegarkami i zagadkowymi owocami, przypominam sobie przestrogę Chłopca na Rowerze: "Uważaj na siebie i na aparat". Więcej zdjęć już dziś nie będzie, chowam dobytek do plecaka i przyspieszam kroku. 

I gdy ostatni raz odwracam się za siebie, by ponad falującym tłumem spojrzeć w słoneczną twarz Bazyliki, przez moment mam wrażenie, że północna wieża wciąż tam jest. Przedziwne déjà vu, wspomnienie z przyszłości.



czwartek, 10 listopada 2016

Saint Quentin: Księga



"(...) nie żałuj oczu świec inkaustu przepisuj starannie 
werset za wersetem a kopiuj ściśle jakbyś odbijał w lustrze 
słowa niezrozumiale wyblakłe o trojakim znaczeniu (...)"

Z. Herbert, Książka


"L'Authentique" ss. 4 i 5. Prolog. U góry podobizna Raimbertusa.

Wspomnienie Świętego Kwintyna przypada 31 października, ale od kilku lat mieszkańcy Saint Quentin postanowili świętować miesiąc wcześniej. "W Halloween jest już za zimno, nikt do kościoła by nie przyszedł" - tłumaczy przewodnik... i to nie jest żart. Tak więc świętujemy: są budki z naleśnikami i cukrową watą, karuzele, dmuchane zjeżdżalnie, dla wytrwałych wieczorny koncert w Bazylice. Drobnym druczkiem, na samym spodzie plakatu jest też informacja o tym, że będzie można zobaczyć "L'Authentique", iluminowany manuskrypt z XII w. zamknięty na co dzień na siedem spustów w sejfie miejskiej biblioteki, zapraszamy 1 października o 16:00. Oprócz przewodnika, który jest równocześnie organistą w Bazylice, na spotkanie z Księgą przyjdą trzy osoby: leciwa mieszkanka Saint Quentin w czapce z lisa, mój starszy syn i ja.

To prawdziwy cud, że "L'Authentique" - spisana na pergaminie pasja Kwintyna dotrwała do naszych czasów. W sejfie jest od 20 lat, wcześniej była pod opieką proboszcza. Gdy wchodzimy na drugie piętro biblioteki, przewodnik opowiada, że kiedy w latach '80 pomagał przy wznoszeniu iglicy Bazyliki, któregoś dnia w przerwie obiadowej proboszcz przyniósł mu Księgę zawiniętą w gazetę. "Interesują cię takie starocie, pooglądaj sobie", a tu nawet nie było czym masła z kanapek z rąk powycierać! Z resztą Księga jest przyzwyczajona do biesiadowania, tłuste ślady palców wianuszkiem zdobią wszystkie karty. Opisy uroczystych bankietów w Saint Quentin od setek lat odnotowują jej obecność: podawano ją sobie z rąk do rąk, doczytywano niektóre fragmenty gdy pamięć zawodziła przy recytacji, a później, gdy łacina stawała się coraz mniej zrozumiała, już tylko oglądano obrazki. Księga pozwalała powrócić do historii, która tworzyła tożsamość miasta, która sprowadzała całe jego funkcjonowanie do wspólnego mianownika: zakorzenionej w wiekowej tradycji wiary. 

Nie wiadomo, kto ocalił Księgę przed rewolucyjną zawieruchą, która z upodobaniem po raz kolejny ścinała głowy wszystkim kamiennym Świętym Kwintynom. Zainteresują się nią dopiero niesieni falą romantycznego neogotyku lokalni artyści; na początku XIX wieku powstaną nieudolne kopie rysunków i inicjałów... i przepadną bez wieści dwie ostatnie iluminowane karty.

Drzwi sejfu skrzypią sopranem, słychać, że otwierane tylko raz do roku. Przewodnik ubiera białe rękawiczki i kładzie przed nami na pulpicie oprawiony w cielęcą skórę "Autentyk", z namaszczeniem przewraca karty. Księga pachnie wilgocią, sztywny pergamin szeleści jak ptasie skrzydła. 32 na 20 cm, klasyczny format in quarto, 184 strony, ale tylko pierwszych 49 opisujących mękę Kwintyna jest iluminowanych. Reszta, czyli historia odkrycia ciała przez Euzebię i zgromadzone przez wieki kazania na dzień Świętego Kwintyna, zostały potraktowane jako skromny dodatek, poskąpiono im złota i czerniejącego z upływem czasu srebra. A od chwili, gdy białe arkusze pergaminu zaczęły pokrywać się zielenią i purpurą, czasu upłynęło już sporo.

Walter Cahn, profesor z Yale specjalizujący się w romańskich miniaturach, datuje "L'Authentique" na 1100 r. Jerozolima dopiero co została zdobyta przez Krzyżowców, w angielskiej katedrze w Durham powoli splatają się łuki pierwszych żebrowych sklepień, a Abelard przybywa do Paryża, by zacząć nauczanie, kiedy w skryptorium w Saint Quentin skryba z piórkiem słonki w dłoni właśnie pochyla się nad białymi kartami pergaminu.


"L'Authentique" ss. 6 i 7. Przekazanie manuskryptu Świętemu Kwintynowi. Po prawej: wstęp do opisu pasji Kwintyna.

O artyście, który ponad 900 lat temu kreślił z czułością uśmiech Kwintyna, wiadomo bardzo niewiele. Pewne jest jedynie, że doskonale znał karolińską ornamentykę i wiedział, jak zasupłać w arabeski liście akantu i zwierzęce maski.

"Autorem tego dzieła jest niejaki Raimbertus, średniowieczny mnich, podpisał się i przedstawił sam siebie na 4 stronie z piórem i kałamarzem, w aureoli, a później także na stronie 6, gdzie przekazuje swój rękopis samemu Świętemu Kwintynowi, z największą czcią, owinięty w płótno." Słowa przewodnika wprawiają w zdumienie: który średniowieczny mnich przedstawiłby sam siebie z aureolą? W epoce, gdy nawet architekci katedr byli anonimowi, który skryba ośmieliłby się podpisać?

Więc będę szukać i znajdę: Raimbertus był najprawdopodobniej biskupem pobliskiego Noyon, który na początku X w. zgromadził wszystkie teksty stanowiące zawartość Księgi, i któremu autor "L'Authentique" pragnął złożyć hołd. Hołd pośmiertny, o czym właśnie świadczy lśniąca nad jego głową aureola. Nie ma tu miejsca na artystyczną próżność i pragnienie osobistej chwały. Księga strzeże ważniejszych tajemnic, tych zapisanych w tragicznej historii z końca III w.


"L'Authentique" s.9. Pod przewodnictwem Kwintyna dwunastu młodych Rzymian wyrusza do Galii, by dać świadectwo wierze.

Było ich dwunastu, bo jakże by mogło być inaczej w kochającym symbole średniowieczu. Młodzi chłopcy, wszyscy szlachetnego rodu, ledwo co nawróceni, wyruszają z Rzymu, by zanieść Dobrą Nowinę do Galii Belgijskiej. Przedstawmy ich z imienia, to przecież bardzo ważne: bracia Kryspin i Kryspinianin, Wiktoris, Fuscien, Gentien, Piaton, Regulus, Julian, Maksymilian, Lucjan - przyszły biskup Beauvais, Firmin, któremu budowniczy katedry w Amiens poświęcą jeden z bogato rzeźbionych portali zachodniej fasady i Kwintyn, ten z aureolą w kolorze wyblakłych łanów dojrzałej pszenicy, z dziecinną twarzą okoloną złotymi puklami. Jeszcze o czymś dyskutuje, wysłuchuje ostatnich przestróg dawanych na drogę i w odpowiedzi szeroko otwiera ramiona, jakby już wiedział, że przyjdzie mu przyjąć niełatwy dar.

Dwunastu młodych chłopców, wszyscy zginą śmiercią męczeńską, wielu z nich Kościół wyniesie do rangi Świętych. Nie oglądają się za siebie opuszczając bramy Rzymu. Ci, co zostali, jeszcze długo wpatrują się w malejące w oddali sylwetki i machają im na pożegnanie. Z troską? Z trwogą? Z zazdrością?


"L'Authentique" ss. 10 i 11. Kwintyn zostaje pojmany w Amiens.

Dotarłszy do Galii, Kwintyn postanawia zatrzymać się w Amiens. Modli się, pości, naucza i znakiem krzyża przywraca słuch głuchym i słowo oniemiałym. Jego sława niesie się echem po brukowanych ulicach miasta aż do pałacu prefekta Rykcjowara. Siedząc na srebrnym tronie pośród wypchanych gęsim puchem poduszek, Rykcjowar wciąż nie wie, jak sobie poradzić z tą sektą, której nienawidzi z całego serca. W Bazylei nakazał przecież utopić wszystkich chrześcijan, ale te zastępy wojowników bez zbroi i miecza, co słowem podbijają Cesarstwo, mnożą się bez ustanku, są już nawet w Amiens! Myśl ta wzbudza w nim paniczny lęk, każe więc pojmać Kwintyna i zakutego w kajdany zamknąć w najciemniejszym lochu.


"L'Authentique" ss. 12 i 13. Święty toczy spór z tyranem. 

Rykcjowar nigdy by się przed sobą nie przyznał, że te wszystkie dysputy, które toczył z Kwintynem, były rozpaczliwą próbą zrozumienia jego siły. Wielokrotnie wzywał go do swojego pałacu bosego, pod eskortą kata z garbatym nosem i usiłował pokonać tego z pozoru bezbronnego chłopca jego własną bronią, w walce na słowo. Kusił bogactwem, obiecywał zaszczyty, to znów ośmieszał i poniżał, próbował pochlebstw i zastraszania, by tylko zgodził się wyprzeć Ukrzyżowanego, by pokłonił się rzymskim bogom. Wszystko na próżno. Kwintyn zdawał się być pokryty niewidzialnym pancerzem, bez skazy, bez żadnej, choćby najmniejszej szczeliny, przez którą można by go ugodzić.

Z każdą kolejną rozmową Rykcjowar był coraz bardziej zafascynowany złotowłosym chłopcem, jego niewzruszoną pewnością. Coraz mocniej przeczuwał, że walki tej nigdy nie wygra, gdyż chodzi tu o coś więcej, niż tylko intelektualne zapasy i że to "coś więcej" to ta znienawidzona chrześcijańska wiara. I w końcu, gdy po raz kolejny spojrzał w spokojne oczy Kwintyna, z przerażeniem dostrzegł, że oto właśnie ta wiara zaczyna kiełkować w jego własnym sercu.

Następne strony "Autentyku" są szczegółowym opisem rozmaitych tortur, którym Rykcjowar poddał swojego więźnia. Niewyobrażalny zwyrodniały sadyzm tych procedur wprawia w osłupienie, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę zarówno fantazję, jaką wykazywali się w temacie tortur Rzymianie, jak i upodobanie średniowiecza do tego typu detali. Rykcjowarem zawładnęła ta zapalczywość, którą może obudzić jedynie człowiek uosabiający coś, czego najbardziej nienawidzi się w samym sobie, coś, czego nie potrafiąc zwalczyć w sobie, zwalcza się w innych. 


"L'Authentique" ss. 16 i 17. Biczowanie Kwintyna.

Więc rozciągnięto go jak strunę, czekając niecierpliwie na choćby jeden fałszywy dźwięk. Kat z garbatym nosem uderza biczem ze wszystkich sił, lecz gdy metalowe haczyki wbijają się w skórę, Kwintyn nawet na niego nie spogląda, dlaczego on ciągle patrzy w niebo? Do kogo się uśmiecha? Z kim rozmawia? Nienawiść występuje z brzegów, zalewa oczy, ruchy rąk wymykają się kontroli, bicze sieką na prawo i lewo, dwóch katów pada na ziemię. Na ich tunikach pojawiają się karminowe plamy, jak znamię Kaina.


"L'Authentique" ss. 18 i 19. Po raz kolejny Rykcjowar przesłuchuje Kwintyna i skazuje go na uwięzienie. Anioł kruszy łańcuchy i uwalnia świętego.

Znów go wtrącą do najgłębszych lochów, by żaden głos nie mógł go pocieszyć, by już nie patrzył w niebo, zakują w kajdany. Lecz gdy po raz kolejny pośle po niego Rykcjowar, znajdą tylko zerwane łańcuchy, jak obietnicę Tego, który kruszy więzy śmierci.

Kwintyn zaś na samym środku forum Amiens będzie głosił Zbawienie i Zmartwychwstanie. Żołnierze Rykcjowara będą go szukać, lecz gdy usłyszą Dobrą Nowinę, zrzucą zbroczone krwią szaty i nadzy staną przed Kwintynem prosząc o chrzest. Tego dnia nawróci się ponad 600 osób.


"L'Authentique" ss. 22 i 23. Nawrócony tłum przyjmuje chrzest.

Gdy w końcu straże po raz kolejny doprowadzą Kwintyna przed tron Rykcjowara, wiadomo już dokładnie, że niewiele miejsca pozostało na słowa.

"- Oto więc, Kwintynie, los, którego sobie życzysz: wolisz umrzeć, niż żyć.
- Tak, raczej umrzeć dla Jezusa Chrystusa, niż żyć na tym smutnym świecie. Ta śmierć, którą dla mnie wybrałeś, przygotowuje mnie do chwały i nie jest w stanie pozbawić mnie życia. To, co jestem winny Bogu, ten dług, który winienem Mu zwrócić, pragnę jak najprędzej zanieść w ofierze jako dobrowolny dar. Gdyż jeśli zginę z rąk twoich trwając w Wierze, nie przestanę żyć w Jezusie Chrystusie. 
Żywię tę nadzieję pełen ufności."

Autor "Autentyku" w świecie zarysowanym symbolicznie przez kilka wieżyczek i kolumn, przedstawił z niesłychanym realizmem cielesne cierpienia Kwintyna. Łamią się ramiona wykrzywiane przez katów (ten z garbatym nosem udziela się przy każdej torturze), plecy Kwintyna rozdzierane są grabiami, palą go pochodnie. 

"L'Authentique" s. 32. Prefekt nakazuje, by poddać Kwintyna próbie ognia.

Ten jednak pozostaje niewzruszony, modi się, głosi chwałę Boga, naucza strażników. Uszy Rykcjowara nie są w stanie tego wytrzymać, więc by ostatecznie zamknąć Kwintynowi usta, każe napoić go mieszanką octu, wapna i musztardy. Wszystko na próżno, on wciąż śpiewa psalmy. Wścieka się Rykcjowar, nienawiść całkiem odbiera mu zdolność logicznego myślenia i każe odprowadzić Kwintyna tam, skąd przyszedł: do Rzymu, niech tam dojdzie na własnych nogach, boso.

Kwintyn choć słaby i poraniony będzie iść niestrudzenie, ale męczą się konie, przysypiają żołnierze, gdzieś przecież trzeba przenocować. Zatrzymają się na wzgórzu z widokiem na rozlewiska błotnistej Sommy. Kiedyś było tu miasteczko Augusta Vermanduorum, dziś opuszczone wille popadają w ruinę, trawa zarasta uliczki. Ostała się jeszcze karczma... i lochy, w których zamkną Kwintyna.


"L'Authentique" s. 34. Rykcjowar nakazuje napoić więźnia mieszaniną octu, wapna i musztardy. 

Rykcjowar dobrze wie, że przecież już nie powinien rozmawiać z Kwintynem, ale coś go wciąż ku niemu ciągnie, jeszcze raz próbuje go przekonać, by oddał hołd rzymskim bogom, może nawet chciałby go przed sobą ocalić. Ale Kwintyn wciąż trwa przy swoim, niezachwiany w swej pewności, wciąż wyprostowany, jakby kręgosłup miał z żelaza.

Postój nad rzeką Sommą się przedłuża, przecież mieli do samego Rzymu jechać, a tu od tygodnia siedzą wśród bagien, żołnierze już mają dość tych wszystkich dziwactw Rykcjowara. Tym razem kazał w pobliskiej kuźni wykuć dwa olbrzymie żelazne gwoździe długie na dwa łokcie i dziesięć krótszych, na co to wszystko? Odpowiedź Rykcjowara przekroczy wszelkie granice wyobrażalności: Kwintyn chce pozostać nieugiętym? Proszę bardzo, jego plecy już nigdy się nie zegną. Pomysł wydaje się prefektowi bardzo zabawny, ale nawet kat odwraca wzrok, nikomu nie jest do śmiechu.

Właśnie tak zapamięta Kwintyna hagiograficzna ikonografia: złotowłosy chłopiec o łagodnej twarzy z palcami ociekającymi krwią, siedzący na krześle, do którego przybito go wielkimi gwoździami przeszywającymi jego ciało od ramion po pośladki.


"L'Authentique" s. 42. Kwintyn przebity gwoździami. Prefekt skazuje go na śmierć. 

Ostatnia ocalała karta "Autentyku" przedstawia ścięcie Kwintyna i jego przedśmiertną modlitwę. Zanim pod uderzeniem sczerniałego przez wieki miecza wytrysną źródła krwi, zanim anieli ze współczuciem będą gładzić umęczone ciało, zanim dusza świętego wzbije się na skrzydłach białej gołebicy prosto w dłonie Boga, Kwintyn po raz ostatni padnie na kolana i wyciągnie w górę ramiona. Z jego smukłych palców, niczym muzyka z dłoni pianisty, w stronę rozedrganego czerwono-złotego nieba sączyć się będzie modlitwa bez słów, a Dłoń Wszechmocnego będzie mu błogosławić.

Najważniejsza w tej miniaturze, a może nawet w całym "Autentyku", jest ta pozornie pusta przestrzeń rozciągająca się miedzy dłońmi Kwintyna i boskim wskazującym Palcem, tych kilka pełnych napięcia centymetrów pożółkłego pergaminu między Bogiem i Człowiekiem. W nich właśnie zawiera się cała tajemnica Księgi, tajemnica spojrzenia Kwintyna, które zwrócone jest na nas.


"L'Authentique" ss. 44 i 45. Widząc, że czeka go śmierć, Kwintym prosi Boga, by wejrzał na jego dobre uczynki i pobożność. Kwintyn zostaje ścięty, biała gołębica wylatuje z jego szyi i wzbija się w niebo. 

Tu historia się urywa, brakuje skradzionych w XIX w. dwóch ostatnich kart, a te reprodukcje, które je zastępują, wyglądają jak namalowane plakatówką na lekcji plastyki przez ucznia szkoły podstawowej. Wiadomo jedynie, że ciało Kwintyna zatopiono w Sommie, głowa z aureolą turla się po dnie, burzą się złote pukle.

Drugi akt dramatu rozgrywa się 55 lat później, a jego bohaterką jest Euzebia, niewidoma Rzymianka. Opowieść o losie Kwintyna musiała dotrzeć do jej uszu, może nawet jest jakąś jego daleką kuzynką, bo jak inaczej wytłumaczyć, że noc w noc dręczy ją koszmar o ciele młodego mężczyzny pozbawionym głowy unoszącym się w mętnej wodzie? Organizuje więc Euzebia wyprawę do dalekiej Galii Belgijskiej, znajduje mulistą rzekę, każe na nią wypłynąć łodzią i nagle wśród przybrzeżnych trzcin jej towarzysze dostrzegają złotowłosą głowę, i szyję od której ją odcięto, i rozłożone ramiona... Całe ciało jest nienaruszone. Euzebia widzi to wszystko na własne oczy, właśnie odzyskała wzrok.

Kwintyn zostanie pochowany na wzgórzu Augusta Viromanduorum, podobno woły ciągnące wóz z jego ciałem odmówiły dalszej drogi. Za sarkofag posłuży wydrążona marmurowa kolumna z jednej z opuszczonych tutejszych willi - wciąż można go podziwiać w krypcie Bazyliki. Dziś jest już pusty, rewolucja nie miała litości nawet dla umarłych. Nad sarkofagiem Euzebia każe wybudować malutką kapliczkę, do której przyjdą się modlić pierwsi pielgrzymi, później następni*... Będą prosić Kwintyna o przywrócenie im zdrowego tchnienia, odjęcie kaszlu i zadyszki, a jako, że ciało jego nie poddało się wodzie, także o uzdrowienie z otyłości, bo że to nie woda rozpycha brzuchy i biodra, odkryto dopiero znacznie później. Uzdrowieni pielgrzymi wracać będą do siebie z imieniem świętego na ustach, w całej Francji powstaną kolejne miejscowości noszące jego imię.

Dumne miasto Saint Quentin ze swoim przestronnym rynkiem, wspaniałym gotyckim ratuszem, kamieniczkami art-nouveau i niezliczonymi pomnikami ofiar wojen wszelakich, nigdy nie powstałoby na pikardyjskim wzgórzu, gdyby w III w. rzymscy żołnierze eskortujący zbuntowanego młodego chrześcijanina nie zatrzymali się tutaj na nocleg, gdyby nie rozegrała się tu tragedia męczeństwa za wiarę. Nie byłoby kapliczki Euzebii, która przez wieki rozrosła się w romański kościół, a później w świetlistą gotycką bazylikę o dwóch transeptach. Nie byłoby wielkiej wspólnoty kanoników, wśród których pierwsze kroki stawiała francuska polifonia. Nie byłoby pielgrzymów napędzających średniowieczną lokalną ekonomię, nikt nie kupowałby tu lnianych tkanin, które przyniosły miastu dobrobyt i renomę sięgającą aż do Ameryki. Saint Quentin zawdzięcza Świętemu Kwintynowi nie tylko nazwę, ale w ogóle swoje istnienie.


Sarkofag Kwintyna w krypcie Bazyliki w Saint Quentin.

Przewodnik zamyka ciężką oprawę, metalowe okucia dzwonią o pulpit. Musiał zauważyć mój smutek, bo nagle powodowany jakimś niezrozumiałym altruizmem zdejmuje białe rękawiczki i podaje mi je mówiąc: "Zostało jeszcze trochę czasu do zamknięcia biblioteki, może ma pani ochotę sobie pooglądać?"

I gdy dotknę rąbka szaty Kwintyna, załkają ze wzruszenia moje ręce, a złote pędy inicjałów rozrosną się pod skórą.

Kiedy wracamy do domu, powoli zaczyna zapadać zmierzch i ustawione na wybetonowanym brzegu rzeki Sommy karuzele migoczą przez jesienną mgłę niczym zagubione na bagnach ogniki. Kto jeszcze pamięta, że kiedyś były tu mokradła, po których niósł się tętent kopyt rzymskich straży, wśród których kluczył orszak ślepej Euzebii, przez które przedzierali się idący w rządku pielgrzymi? Kto jeszcze pamięta, że to miasto, kamień po kamieniu, cegła po cegle, całe zbudowane jest na Księdze?




* "Ach, to Euzebia kazała wybudować Bazylikę?" - wykrzyknie leciwa mieszkanka Saint-Quentin w czapce z lisa, a przewodnik będzie tym pytaniem zakłopotany jeszcze bardziej, niż moimi dociekaniami w sprawie piątej linii w zapisie gregoriańskiego Ave Verum w prezbiterium Bazyliki.

Źródła i inspiracje:
Art de l'enluminure N°4, mars/avril/mai 2003
- Christiane Riboulleau, La Basilique de Saint Quentin, Editions Lieux Dits, 2012
- https://inventaire.picardie.fr/dossier/livre-manuscrit-l-authentique-ou-livre-de-la-passion-de-saint-quentin-dit-manuscrit-du-chanoine-raimbert/17d014ce-3b4e-41d4-a8df-469c0c0f2a19


piątek, 30 września 2016

Saint Quentin: Szczygieł



Nie wspominają o nim Ewangeliści, ale średniowieczna legenda nie pozostawia wątpliwości, że tak właśnie było, że malutki "chardonneret", ptak ostów ("chardon") przysiadł na cierniowej koronie i ostrym dzióbkiem wyjmował tkwiące w umęczonej skroni kolce. Czerwona plama na głowie szczygła to Krew Chrystusa. 

Z Golgoty płochliwym lotem szczygieł przyfrunął do warsztatów XIII wiecznych francuskich rzeźbiarzy, a jego szczebiot niósł się po gotyckich katedrach całej Pikardii. Na moment zatrzymał się na deskach Piero della Francesca posłuchać anielskich chórów zwiastujących Narodzenie, odwiedził Leonarda malującego Karmiącą Madonnę, Michała AniołaRaffaella. Książę skrzydlatego ludu w czarno-białym płaszczu wyszywanym złotem, tak maleńki, lecz wabiący oko niczym najdroższy klejnot, rozgościł się na płótnach włoskich mistrzów, kwilił w melodiach Vivaldiego. Herbert Friedman, światły ornitolog policzył dokładnie: szczygieł pojawia się na 486 obrazach o tematyce religijnej, w twórczości 254 artystów. Wśród Madonn o łagodnych rysach i pucułowatych Dzieciątek bawiących się beztrosko z kilkuletnim Janem Chrzcicielem jest jak przeszywająca serce znienacka strzała niepokoju, jak zła wróżba wypowiedziana nad kołyską. Jak zapowiedź krwawej drogi na drugą stronę śmierci.

Za każdym razem, gdy w jednej z południowych kaplic bazyliki w Saint-Quentin staję przed nieziemskiej urody XIV-wieczną Notre Dame de Labon, nie przestaje mnie zadziwiać ten ptasi lot zataczający kręgi w czasie; fakt, że szczygieł, którego Dzieciątko tuli do piersi, ma już na głowie czerwone piórka.


Źródła:

http://www.chardonnerets.be/index.html

https://inventaire.picardie.fr/dossier/statue-petite-nature-vierge-a-l-enfant-dite-notre-dame-de-labon-ou-notre-dame-la-bonne/39a31e28-0cad-4e00-8f99-f8d78ca5fd8d#historique

http://www.kodon.fr/symbolique-chretienne-dans-les-campagnes/

czwartek, 1 września 2016

Tréguier: Trzy wieże


Błękit nieba na zdjęciach oszukuje, że to był ciepły, lipcowy dzień, ale prawda jest zupełnie inna, obiektyw nie potrafi uchwycić lodowatego wiatru. Ulice Tréguier szczelnie obrośnięte kramami dorocznego targu staroci, przebijam się przez tłum ludzi ze spuszczonymi głowami, którzy jak lunatycy wpatrują się niewidzącym wzrokiem w rozłożone na bruku popsute zabawki, przykurzone domowe sprzęty i stosy za małych butów. Ja spoglądam w górę, na ustawione w rządku na transepcie trzy kamienne wieże, do których wysyła mnie schowany w kieszeni glejt: 

"16 km od Paimpol, z którego (nie, żebym się tu wymądrzał) będziecie się pewnie kierować w stronę przeprawy znajduje się, co? Cathédrale Saint-Tugdual de Tréguier! Tak więc, Droga Justyno, pełnij proszę honory Pani Ambasador (mojej przyszłorocznej Wyprawy) i, uprzejmie proszę, zapowiedz Gdzie i Komu trzeba - moje tam przybycie."

Łatwo znaleźć Świętego Iwo, ma dla siebie całą kaplicę, rzeźbiony neogotycki baldachim, kwiaty, marmury, kamienne lwy i ukłony adwokatów. Trudniej ze Świętym Tugdualem, pachnąca lawendą starsza pani, co rozdaje przy wejściu na krużganki plan katedry, miesza się i gubi: tak, Tugdual jest jednym z siedmiu fundatorów Chrześcijaństwa w Bretanii, tak, był pierwszym biskupem Tréguier w VI wieku, tak, katedra jest pod jego wezwaniem... tylko nic tu już z niego - poza kultem - nie zostało: żebra w Laval, czaszka w Chartres, kilka innych kosteczek w Crépy-en-Valois i w Château-Landon... Ambasadorska misja komplikuje się, jaskrawe światło XX-wiecznych witraży zniechęca do poszukiwań innych miejscowych dyplomatów w kolejnych kaplicach i w końcu walcząc z wiatrem przez północne drzwi wychodzimy na krużganki. Trzy wieże znów spoglądają na nas czujnym okiem. Pierwsza z lewej, wznosząca się na południowym ramieniu transeptu, to iglica z 1785 r., zdobna w serca, trefle, piki i karo - znaki swojego niechlubnego pochodzenia, ufundowana przez Ludwika XVI dzięki dochodom z królewskiej loterii. Ta na skrzyżowaniu nawy głównej i transeptu to gotycka wieża Sanctus z dzwonem, na dźwięk którego zginały się niegdyś wszystkie kolana. I jeszcze ta północna, przysadzista, pamiętająca czasy romańskiej katedry z białego kamienia z Caen: wieża Hasting... czy ktoś jeszcze w ogóle wie, dlaczego tak się właśnie nazywa? Trzy wieże, a każda z nich jak karta w historii kamiennego Przymierza. 

Pora przypomnieć sobie co nas tu sprowadza, więc w końcu zdobywam się na odwagę i przekazuję Strażniczkom powierzoną mi wiadomość. W odpowiedzi wszystkie trzy zgodnie wskazują palcem w niebo, które już za moment gęstą bretońską mżawką zstąpi na nasze głowy. 


poniedziałek, 4 lipca 2016

Saint Quentin: Labirynt 2.


Siwiuteńki przewodnik dzwoni pękiem zardzewiałych kluczy, dębowe drzwi w narteksie bazyliki w Saint Quentin otwierają się tylko raz w miesiącu. Ukryte za nimi kręte schodki prowadzą na strych, na którym można obejrzeć podszewkę żebrowych sklepień i zerknąć z góry do nawy głównej przez otwory, przez które zawieszano niegdyś do dachowych belek olbrzymie żyrandole w kształcie obronnych murów o dwunastu bramach. Wyrysowany na posadzce labirynt wygląda z tej perspektywy jak odcisk linii papilarnych Palca, który oddzielił dzień od nocy, zasadził drzewo poznania dobra i zła, ulepił człowieka z gliny, a później wskazał mu bramy, przez które można przejść tylko w jedną stronę. Odcisk Palca, który naznaczył to wzgórze.

Święty Kwintyn w III w. ochrzcił pół Samarobriwy, co już niedługo miała stać się Amiens, przywracał wzrok ślepcom, słuch głuchym, a paralityków stawiał na nogi. Skończył jak wielu chrześcijan w tamtych czasach: ze ściętą głową. Pięćdziesiąt lat później Euzebię nękają dziwne sny: w rozlewiskach rzeki Sommy widzi unoszące się na wodzie ciało mężczyzny, noc w noc. Więc idzie Euzebia nad rzekę i znajduje nietknięte zwłoki Kwintyna, który trzyma w dłoniach swoją własną głowę. Pobliskie wzgórze wydaje się być doskonałym miejscem na pochówek, a że dziewczę jest z zamożnego rodu, to i kaplicę na grobie buduje. Nie wie jeszcze, że do tego wzgórza przez wieki będą ściągać tłumy pielgrzymów i że miasto, które tu wyrośnie, będzie nosić imię pogrzebanego właśnie świętego: Saint Quentin. Na miejscu kaplicy trzeba już niebawem wybudować większy kościół, później, gdy na chwilę osiedli się tu w VI w. biskup Noyon, prymitywną katedrę, a następnie romańską kolegiatę dla kapituły kanoników, którą w drugiej połowie XII w. zacznie zastępować przęsło po przęśle gotycka bazylika o dwóch transeptach. Jej budowa będzie trwać 300 lat, a i tak nigdy nie uda się jej dokończyć. Zabraknie czasu, sił i przede wszystkim funduszy na zachodnią część nawy głównej oraz na rzeźbioną fasadę z rozetą. Uda się jednak położyć labirynt, prawdopodobnie na miejscu romańskiego, z drobniutkiej mozaiki.

W Saint Quentin jestem co czwartek i za każdym razem labirynt woła mnie do siebie. Rozplątuję czarną nić kamiennych płyt, szukam Początku i Końca, zatrzymuję wzrok na kolejnych zakrętach drogi. Nigdy nie zdołam wyrazić wdzięczności za ten odcisk Palca, co go noszę w sobie. 


czwartek, 2 czerwca 2016

Mont Saint Michel: Ballada o ślepym rycerzu.


Zupełnie inaczej pamiętam to miejsce.

Zanim dotrzemy do Wzgórza, przed oczami migają nam betonowe hotele z dziwnymi wieżyczkami, plastikowe krowy i pstrokate szyldy sklepów z pamiątkami. Droga jest zupełnie nowa, tak jak i most, który prowadzi do twierdzy. Kilkuletnie herkulesowe prace odpiaszczania zatoki mające przywrócić Mont Saint Michel charakter wyspy przyniosły efekty: nie ma tu już piasku, jest szare błoto. Czekamy na zachód słońca, ale dziś sporo chmur i smagane wiatrem mury opactwa zaczerwienią się tylko przez moment, jak w błysku zapałki. Na brukowanych uliczkach i karkołomnych schodkach nie ma żywej duszy, wszystkie okna są czarne, jedynie kelnerzy w ostatniej czynnej jeszcze restauracji dzielą się napiwkiem czekając niecierpliwie, aż ociągający się klienci dopiją cydr i w końcu też sobie pójdą. Jest tu tak przerażająco pusto, że całe Wzgórze wygląda w ten wieczór niczym porzucona przez filmowców dekoracja do jakiejś amerykańskiej superprodukcji o średniowiecznej Francji. Nawet Archanioł odfrunął z klatki rusztowań na szczycie wieży. Z każdym krokiem czuję się coraz bardziej jak ten ślepy rycerz z prowansalskiej ballady, który nagle odzyskał wzrok.

A było to tak. Eloi wracał z wyprawy krzyżowej okryty chwałą męstwa, które przypłacił utratą oczu w jednej z walk z Saladynem. I nie była to ostatnia jego walka, bowiem Eloi nawet ślepy stawał w szranki z najokrutniejszymi z niewiernych u boku samego Ryszarda Lwie Serce. Zadziwiony odwagą rycerza i wzruszony jego losem jeden ze wschodnich czarowników podarował mu prezent niezwykły: rumaka mówiącego ludzkim głosem. Od tej chwili Eloi spoglądał na świat oczami wierzchowca, który galopując zwiewnie opowiadał swojemu panu o smugach srebrnego dymu nad dachami mijanych wiosek, o drżących wodach strumieni, o czułej dłoni wiatru gładzącej dojrzewające kłosy zbóż i świat opisany przez kogoś, kto potrafił dostrzec te wszystkie detale wydawał się Eloi tysiąckroć piękniejszy od tego, który niegdyś oglądał na własne oczy. Słowa rumaka malowały w jego duszy obrazy, które czyniły go szczęśliwym.

Któregoś dnia Eloi i jego zaczarowany koń dotarli do Krainy Łez, w której strach i spustoszenie siał ziejący ogniem smok. A smok jak to smok, nie tylko władzy i bogactw był żądny, ale przede wszystkim dziewczęcych serc - wyrywał je prosto z piersi i pożerał nim ostygły. I gdy tak przemierzali opustoszałe ulice kamiennego miasta, napotkali stąpający mozolnie i zawodzący wniebogłosy orszak.
- Mój panie, ministrowie, kurtyzany, straż i sam król prowadzą smokowi na pożarcie królewnę. Oczy jej zielone jak letni wiatr, usta czerwone jak pożar zórz, złote włosy spływają kaskadami na ramiona delikatne jak skrzydła łabędzia, uroda jej jaśnieje niczym słońce w lipcowe południe!
Słowa rumaka wznieciły w sercu Eloi nieujarzmiony ogień:
- Choćby ten dzień miał być moim ostatnim, ocalę królewnę!
- Smok jest potężny, panie. Przypomina zarazem węża, sępa i nietoperza. Ciało jego jest pokryte aksamitną łuską, dziób i szpony ma ptasie, a na grzbiecie wyrastają mu wielkie błoniaste skrzydła. W walce mieczem nie masz najmniejszych szans, ale możesz zwyciężyć go słowem. Zapytaj, czy lubi zagadki.
Eloi wysunął się na przód orszaku, przyłożył do ust zwinięte dłonie i krzyknął z całych sił:
- Smoku, lubisz zagadki?
- Wielceś zuchwały, człowieczku o pustych oczodołach - zaśmiał się smok, wypuszczając z dzioba kłęby dymu. - Co mi proponujesz?
- Zagadkę, której stawką będzie życie królewny - wyszeptał rumak.
- Zagadkę, której stawką będzie życie królewny - powtórzył na głos rycerz.
- Jeśli nie uda mi się odpowiedzieć, oddam ci królewnę, ale jeśli zdołam rozwiązać twoją zagadkę, dasz mi twojego konia, bo słyszę, że to zaczarowane zwierzę.
- Zgoda - szepnął rumak.
- Zgoda - powiedział Eloi z wahaniem.
- Niech się nie trwoży twoje serce, panie. Zapytaj, ile kropel wina można zmieścić w pustym kielichu.
Eloi powtórzył zagadkę pewnym głosem. Smok myślał i myślał, drapał się sępim pazurem po pokrytej zieloną łuską głowie i w końcu gdy dzień chylił się już ku zachodowi zaryzykował:
- Tysiące?
- Nie, tylko jedną! - triumfował Eloi, któremu rumak podał już prawidłową odpowiedź. - Po tej pierwszej kropli kielich nie jest już pusty!
Cały orszak wiwatował i bił brawo, a królewna rzuciła się na szyję rycerza i oznajmiła:
- Ocaliłeś mnie i od tej chwili moje życie należy do ciebie.
- Domagam się rewanżu! - zasyczał smok.
- A o co tym razem chcesz stoczyć pojedynek? - dopytywał Eloi.
- Jeśli wygram, dasz mi twojego konia. A jeśli przegram... dobrze wiesz, że jak wszystkie smoki, posiadam magiczne moce. Jeśli po raz drugi uda ci się zwyciężyć, zwrócę ci wzrok.
- Zgódź się panie! - podpowiadał rumak. - Taka okazja już się nigdy nie powtórzy! Zapytaj smoka, co takiego znika za każdym razem, gdy wymówi się jego imię.
Eloi powtórzył na głos pytanie. Smok myślał i myślał, wachlował nerwowo skrzydłami, zmierzch ustąpił miejsca bladej twarzy księżyca, księżyc jutrzence, a gdy zabłysły pierwsze promienie wschodzącego słońca smok przyznał z rezygnacją, że nie ma pojęcia co to takiego.
- Cisza! - wykrzyknął z radością Eloi... i nagle przejrzał na oczy.

Świat, który się mu ukazał, wprawił go w osłupienie. Pod zasnutym szarością niebem rozciągały się nieurodzajne pola pełne ostów, pobliskie bezlistne drzewo obsiadły złowrogie kruki. Ministrowie i kurtyzany mieli zmęczone, blade twarze o podkrążonych oczach, a król przypominał raczej stracha na wróble, niż majestatycznego monarchę. Wpatrująca się w Eloi z uwielbieniem królewna była rozczochrana, w wymiętej sukni, jej kibić wcale nie taka smukła, stopy za duże, gesty bez śladu wdzięku. Przerażony Eloi zawołał na całe gardło:
- Poczekaj, smoku, zagrajmy jeszcze raz!
- O co tym razem?
- Jeśli wygrasz, dam ci mojego konia. A jeśli przegrasz... zwrócisz mi moją ukochaną ślepotę.
- Zgoda, słucham cię.
- Co nie posiada płuc, a kona, jeśli tylko braknie mu powietrza? - podszepnął rumak, a Eloi powtórzył zagadkę głosem mocnym i twardym jak kamień. 
Smok myślał i myślał, słońce ze wschodu wzbiło się do zenitu, by później powoli opaść na zachód i gdy nadszedł wieczór, smok ogłosił, że uznaje Eloi zwycięzcą pojedynku. 
- To ogień! - oczy Eloi wypełniły się łzami i w tej samej chwili na powrót ogarnęły go ciemności. 
- Zachodnie niebo jest przecudnej urody - starym zwyczajem wyszeptał koń. Pagórki lśnią, jakby wykute z miedzi, na niebie zawisły chmury z najszlachetniejszego koralu. O jakże piękną jest Twoja narzeczona wśród tych niebiańskich skarbów! Brak mi słów, by opisać jej urok... 

W autobusie, który niemrawo zawozi nas spod opactwa na położony w głębi lądu parking, już nawet nie oglądam się wstecz na oświetlone teatralnie granitowe mury twierdzy, wolę zamknąć oczy. Kto mi opowie o Wzgórzu położonym ręką olbrzyma na linii horyzontu, oprawionym w okienne ramy zamku zdziwaczałej staruszki? O światełkach, które w tamtą sierpniową noc powolutku zapalały się w przyrośniętych do Wzgórza domkach, by zgasnąć tuż przed świtem? O spacerze po ruchomych piaskach u podnóża obronnych baszt? O mnichach śpiewających łacińskie psalmy? I jeszcze o tym skrzydlatym Rycerzu w złotej zbroi, co spogląda na ocean z iglicy opactwa, co potrafi obronić przed każdym złem? Stare wierne wspomnienia? A może Ty?

wtorek, 3 maja 2016

Laon: Kropla złota



Kiedyś były tu winnice.

Laon zwija się w kłębek, jak drzemiący w słońcu kot. Z placu przed ratuszem wąska uliczka prowadzi do bramy w miejskich murach, potem jeszcze kilka metrów w lewo i już można zbiec po stromych schodkach pomiędzy brzozy i buki. Średniowieczne domy szczelnie okrywają wygięte w łuk wzgórze i potykając się o nierówny bruk trudno się domyślić, że to szorstkie kamienne miasto tuli na podołku kawałek najprawdziwszego lasu.

Kiedyś były tu winnice.

Mnisi kolumbańscy osiedlili się w Laon w VI w., a pięćset lat później przyjęli regułę świętego Benedykta. Klasztor Świętego Wincentego pozdrawiał katedrę Notre Dame stojącą na drugim krańcu wzgórza, ponad kotliną porośniętą winoroślą, jak przyjaciel z przeciwległego brzegu zielonego jeziora. Dziś obronne mury opactwa powoli chylą się ku ziemi, z budynków mieszkalnych po pożarze w 2008 r. zostało niewiele poza fasadą, z rozebranego w XIX w. gotyckiego kościoła nie ocalało nic. A co to był za kościół! Na 90 metrów długi  i na 45 szeroki, 4 olbrzymie rozety i 135 witraży... w niczym nie ustępował samej Notre Dame! W XIX w. stacjonowała tu armia, a krużganki przekształcono w arsenał artylerii. 20 000 woluminów z klasztornej biblioteki rozpierzchło się po świecie, na miejscu klasztornych ogrodów wyrosło blokowisko. Pod soczystą wiosenną trawą do dziś rozciąga się wykuta w skale pajęczyna piwnic, w których niegdyś leżakowały tysiące brzuchatych beczek.


Kiedyś były tu winnice.

"Goutte d'or", "Kropla złota", tak nazywało się to wino, które od V do początków XX w. szumiało w koronowanych głowach północnej Europy. Dostojne bordeaux mają zaledwie trzysta lat, przy "Złotej kropli" to niemowlęta. Jak okiem sięgnąć, pięciolinie winnych szczepów nadawały rytm równinom i pagórkom, zgięci wpół robotnicy uwijali się w winnicach należących do biskupa Laon, czy do rozmaitych zakonów, nawet tych z siedzibą w odległej Flandrii, bo posiadanie poletka winorośli w Laon było kwestią prestiżu. Francuscy królowie w dniu koronacji w Reims, w stolicy Szampanii, wcale nie wznosili toastów szampanem*. Chłodząc królewskie usta złoto kielicha Świętego Remigiusza przeglądało się w kroplach wina z Laon.

Kiedyś były tu winnice.

A potem rewolucja zamknęła klasztory, uprawa pszenicy okazała się bardziej opłacalna od winorośli, kolej żelazna przywiozła tanie wino z Południa. Ostatnie poletko, zaatakowane przez filokserę, wypalono w latach '20. Dziś garstka zapaleńców próbuje posadzić na zboczach Laon kilka winnych krzewów, by odnaleźć smak "kropli złota" i burmistrz wręcza w prezencie każdej parze nowożeńców lśniącą butelkę... ale niestety podobno trunek to znacznie lepiej prezentujący się w piwniczce, niż w kieliszku.

Kiedyś były tu winnice.

Gdy w końcu staję na szczycie wzgórza, zmęczenie ostatnich kroków upaja jak wino. Notre Dame niestrudzenie wyciąga ramiona, choć z drugiego brzegu już od dawna nie ma żadnej odpowiedzi. Strome ścieżki wciąż powtarzają melodię mozolnych kroków mnichów dźwigających do klasztoru brzemienne gronami wiklinowe kosze. Wiosenne słońce budzi w ulach Kotliny Świętego Wincentego skrzydlatych robotników toczących krople złota. Nie wolno nam zapomnieć, że...

Kiedyś były tu winnice.


* Winorośl zaczęto uprawiać w Szampanii dopiero w XVI w., a procedurę podwójnej fermentacji pozwalającą otrzymać charakterystyczne bąbelki opracował mnich dom Perignon pod koniec XVII w.


11.

piątek, 11 marca 2016

Amiens: Chlodwig


Mam z Tobą spory problem, Chlodwigu. 

Musisz gdzieś tu być wśród tych wszystkich koronowanych głów na galerii katedry w Amiens, kogo jak kogo, ale Ciebie nie mogło przecież zabraknąć w tej procesji. Nie drżysz na głos anielskich trąb, nie wilgotnieją Ci dłonie ze strachu, Bóg Twojej Królowej Klotyldy nigdy Cię nie zawiódł. Patrzysz na mnie z góry... a ja ciągle nie wiem, który z królów to Ty. I nawet światły John Ruskin, który potrafi rozpoznać wszystkich kamiennych proroków Katedry i odszyfrować biblijny werset z każdego czterolistnego medalionu, nie przyszedł mi dziś z pomocą.*

Oświetlone błyskawicą historii, na krótką chwilę Amiens było Twoim miastem. Miałeś zaledwie 15 lat, gdy właśnie tutaj uchwyciłeś w dłonie wraz z ostatnim tchnieniem Twojego ojca całe królestwo Franków, lekki biały obłok o niepewnych granicach. Był V w., ludzkie życie mierzono inną miarą, nikt nie pomyślał, że byłeś na to za młody. Gibkie ciało przywodzące na myśl grę mięśni biegnącego jelenia i błękitne oczy zdradzały Twoje germańskie pochodzenie. Nauczono Cię jak lekką lancą i ciężkim toporem zawsze trafiać w cel, jak bez wahania kroczyć z dumnie zaciśniętą szczęką na spotkanie wroga, nawet gdy przeważa liczebnie i jak pozostać na zawsze niezwyciężonym, wszystko jedno: żywym czy martwym. Frank znaczy "szczery", Frank znaczy "wolny", ciągle dokądś się spieszyłeś, z kimś walczyłeś, wolałeś pościć na koniu, niż ucztować w spoczynku, jak dziecko, które boi się, że gdy będzie stało w kącie, ominie je najważniejsze.

Poszły za Tobą całe wojska w zbrojach z twardo wyprawionej skóry, w opończach z cierpliwie splatanych konopi. Podziwiali Twoje jedwabiste loki spływające jak płaszcz na plecy i ramiona, warkocze do kostek Twojej Klotyldy, to królewski przywilej, im kazałeś przycinać włosy krótko nad czołem, ciągle wierzyłeś w te pogańskie gusła.

Wygrałeś z Rzymianami pod Soisson, a Twoi żołnierze, jak wszyscy zwycięzcy wyjęci spod prawa, gwałcili, mordowali i rozkradli, co tylko się dało, nawet liturgiczne naczynia chrześcijańskich kościołów. Tu właśnie po raz pierwszy spotkałeś się z biskupem Remigiuszem, miał odwagę Cię upomnieć, byś zwrócił kościołowi zrabowany misternie zdobiony srebrny dzban. I gdy tak siedzieliście z żołnierzami dzieląc łupy nie mogłeś się doprosić o ten dzban, wybuchła kłótnia, a jeden z żołnierzy - zawsze znajdzie się taki mały krnąbrny furiat - krzycząc "Dostaniesz tylko to, co sprawiedliwie ci się należy", swoim wielkim toporem rozrąbał dzban na pół. Nigdy nie zagoiła się w Tobie rana tej zniewagi - czy nie wiedziałeś, że śmierć tego żołnierza i tak niczego nie zmieni? Mogłeś wyzwać go na pojedynek, albo po prostu skazać na ścięcie, byłoby to dla Ciebie mniej haniebne. Choć szkolne podręczniki z upodobaniem powtarzają tę historię, nie potrafię w niej znaleźć żadnego morału, żadnej lekcji dla potomnych. Odczekałeś rok i w czasie przeglądu Twoich wojsk upatrzyłeś sobie tego biedaka, wyrwałeś mu z rąk okrągłą tarczę i rzuciłeś ją na ziemię, a gdy się po nią schylił uderzeniem topora rozłupałeś mu czaszkę. Nawet nie spojrzałeś mu w oczy. "Przypomnij sobie o dzbanie ze Soisson", podobno krzyczałeś jak oszalały.

A potem była ta historia z Alemanami, chyba po raz jedyny w życiu naprawdę się wystraszyłeś, kiedy musiałeś zawalczyć o własne życie w Tolbiac. W panice wzywałeś więc tego obcego Boga, Chrystusa Twojej Królowej, a gdy wygrałeś bitwę, wywnioskowałeś, że musiał być po Twojej stronie. Co Ty o nim wiedziałeś? Opis Twojego chrztu, który przyjąłeś w Reims z rąk Remigiusza, gdy już obierze się go ze skórki legendy, pojawiającej się cudownie gołębicy i innych głosów z nieba, ukazuje Cię takim, jakim byłeś naprawdę: jak garnek mleka postawionego na zbyt silnym ogniu, co nigdy nie wiadomo, kiedy wykipi. Kiedy Remigiusz prawi kazanie o męce i śmierci Chrystusa, można odnieść wrażenie, że słyszysz tę historię po raz pierwszy, zrywasz się więc ze swojego tronu, chwytasz lancę i wygrażasz nieobecnym oprawcom Boga Klotyldy, że gdybyś tam był z Twoimi dzielnymi Frankami...

Nie oślepiło Cię Światło, nie spadłeś z konia, Twoje życie przed i po Chrzcie jest dokładnie takie samo - złośliwi wytkną Ci, że chodziło o politykę. Nic nam nie wiadomo, byś żałował jakiegokolwiek grzechu, byś postanowił zmienić swój charakter, czy też pragnął podporządkować woli Boga swoje plany. Pozostałeś tym, kim byłeś, z jeszcze większą mocą, którą czerpałeś z wiary w nadludzkie wsparcie. Twoja wdzięczność wobec tej wyzwolicielskiej Siły i duma z bycia przez nią chronionym dodały jedynie brutalności Twoim żołnierskim zwyczajom, nakarmiły Twoje polityczne apetyty całą siłą religijnego zaangażowania. Im mocniej wierzyłeś, tym mniej miałeś skrupułów. Ty też wpadłeś w pułapkę przekonania, że Twoi wrogowie są również wrogami Boga.

Nie mnie Ciebie osądzać, cóż mogę wiedzieć o wapiennych skałach znad rzeki Sommy, z których wykuto Twe ramiona, o przeprawach wpław przez mgliste rozlewiska, o zapachu krwi Wizygotów. Tak dobrze i bezpiecznie byłoby Cię zamknąć w kwadratowej iluminowanej miniaturce, w królewskiej purpurze i złocie z odrobiną błękitu, wyrysować na Twojej twarzy nabożną pokorę, spleść Twoje palce do modlitwy. Mam jednak z Tobą spory problem, Chlodwigu, Twoje nieposłuszne pukle nie mieszczą się w żadnym kadrze. 

I kiedy znów bezsilnie próbuję Cię rozpoznać wśród katedralnych królów, uparcie pojawia się ta myśl, jak błędnie wmontowana w witraż szybka, co umknęła symetrii. Że bez Ciebie nie byłoby Katedry. Ani tej, ani żadnej innej. 

* John Ruskin, La Bible d'Amiens, Payot - Rivages, 2011

środa, 3 lutego 2016

Amiens: Przypowieść o przyporach


Popatrz, są tutaj wszyscy razem, w samym środku labiryntu, to przez nich przepłynęła idea Katedry, by wcielić się w kamień w średniowiecznym Amiens. Ten po prawej z pastorałem w dłoni to biskup Evrard z Fouilloy, po pożarze romańskiego kościoła ośmielił się marzyć, by odbudować go w stylu "ostrych łuków", jak w Saint-Denis, jak w Soisson. Sam znalazł tego genialnego Mistrza, który w kilka miesięcy narysował wszystkie plany, Roberta z Luzarches, co w labiryncie stoi po jego lewej stronie. Dwaj pozostali to architekci, którzy po śmierci Roberta przejęli kierownictwo budową: Thomas i Renault z Cormont. Ojciec i syn, Dedal i Ikar.

W owym czasie Amiens liczy 15 tysięcy dusz gnieżdżących się w drewnianych dwupiętrowych domkach u stóp koronkowych murów nowej Katedry z mozołem rosnących ku niebu. Katedra będzie jak Biblia z kamienia, niech niesie Dobrą Nowinę tysiącami rzeźb tłoczących się w zachodnich portalach, barwnych niczym inicjały iluminowanej księgi. Thomas z Cormont kierował pracami od sześciu lat, udało mu się ukończyć nawę główną, zarys transeptu i chóru, gdy nagle całkiem niespodziewanie zmarł. Kandydatura jego syna Renault wydaje się oczywista, często bywał na budowie, wspinał się z ojcem na rusztowania, umie czytać architektoniczne rysunki, tylko robotnicy mruczą coś pod nosem z obawą, bo przypominają się im kłótnie, których byli świadkami, wymachiwanie planami, spory o przypory. Jest 1228 rok, Renault z Cormont wychodzi od biskupa z planami Katedry pod pachą. 

Wtedy właśnie po raz kolejny śni mu się ten sen, dobrze znany wszystkim pierworodnym: sen o spadaniu. Znów mocno ściska szorstką dłoń ojca wspinając się z trudem po zbyt wysokich dla dziecka krętych stopniach kościelnej wieży. Ojciec nie chce go wziąć na ręce, ciągnie w górę za ramię, ale mały Renault nie ma już sił, ociąga się, zaczyna marudzić. Dłoń ojca wyślizguje mu się z palców i jego sylwetka ginie w mroku, chłopiec nienawidzi go w tej chwili całym sercem, traci równowagę i zaczyna spadać. Ciało śpiącego Renault napina się gwałtownie, jego żona już wie, że za sekundę się obudzi i że tej nocy więcej nie zaśnie. Wynurzając się ze snu Renault pełen jest jeszcze lepkiego niepokoju, nie potrafi zrozumieć, dlaczego to mgliste wspomnienie trzepocze się w nim jak czarna ćma. Wstaje skoro świt i bez śniadania idzie na budowę. Dziś jest już tego pewien: ulepszy plany ojca, zmieni triforium, podniesie łuki przypór na kreślonych starannie rysunkach, niech będą lżejsze, niech ich skrzydła wzbiją się bliżej nieba. 

Renault kierował budową przez ponad 60 (sic!) lat, ale i tak nie udało mu się ukończyć ani iglicy, ani zachodnich wież. Spoglądał z trwogą na swoje strzeliste przypory, tak, zachwycały harmonią i lekkością, wszyscy podziwiali śmiałość ich linii, ale zupełnie nie spełniały swojej funkcji, zwłaszcza te od strony chóru. Drobne pęknięcia stopniowo pokrywały białe mury i niczym zmarszczki na twarzy Renault zapowiadały nadchodzącą katastrofę, nieunikniony koniec*. Było ich coraz więcej, jak wyrzutów sumienia, jak myśli o zgubionej dłoni ojca. Przeczucie, że nie starczy mu już życia, by zobaczyć Katedrę w jej ostatecznej formie stopniowo stawało się oczywistością. 


Nie wiadomo dokładnie ile miał lat, gdy kazał wmurować tę kamienną płytę w sercu labiryntu, ale musiał już być przecież, jak na średniowieczną miarę, bardzo, bardzo stary. Inskrypcja, którą nam zostawił do dziś lśni wyryta w miedzianej wstędze: "Dzieło to rozpoczęto w Roku Pańskim 1220. Błogosławionym Biskupem tej diecezji był wówczas Evrard, a królem Francji Ludwik, syn Filipa Mądrego. Tego, który był mistrzem dzieła zwano „Mistrzem Robertem” z przydomkiem „z Luzarches”. Po nim przyszedł Thomas z Cormont, a następnie jego syn Mistrz Renault, który to kazał położyć w tym miejscu niniejszą inskrypcję w Roku Pańskim 1288." Średniowieczni Mistrzowie nie mieli w zwyczaju podpisywania swoich dzieł, inskrypcja Renault dziwi i zastanawia. Może jest to gest hołdu i pokory starca pogodzonego w końcu ze swoim miejscem w łańcuchu ludzkich istnień? A może raczej desperacka próba wpisania się w samo serce Katedry, której planom się sprzeniewierzył i której tak naprawdę nigdy nie czuł się godny?

Niewiele da się dziś odczytać ze startych milionami pielgrzymich stóp marmurowych twarzy**, wybacz mi, proszę, mój ukochany Synku, niepoprawność wyobraźni. Spójrz na próżne łuki przypór, skrzydła Ikara, które wzbiły się zbyt wysoko. Twoją Katedrę też będziesz musiał zbudować sam, otrzymasz jedynie fundamenty i niewyraźnie naszkicowane plany. Pamiętaj, że prowadzące do niej drzwi zawsze okażą się niższe od twojej własnej dumy. Przekroczysz je dopiero z pochyloną głową.


* Przed katastrofą uratuje Katedrę Pierre Tarisel w 1497 r. dobudowując pod łukami przyporowymi Renault niższe przęsła. 
* * Nawet jeśli leżąca w sercu labiryntu płyta jest już tylko XIX wieczną kopią oryginału przechowywanego w Muzeum Pikardii w Amiens.

Inne labirynty:
Saint-Quentin
Kolonia Chłopca na Rowerze

Inspiracje:
Amiens Cathedral
John Ruskin, La Bible d'Amiens, Payot-Rivages, 2011

8.

czwartek, 19 listopada 2015

Laon: Tintinnabulum

Gram loquitur, Dia vera docet, Rhe verba colorat,
Mus canit, Ar numerat, Geo ponderat, Ast colit astra.*


Tintinnabulum, dzwoneczki. Posłuchaj, jak brzmi dźwięk światła rozpraszającego ciemności.

Średniowiecze wcale nie było mroczne, z całych sił pięło się do światła. Sztuk wyzwolonych, czyli umiejętności godnych wolnego człowieka, jest siedem, cała ludzka mądrość spoczywa na tych siedmiu kolumnach, Martiannus Capella w V w. był o tym święcie przekonany. Obowiązkiem wolnego człowieka jest poznanie Bożego Słowa, ale nie bezmyślnie i ślepo, lecz poprzez systematyczne kształcenie się w sztuce literackiej i naukach ścisłych. Najpierw należy więc opanować studia nad Słowem, czyli Trivium, trzy drogi dostępu do literatury: retorykę, gramatykę i dialektykę. Później przyjdzie czas na krzyżujące się ścieżki Quadrivium, nauki o Rzeczach, które można pojąć tylko dzięki czterem gałęziom matematyki: arytmetyce, geometrii, astronomii i muzyce. Nie dziw się, muzyka naprawdę jest matematyką, tą, która pozwala oswoić czas i trwanie.

Odrobina tego średniowiecznego światła dociera do nas przez kolorowe szkiełka rozety sztuk wyzwolonych z 1180 r. w północnym ramieniu transeptu katedry w Laon. Błądząc wśród martwych kamiennych domów górnego miasta trudno uwierzyć, że kiedyś Laon było stolicą państwa Karolingów, do której ściągały barwne kupieckie karawany i światłe umysły z całej Europy, że jeszcze zanim pięć wież Notre Dame wyrosło ze wzgórza, studiował tu sam Pierre Abelard. Królową wszelkich nauk jest filozofia i to ona zasiada na tronie mądrości z berłem w dłoni w centrum rozety. Jako atrybut potęgi wcale nie potrzebny jej miecz - dumnie dzierży święte księgi. Jej stopy spoczywają na ziemi, ale głowa sięga chmur, gdyż jako jedyna obcuje z Bogiem twarzą w twarz. Tłumaczy studentom, że niczym po drabinie trzeba wspinać się ku światłu po szczeblach kolejnych sztuk wyzwolonych, tylko w ten sposób można posiąść mądrość. Wokół niej zgomadziły się wszystkie zacne damy (zaczynając od góry i zgodnie z ruchem wskazówek zegara): Retoryka dźwigająca księgi z antycznymi mowami, Gramatyka nauczająca dzieci, żywo gestykulująca Dialektyka, Astronomia wparująca się w astrolabium, Arytmetyka trzymająca nomogramy, Medycyna, bliska krewna siedmiu sióstr, Geometria kreśląca cyrklem architektoniczne plany i w końcu Muzyka. Usiadła bokiem na kamiennej ławce, w prawej dłoni trzyma pałeczkę, którą uderza w coś przypominającego dzwoneczki, a lewą zdaje się kłaść dźwięki w powietrzu, plączą się przez chwilę w skrywającej włosy woalce i lekkim lotem wzbiją się w górę, jeszcze przez chwilę podąża za nimi wzrokiem, zanim rozprysną się pod sklepieniem jak mydlane bańki.

Jaki kształt miały te dźwięki? Jak brzmiała świetlista melodia wygrywana przez najwspanialszą ze sztuk wyzwolonych? Co to za instrument? Z naszymi wszechmocnymi smartfonami w dłoni mamy wrażenie, że wiemy wszystko i że nosimy w kieszeni sumę dokonań minionych pokoleń. To nie tak, zupełnie nie tak, każda rewolucja brutalnie rwie wątłe nici kulturowego dziedzictwa, obiecuje światło i porządek, a niesie jedynie chaos, by później na zgliszczach budować od zera jakiś zupełnie nowy świat. Zgubiliśmy dzwoneczki z Laon.

Może słychać jeszcze ich echo u estońskiego kompozytora Arvo Parta? Przez dwadzieścia lat miotał się między dodekafonią i serializmem, by w końcu pozwolić się unieść gregoriańskim chorałom na wyżyny mistycznych doświadczeń. W połowie lat '70 postanawił odnaleźć utraconą prostotę, powrócić do perfekcyjnych akordów, oczywistych triad, jak śpiew trzech dzwoneczków z Laon. Nazwałem moją muzykę tintinnabulacją, bo brzmi jak tintinnabulum, jak dzwoneczki - tłumaczył zdziwionym nawykłym do hałasu współczesnym. Melodia i akompaniament stają się jednym. Moja muzyka jest jak białe światło, które zawiera w sobie wszystkie kolory. Tylko pryzmat może rozdzielić kolory i sprawić, że będą widoczne. Tym pryzmatem jest dusza słuchacza. 

Tintinnabulum, średniowieczne dzwoneczki z Laon. Dźwięk światła rozpraszającego ciemności. Dźwięk nadziei.

* Gram (-atyka) mówi, Dia (-lektyka) naucza, Re (-toryka) barwi słowa, Muz (-yka) śpiewa, Ar (-ytmetyka) liczy, Geo (-metria) waży, Ast (-ronomia) zajmuje się ciałami niebieskimi.

Suzanne Martinet, La cathédrale de Laon, édition Art et Tourisme


sobota, 24 października 2015

Arles: Alyscamps


Krajobraz jak po Sądzie Ostatecznym z tympanonu gotyckiej katedry. Puste kamienne sarkofagi ustawione w nieskończoność wzdłuż drogi ku światłu, ziścił się cud zmartwychwstania ciała. Już po ostatecznym podziale na zgrzytających zębami i śpiewających psalmy. Padają na kolana drżące cienie jesionów.

W czasach, gdy śmierć była jeszcze mocno zrośnięta z życiem, nekropolie nie chowały się z zakłopotaniem za wysokimi murami. Rzymianie grzebali zmarłych wzdłuż najważniejszych traktów i niemy korowód przodków towarzyszył każdemu, kto docierał do Arles drogą Aureliusza. Rozrastały się mityczne Alyscamps, Elizejskie Pola pierwszych chrześcijan, którym obca była myśl, że będziemy zbawiani pojedynczo. Ciemne wody Rodanu niosły czułna z ciałami zmarłych, każdy z ciężarem obola na języku, by zapłacić grabarzom za pochówek tuż obok świętego Trofima czy Genesa, niewygórowana cena za nadzieję, że w sądny dzień będzie można się skryć przed bożym gniewem w świętości innych. 

Dziś nie ma tu już nikogo. Święci spoczęli w katedrze, rozkradziono rzeźbione sarkofagi, by udekorować nimi pałace i ogrody, albo poić z nich bydło. Zgasł wieczny ogień w wieży-latarni romańskiego kościoła, nie ma kto wskazać drogi zbłąkanym duszom. Co się z wami stało, siostry i bracia z Alyscamps? 

Kiedy ostatnie ziarenko piasku spadnie z hukiem na dno klepsydry, będziecie na nas czekać. Staniemy ramię w ramię u wrót doliny.