Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 kwietnia 2016

Louis Couperin


35 lat. Może jest już później, niż myślisz?

Organy w paryskim kościele świętego Gerwazego milczały przez całą niedzielną mszę, nigdy wcześniej się to nie zdarzyło, co się dzieje z organistą? Gdy znaleźli go w malutkim służbowym mieszkaniu tuż obok plebanii, nie żył już od kilku dni. Jako przyczynę śmierci oficjalnie podano chorobę, choć nie było co do tego żadnej pewności. Nikt nie znał też daty urodzin, sam mówił, że ma za sobą 35 wiosen, więc sporządzono naprędce akt zgonu: Louis Couperin, urodzony w 1626 roku, organista, stanu wolnego, bezdzietny, zmarł 29 sierpnia 1661 roku w Paryżu. Nawet data śmierci nie jest pewna w tej historii.

Prawdopodobnie pochodził z podparyskiej wioski Chaumes-en-Brie, gdzie pracował u notariusza. W rodzinie miał kilku muzykantów i to pewno od nich nauczył się grać na violi da gamba, klawesynie, czy nawet na kościelnych organach. Skąd jednak znał tajniki sztuki kompozycji i jak to możliwe, że pobrzmiewa w jego muzyce bardzo nowatorski na owe czasy włoski chromatyzm? Podobno trafił na dwór Ludwika XIV za pośrednictwem Jakuba z Chambonnières, słynnego klawesynisty. Anegdota głosi, że w dzień świętego Jakuba kilku wyrostków z Chaumes - byli wśród nich także bracia Couperin - chciało się wprosić na przyjęcie wydawane z okazji imienin muzyka w jego rodzinnym zamku w pobliskim Chambonnières, wzięli więc swoje viole i poszli grać serenady pod oknami pałacu. Jakub tak był zauroczony muzyką chłopców z Chaumes, że postanowił przedstawić jej kompozytora, Louisa, na królewskim dworze, na którym sam często grywał. Tak twierdzi Titton du Tillet, kronikarz artystycznego światka XVII i XVIII-wiecznej Francji... ale czy można mu wierzyć? Urodził się przecież 15 lat po śmierci Louisa...

Jak chłopcu ze wsi żyło się na królewskim dworze? Czym przywitał go Paryż? O tym już Titton du Tillet milczy, więc wsłuchajmy się w muzykę Louisa, w odciśnięte na pięciolinii ślady uczuć. W kopiowanych z pokolenia na pokolenie rękopisach udało się ocalić 70 stron napisanych na organy i 130 utworów na klawesyn, w większości tańce, które kiedyś składały się w suity, niestety nikt już nie wie w jakiej kolejności. Doczekały się nagrania na fortepianie dopiero w styczniu 2016 r. przez Pierra Chalmeau (do skosztowania TUTAJ i jeszcze TU.), pod palcami którego rozkwitają, jak wiosenna łąka, skrzą się trylami, jak krople rosy. Sarabandy, chaconne, pavane, gigue i preludia snują poetycką opowieść o samotności i tęsknocie, pełną intymności i czułości, brzmią jak nocna rozmowa z przyjacielem, gdy w końcu można sobie pozwolić na smutek, jak wyznanie miłości z góry skazanej na banicję, jak przekonanie, że może istnieć spełnienie w niespełnieniu.

W podręcznikach i encyklopediach Louis pozostał przede wszystkim wujem François Couperin, nazywanego "Wielkim", tym, który objawił światu dynastię Couperin - najwspanialszy z barokowych francuskich muzycznych rodów. Komponował zaledwie przez 10 lat, jego kariera na królewskim dworze dopiero zaczynała nabierać kształtów, mógł stać się dla klawesynu tym, kim Chopin był dla fortepianu... Cisza zapadła, gdy miał 35 lat.

35 lat. Suity Louisa nucą się mimowolnie na wiosennym spacerze, gdy przezroczyste płatki kwitnącej wiśni opadają bezpowrotnie. 


niedziela, 10 stycznia 2016

Lipsk: Kościół Świętego Tomasza.



Choć tegoroczny grudzień zupełnie nie zimowy, kościół Świętego Tomasza i tak przypomina lodową górę. Kłuje oczy bielą ścian, jak sople sterczą szpiczaste wieżyczki, a niepojęcie stromy dach wcina się w niebo lśniącą granią. Sklepienie tka się nad głową niczym kryształki płatków śniegu.

Trzeba było ocieplić chłód murów aksamitem kantat, draperiami fug, wymościć dźwiękami gniazdo wśród metalicznych słów i mrożących spojrzeń, więc spisywał bez wytchnienia czarnymi łzami nut brzmiące w myślach troski, namiętności, modlitwy. 27 lat w Lipsku, trzysta kantat, cztery Pasje, Magnificat D-dur, trzy oratoria*, wielka Msza h-moll, niezliczone utwory na organy, Sztuka Fugi, Wariacje Goldbergowskie. I jeszcze sześć partit na instrument klawiszowy, za które przyszłam dziś podziękować.

Telemann za nic w świecie nie chciał tej posady. Być kantorem w Lipsku to żaden prestiż, nie rozumiał, że nie o to w życiu chodzi. Żebra kościoła jak szkielet wielkiej ryby, trzeba nieść wiadomość, że jest jakieś "Poza", ta muzyka jest tego świadectwem, uchyla drzwi. Ciebie też może ocalić, otwórz uszy mieszkańcu Niniwy.

Na wmurowanej w posadzkę prezbiterium nagrobnej płycie litery nazwiska jak cztery nuty tulące się do siebie na klawiaturze w ostatniej niedokończonej fudze: BACH.


* Fallt mit Danken, fallt mit Loben - początek IV kantaty z Oratorium na Boże Narodzenie.

Padnijcie na kolana z dziękczynieniem, z uwielbieniem,
Przed tronem łaski Najwyższego!
Syn Boga 
Chce stać się
Zbawcą i Odkupicielem świata,
Syn Boga 
Zdusi gniew i furię wroga.

czwartek, 3 grudnia 2015

Pamiętniki z Martyniki. Dzień 11. Rytm życia.


Nie sposób doświadczyć tu ciszy, Martynika cała jest muzyką.

Dobrze pamiętam pierwszą noc spędzoną dwa lata temu w Trois Ilets, wpatrywanie się w wirujące skrzydło wentylatora pod sufitem i przekonanie, że nigdy nie uda mi się zasnąć. Odgłosy tropikalnej nocy to nie kołysanka, to orkiestra symfoniczna grająca fortissimo: cykanie, szelesty, tupoty i świsty, a przede wszystkim głośne piski - zrozumieliśmy później, że trzeba za nie winić malutkie żółte żabki, które, jak się okazuje wieczorem, są wszędzie. Cały ten nocny koncert jest miarowy, ma wewnętrzną strukturę, czasem tylko wzbija się w powietrze jakieś solo, jak rytmiczny kontrapunkt wygrany na djembe. 

Ocean nigdy nie jest daleko, jego spokojny oddech słychać prawie na całej wyspie. Jest niczym wielki bęben bèlè, na którym siada się okrakiem, o głosie niskim i dostojnym, tropikalne basso continuo. Nocny rzęsisty deszcz dudni po blaszanych dachach, ciężkie krople tłuką się jak ziarna flamboyant w marakasach. Stukają na wietrze łodygi bambusów, szumią srebrne włosy cukrowej trzciny. 

Na czym innym mogliby grać miejscowi, jak nie na bębnach, ti-bwa, czy marakasach? Jak inaczej wyrazić rytm życia? Galopujące serce?



6.

czwartek, 19 listopada 2015

Laon: Tintinnabulum

Gram loquitur, Dia vera docet, Rhe verba colorat,
Mus canit, Ar numerat, Geo ponderat, Ast colit astra.*


Tintinnabulum, dzwoneczki. Posłuchaj, jak brzmi dźwięk światła rozpraszającego ciemności.

Średniowiecze wcale nie było mroczne, z całych sił pięło się do światła. Sztuk wyzwolonych, czyli umiejętności godnych wolnego człowieka, jest siedem, cała ludzka mądrość spoczywa na tych siedmiu kolumnach, Martiannus Capella w V w. był o tym święcie przekonany. Obowiązkiem wolnego człowieka jest poznanie Bożego Słowa, ale nie bezmyślnie i ślepo, lecz poprzez systematyczne kształcenie się w sztuce literackiej i naukach ścisłych. Najpierw należy więc opanować studia nad Słowem, czyli Trivium, trzy drogi dostępu do literatury: retorykę, gramatykę i dialektykę. Później przyjdzie czas na krzyżujące się ścieżki Quadrivium, nauki o Rzeczach, które można pojąć tylko dzięki czterem gałęziom matematyki: arytmetyce, geometrii, astronomii i muzyce. Nie dziw się, muzyka naprawdę jest matematyką, tą, która pozwala oswoić czas i trwanie.

Odrobina tego średniowiecznego światła dociera do nas przez kolorowe szkiełka rozety sztuk wyzwolonych z 1180 r. w północnym ramieniu transeptu katedry w Laon. Błądząc wśród martwych kamiennych domów górnego miasta trudno uwierzyć, że kiedyś Laon było stolicą państwa Karolingów, do której ściągały barwne kupieckie karawany i światłe umysły z całej Europy, że jeszcze zanim pięć wież Notre Dame wyrosło ze wzgórza, studiował tu sam Pierre Abelard. Królową wszelkich nauk jest filozofia i to ona zasiada na tronie mądrości z berłem w dłoni w centrum rozety. Jako atrybut potęgi wcale nie potrzebny jej miecz - dumnie dzierży święte księgi. Jej stopy spoczywają na ziemi, ale głowa sięga chmur, gdyż jako jedyna obcuje z Bogiem twarzą w twarz. Tłumaczy studentom, że niczym po drabinie trzeba wspinać się ku światłu po szczeblach kolejnych sztuk wyzwolonych, tylko w ten sposób można posiąść mądrość. Wokół niej zgomadziły się wszystkie zacne damy (zaczynając od góry i zgodnie z ruchem wskazówek zegara): Retoryka dźwigająca księgi z antycznymi mowami, Gramatyka nauczająca dzieci, żywo gestykulująca Dialektyka, Astronomia wparująca się w astrolabium, Arytmetyka trzymająca nomogramy, Medycyna, bliska krewna siedmiu sióstr, Geometria kreśląca cyrklem architektoniczne plany i w końcu Muzyka. Usiadła bokiem na kamiennej ławce, w prawej dłoni trzyma pałeczkę, którą uderza w coś przypominającego dzwoneczki, a lewą zdaje się kłaść dźwięki w powietrzu, plączą się przez chwilę w skrywającej włosy woalce i lekkim lotem wzbiją się w górę, jeszcze przez chwilę podąża za nimi wzrokiem, zanim rozprysną się pod sklepieniem jak mydlane bańki.

Jaki kształt miały te dźwięki? Jak brzmiała świetlista melodia wygrywana przez najwspanialszą ze sztuk wyzwolonych? Co to za instrument? Z naszymi wszechmocnymi smartfonami w dłoni mamy wrażenie, że wiemy wszystko i że nosimy w kieszeni sumę dokonań minionych pokoleń. To nie tak, zupełnie nie tak, każda rewolucja brutalnie rwie wątłe nici kulturowego dziedzictwa, obiecuje światło i porządek, a niesie jedynie chaos, by później na zgliszczach budować od zera jakiś zupełnie nowy świat. Zgubiliśmy dzwoneczki z Laon.

Może słychać jeszcze ich echo u estońskiego kompozytora Arvo Parta? Przez dwadzieścia lat miotał się między dodekafonią i serializmem, by w końcu pozwolić się unieść gregoriańskim chorałom na wyżyny mistycznych doświadczeń. W połowie lat '70 postanawił odnaleźć utraconą prostotę, powrócić do perfekcyjnych akordów, oczywistych triad, jak śpiew trzech dzwoneczków z Laon. Nazwałem moją muzykę tintinnabulacją, bo brzmi jak tintinnabulum, jak dzwoneczki - tłumaczył zdziwionym nawykłym do hałasu współczesnym. Melodia i akompaniament stają się jednym. Moja muzyka jest jak białe światło, które zawiera w sobie wszystkie kolory. Tylko pryzmat może rozdzielić kolory i sprawić, że będą widoczne. Tym pryzmatem jest dusza słuchacza. 

Tintinnabulum, średniowieczne dzwoneczki z Laon. Dźwięk światła rozpraszającego ciemności. Dźwięk nadziei.

* Gram (-atyka) mówi, Dia (-lektyka) naucza, Re (-toryka) barwi słowa, Muz (-yka) śpiewa, Ar (-ytmetyka) liczy, Geo (-metria) waży, Ast (-ronomia) zajmuje się ciałami niebieskimi.

Suzanne Martinet, La cathédrale de Laon, édition Art et Tourisme


czwartek, 3 września 2015

Saint Quentin: Ave Verum


Przez dwa lata Saint Quentin było miastem-widmem. Wielka Wojna zdusiła go w stalowych szponach i w marcu 1917 r. wycisnęła zeń ostatniego mieszkańca. Gdy w końcu ucichł tępy jazgot pocisków i zimowe noce kładły się na ruinach miasta głuchym aksamitem czerni, wracali pod górę do zburzonych domów, splądrowanych fabryk, wysadzonych mostów. Jak latarnia morska ze szczytu wskazywała im drogę gotycka bazylika świętego Kwintyna: z przewróconą iglicą, dziurą w dachu, z wybitymi oknami. Ciągle biło w niej serce miasta.

Najbardziej ucierpiały drewniane stalle w prezbiterium, prawdę mówiąc nie było już co ratować. Tak więc odbijali od wapiennych murów deska po desce i nagle ukazał się im ten list z innego świata, tak bardzo potrzebne przesłanie od XV-wiecznych kanoników.

Ave verum corpus, bądź pozdrowione Prawdziwe Ciało, (...) bądź nam przedsmakiem w śmierci próbie. Dziesięcioletni Josquin des Prés wraz z Jeanem Mouton i innymi chórzystami odszyfrowuje w Saint Quentin kwadratowe nuty, kamienne bloki budujące bazylikę z dźwięków. Jeszcze przyjdzie czas na nuty okrągłe, jak krople wody w kaskadach emocji romantyków, na strojne koronki klasycyzmu, ciernie XX wieku. Na razie Josquin des Prés uczy się jak być architektem boskiego światła.

Ci, którzy przetrwali próbę śmierci, odbudują bazylikę. Będzie miała całkiem nową iglicę z lat '80, naprawioną więźbę dachu, oba transepty zostaną zręcznie połatane. I kiedy przemierzysz już cały labirynt, zdziwisz się, że kolumy aż tak bardzo odchylają się od pionu i pozwolisz zawirować rozecie z północnego ramienia transeptu, wejdź na chwilę do prezbiterium. Zapisana na pięciolinii czarną farbą wiadomość, że istnieją budowle trwalsze, niż te z kamienia, jest również dla ciebie.  


PS. Może brzmiało to tak? Z podziękowaniami dla Chłopca na Rowerze.

3.