poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Bréhat: Les vélos les plus beaux


Bréhat jest wyspą rowerów. Samochód trzeba zostawić w porcie na przylądku Arcouest, wstęp na wyspę mają jedynie cztery wozy strażackie, dwa traktory - po jednym w każdym z dwóch wyspiarskich gospodarstw - i kilka elektrycznych śmieciarek. Poza tym tylko i wyłącznie dwa kółka, wypożyczalnie rowerów są na każdym rogu. Szyld głosił: "Les vélos les plus beaux" ("Najpiękniejsze rowery"), nie mogłam się oprzeć. Był zaiste najpiękniejszy: turkusowy, z koszyczkiem i skórzanym siodełkiem. Przez cały tydzień ani razu mnie nie zawiódł. 


Przejechaliśmy razem wszystkie drogi zaznaczone na mapie, większość tych, których na mapie nie ma, wytyczyliśmy kilka nowych. Pewnego ranka, gdy odpływ odsłonił dno wschodniej zatoki, mieliśmy nawet ochotę przeprawić się na sąsiednią wysepkę, która nagle stała się półwyspem. Widocznie nie tylko nas kusiła perspektywa spojrzenia na Bréhat z zewnątrz, gdyż przed ubrudzeniem kółek w ostatniej chwili powstrzymała nas tabliczka informująca, że "Wyspa na wprost jest prywatna".  


Wyprzedzaliśmy pod górkę elektryczne rowery (których użyteczność w terenie, gdzie najdłuższy podjazd ma 300 m i nawet ja nie potrafię się zasapać, pozostaje dla mnie zagadką), przywoziliśmy na śniadanie jeszcze ciepłe rogaliki, wielokrotnie przemoczyliśmy buty pedałując wśród perlącej się rosą wysokiej trawy i raz nawet zakopaliśmy się w piasku. Po deszczu, gdy powietrze staje się przejrzyste niczym lustro, ze stromych klifów czasem udawało nam się dostrzec stały ląd i jadące po nadbrzeżnej drodze samochody. Z perspektywy dwóch kółek najwyraźniej widać wtedy wszystko to, co nieistotne, co udało się zostawić w porcie. I jak wiele jeszcze do zostawienia. 


poniedziałek, 25 lipca 2016

Wprawki z logiki: Niewidzialność


- Mamo, narysowałem smoka. Tu ma skrzydła, tu szpony, na głowie rogi. I zieje ogniem.
- A dlaczego nie ma oczu?
- Bo to jest smok niewidzialny.

niedziela, 24 lipca 2016

Bréhat: Phare de Paon


Najwcześniejszy poranny statek dociera do Bréhat z Pimpol o 8:30, a wraz z nim pierwsi turyści. Później przybędą następni, i następni, a wszyscy skierują się na północ i cel będą mieć ten sam: Phare de Paon, w wolnym tłumaczeniu: Latarnia Pawia. Uczepiona kurczowo czerwonych skał, dzielnie znosi nie tylko przewalające się nad nią w czasie sztormów fale, ale także codzienny zalew ludzkiej rzeki, co swe źródła ma w porcie, przez 4 km kreśli meandry wśród zielonych pagórków, by w końcu szerokim rozlewiskiem spłynąć na taras wokół latarni. 

Wieczorem ludzka rzeka wysycha i gdy słońce zacznie się chować za stromym dachem kapliczki Saint Michel, możesz wreszcie wyruszyć na koniec świata. Zostaw rower przy ostatnim domu, dalej ścieżka jest już zbyt wąska, zbyt kamienista. Natarczywe dobijanie się oceanu do skalistej twierdzy stłumi odgłos kroków i będziesz jedynym strażnikiem obronnych murów, i poczujesz, że zadanie to wcale Cię nie przerasta. 

Nie będzie Ci potrzebny ani pies, ani gwiazda, bo gdy już w końcu na jednym z czerwonych głazów u stóp Phare de Paon znajdziesz ten koniec świata (i to nie naiwność), z otwartymi ramionami będą tam na Ciebie czekać wszyscy ci, których nie ma. 



niedziela, 17 lipca 2016

Bréhat: Przez dziurkę od klucza


Jaka jest wyspa Bréhat, zapytasz?

Malutka - 3,5 na 1,5 km, wszędzie można dojść na piechotę, a po pierwszym dniu ma się wrażenie, że zna się już wszystkie drogi. Ale to tylko wrażenie, bo Bréhat jest olbrzymia i nigdy do końca nie pojmiesz misternej sieci ścieżek wydeptanej w porastającej klify sprężystej trawie. 

Jest to wyspa bliska, te dwa kilometry, które dzielą ją od Pimpol stateczki przepływają w niecałe 10 minut i gdy odpływ odsłoni różowe skały na plaży Guerzido, aż ma się ochotę spróbować pokonać ten dystans wpław. Równocześnie Bréhat jest tak bardzo odległa: żadnego samochodu, żadnego wi-fi, malutki sklepik o pustych półkach i ten ryneczek, na którym można kupić ostrygi i zerwane dziś rano na wyspie melony. Dzwony na kościelnej wieży najżwawiej dzwonią o 7:30 i trudno nie uśmiechnąć się na myśl, że może to z powodu otwieranej o tej porze piekarni. 

Bréhat jest zimna, lodowaty wiatr zapiera dech, niesie kropelki słonej wody, czasem porządną ulewę. Ale jest to także wyspa o prawie śródziemnomorskim klimacie, nigdy nie ma tu mrozu, a hortensje są wyższe od dorosłego człowieka i mają kwiaty większe od jego głowy. Nigdy nie rozstawaj się tu z peleryną, grubym swetrem i kostiumem kąpielowym. 

Bréhat jest osaczona przez turystów. Stałych mieszkańców liczy 300, 3000 tych, co mają tu domy letniskowe i 3500 turystów, co przypływają na Bréhat w letnie weekendy na jeden dzień. Ale nawet wtedy, gdy na drogach jest zbyt wielu pieszych, by jeździć na rowerze, jest tu co najmniej kilka końców świata, na których można zakosztować absolutnej samotności w obliczu oceanu. Jak je znaleźć? Poszukać ścieżek nie zaznaczonych na rozdawanej w porcie darmowej mapce, kierować się raczej pod górkę, z asfaltowych dróg zejść w te trawiaste, wdrapać się na skały. 

Bréhat, jak to kobieta, potrafi godzić sprzeczności: dzika i oswojona, przewidywalna i zaskakująca, chmurna i oślepiająca. Wiem, wiem, nic z tego nie zrozumiesz i gdy tak będę Ci opowiadać o Bréhat, znów urośnie we mnie poczucie bezsilności, gdyż wyspa, która wymaluje się w Twojej wyobraźni niewiele będzie mieć wspólnego z tą prawdziwą. 

Ale może zdarzy się, że zadrży mi głos, gdy powiem Ci o wietrze zagubionym w rozpalonych zachodzącym słońcem skałach, może przez chwilę będę szukać odpowiedniego słowa, by opisać zapach eukaliptusów czy błękit agapantów, może zaszklą mi się oczy na wspomnienie kamiennego krzyża otwierającego ramiona na ocean. Wtedy właśnie, poprzez to drżenie głosu, poprzez tę chwilę ciszy i wahania, poprzez otartą pospiesznie łzę będziesz mógł spojrzeć ukradkiem na prawdziwą Bréhat. Jak przez dziurkę od klucza.  

czwartek, 7 lipca 2016

Wyspa Bréhat


Bréhat jest jak malutki różowy kamyczek, jeden z wielu, które rozsypały się do oceanu na północy Bretanii. Żadnych samochodów, niewielu turystów, jedna jedyna wciśnięta między skały plaża. I to światło! 

Tak było dziewięć lat temu - na najbliższe dni zapowiadają nam iście bretońską pogodę: fale, deszcz i wiatr. Nic nie szkodzi, wiem jak sprawić, by Bréhat znów stała się moim prywatnym końcem świata. Znikam na tydzień, nie szukajcie mnie, nie pozwolę się znaleźć.  


poniedziałek, 4 lipca 2016

Saint Quentin: Labirynt 2.


Siwiuteńki przewodnik dzwoni pękiem zardzewiałych kluczy, dębowe drzwi w narteksie bazyliki w Saint Quentin otwierają się tylko raz w miesiącu. Ukryte za nimi kręte schodki prowadzą na strych, na którym można obejrzeć podszewkę żebrowych sklepień i zerknąć z góry do nawy głównej przez otwory, przez które zawieszano niegdyś do dachowych belek olbrzymie żyrandole w kształcie obronnych murów o dwunastu bramach. Wyrysowany na posadzce labirynt wygląda z tej perspektywy jak odcisk linii papilarnych Palca, który oddzielił dzień od nocy, zasadził drzewo poznania dobra i zła, ulepił człowieka z gliny, a później wskazał mu bramy, przez które można przejść tylko w jedną stronę. Odcisk Palca, który naznaczył to wzgórze.

Święty Kwintyn w III w. ochrzcił pół Samarobriwy, co już niedługo miała stać się Amiens, przywracał wzrok ślepcom, słuch głuchym, a paralityków stawiał na nogi. Skończył jak wielu chrześcijan w tamtych czasach: ze ściętą głową. Pięćdziesiąt lat później Euzebię nękają dziwne sny: w rozlewiskach rzeki Sommy widzi unoszące się na wodzie ciało mężczyzny, noc w noc. Więc idzie Euzebia nad rzekę i znajduje nietknięte zwłoki Kwintyna, który trzyma w dłoniach swoją własną głowę. Pobliskie wzgórze wydaje się być doskonałym miejscem na pochówek, a że dziewczę jest z zamożnego rodu, to i kaplicę na grobie buduje. Nie wie jeszcze, że do tego wzgórza przez wieki będą ściągać tłumy pielgrzymów i że miasto, które tu wyrośnie, będzie nosić imię pogrzebanego właśnie świętego: Saint Quentin. Na miejscu kaplicy trzeba już niebawem wybudować większy kościół, później, gdy na chwilę osiedli się tu w VI w. biskup Noyon, prymitywną katedrę, a następnie romańską kolegiatę dla kapituły kanoników, którą w drugiej połowie XII w. zacznie zastępować przęsło po przęśle gotycka bazylika o dwóch transeptach. Jej budowa będzie trwać 300 lat, a i tak nigdy nie uda się jej dokończyć. Zabraknie czasu, sił i przede wszystkim funduszy na zachodnią część nawy głównej oraz na rzeźbioną fasadę z rozetą. Uda się jednak położyć labirynt, prawdopodobnie na miejscu romańskiego, z drobniutkiej mozaiki.

W Saint Quentin jestem co czwartek i za każdym razem labirynt woła mnie do siebie. Rozplątuję czarną nić kamiennych płyt, szukam Początku i Końca, zatrzymuję wzrok na kolejnych zakrętach drogi. Nigdy nie zdołam wyrazić wdzięczności za ten odcisk Palca, co go noszę w sobie. 


środa, 22 czerwca 2016

Reims: Uśmiechnięte Anioły.


Nie wiem, który z Was wybrał mnie w to popołudnie, ani czym sobie zasłużyłam na taki przywilej. Nawet się z Wami nie przywitałam, do Katedry weszliśmy w pośpiechu, stalowe niebo wygrażało nam za plecami. Czy to Ty, Jednoskrzydły, zakasujący jedyną ocalałą dłonią przydługie szaty, jakby Twoje stopy dziwiły się jeszcze twardej ziemi, niosący najwspanialszą Nowinę? A może Ty, co uśmiechasz się z widokówek i znaczków pocztowych, twarzo propagandy Wielkiej Wojny, Ty, co towarzysząc świętemu Nikazemu z otwartą czaszką, sam w wojennej zawierusze straciłeś głowę*? A może to inny z niezliczonych skrzydlatych Posłańców, co przysiedli na murach Katedry w Reims, na chwilę wymknął się uwadze przechodniów?

Jedno wiem na pewno: gdy zgasły już wszystkie rozety i nawa zniknęła w ciemności, niczym sala koncertowa oczekująca na wejście pianisty, któryś z Was wzbił się pod iskrzące sklepienie chmur by lekkim gestem drżących piór strącić wszystko to, co zawisło między nami w powietrzu. I zabrzmiała Chaconna na blaszanym dachu Katedry, w grzmiących akordach i perlistych arpeggio, trzeba Wam to przyznać, potraficie mówić językiem bez słów. Wrastając w posadzkę jak kamienne kolumny, słuchaliśmy tego niebiańskiego koncertu w niemym zachwycie, do ostatniej kropli. 

Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, udawaliście, że w tym cudzie nie maczaliście skrzydeł, lecz nie jesteście biegli w aktorstwie. Przyłapani na gorącym uczynku zupełnie nie potraficie zachować kamiennej powagi. 


*Najsłynniejszy ze wszystkich uśmiechniętych aniołów z Reims, "l'Ange au Sourire" z północnego portalu zachodniej fasady, bardzo ucierpiał w czasie pożaru Katedry 19 września 1914. Spadająca z płonących rusztowań belka ścięła mu głowę, która rozbiła się na kilkanaście kawałków. Pozbierał je ksiądz Thinot i ukrył w podziemiach pałacu biskupiego, gdzie odnalazł je rok później architekt Max Sainsaulieu. Roztrzaskana głowa anioła stała się szeroko wykorzystanym przez francuską propagandę symbolem narodowej sztuki i dziedzictwa bestialsko niszczonych przez niemiecką armię.  Anioł, który uśmiecha się dziś do nas jest stworzoną na podstawie ocalonych fragmentów rekonstrukcją z 1926 roku . 

czwartek, 2 czerwca 2016

Mont Saint Michel: Ballada o ślepym rycerzu.


Zupełnie inaczej pamiętam to miejsce.

Zanim dotrzemy do Wzgórza, przed oczami migają nam betonowe hotele z dziwnymi wieżyczkami, plastikowe krowy i pstrokate szyldy sklepów z pamiątkami. Droga jest zupełnie nowa, tak jak i most, który prowadzi do twierdzy. Kilkuletnie herkulesowe prace odpiaszczania zatoki mające przywrócić Mont Saint Michel charakter wyspy przyniosły efekty: nie ma tu już piasku, jest szare błoto. Czekamy na zachód słońca, ale dziś sporo chmur i smagane wiatrem mury opactwa zaczerwienią się tylko przez moment, jak w błysku zapałki. Na brukowanych uliczkach i karkołomnych schodkach nie ma żywej duszy, wszystkie okna są czarne, jedynie kelnerzy w ostatniej czynnej jeszcze restauracji dzielą się napiwkiem czekając niecierpliwie, aż ociągający się klienci dopiją cydr i w końcu też sobie pójdą. Jest tu tak przerażająco pusto, że całe Wzgórze wygląda w ten wieczór niczym porzucona przez filmowców dekoracja do jakiejś amerykańskiej superprodukcji o średniowiecznej Francji. Nawet Archanioł odfrunął z klatki rusztowań na szczycie wieży. Z każdym krokiem czuję się coraz bardziej jak ten ślepy rycerz z prowansalskiej ballady, który nagle odzyskał wzrok.

A było to tak. Eloi wracał z wyprawy krzyżowej okryty chwałą męstwa, które przypłacił utratą oczu w jednej z walk z Saladynem. I nie była to ostatnia jego walka, bowiem Eloi nawet ślepy stawał w szranki z najokrutniejszymi z niewiernych u boku samego Ryszarda Lwie Serce. Zadziwiony odwagą rycerza i wzruszony jego losem jeden ze wschodnich czarowników podarował mu prezent niezwykły: rumaka mówiącego ludzkim głosem. Od tej chwili Eloi spoglądał na świat oczami wierzchowca, który galopując zwiewnie opowiadał swojemu panu o smugach srebrnego dymu nad dachami mijanych wiosek, o drżących wodach strumieni, o czułej dłoni wiatru gładzącej dojrzewające kłosy zbóż i świat opisany przez kogoś, kto potrafił dostrzec te wszystkie detale wydawał się Eloi tysiąckroć piękniejszy od tego, który niegdyś oglądał na własne oczy. Słowa rumaka malowały w jego duszy obrazy, które czyniły go szczęśliwym.

Któregoś dnia Eloi i jego zaczarowany koń dotarli do Krainy Łez, w której strach i spustoszenie siał ziejący ogniem smok. A smok jak to smok, nie tylko władzy i bogactw był żądny, ale przede wszystkim dziewczęcych serc - wyrywał je prosto z piersi i pożerał nim ostygły. I gdy tak przemierzali opustoszałe ulice kamiennego miasta, napotkali stąpający mozolnie i zawodzący wniebogłosy orszak.
- Mój panie, ministrowie, kurtyzany, straż i sam król prowadzą smokowi na pożarcie królewnę. Oczy jej zielone jak letni wiatr, usta czerwone jak pożar zórz, złote włosy spływają kaskadami na ramiona delikatne jak skrzydła łabędzia, uroda jej jaśnieje niczym słońce w lipcowe południe!
Słowa rumaka wznieciły w sercu Eloi nieujarzmiony ogień:
- Choćby ten dzień miał być moim ostatnim, ocalę królewnę!
- Smok jest potężny, panie. Przypomina zarazem węża, sępa i nietoperza. Ciało jego jest pokryte aksamitną łuską, dziób i szpony ma ptasie, a na grzbiecie wyrastają mu wielkie błoniaste skrzydła. W walce mieczem nie masz najmniejszych szans, ale możesz zwyciężyć go słowem. Zapytaj, czy lubi zagadki.
Eloi wysunął się na przód orszaku, przyłożył do ust zwinięte dłonie i krzyknął z całych sił:
- Smoku, lubisz zagadki?
- Wielceś zuchwały, człowieczku o pustych oczodołach - zaśmiał się smok, wypuszczając z dzioba kłęby dymu. - Co mi proponujesz?
- Zagadkę, której stawką będzie życie królewny - wyszeptał rumak.
- Zagadkę, której stawką będzie życie królewny - powtórzył na głos rycerz.
- Jeśli nie uda mi się odpowiedzieć, oddam ci królewnę, ale jeśli zdołam rozwiązać twoją zagadkę, dasz mi twojego konia, bo słyszę, że to zaczarowane zwierzę.
- Zgoda - szepnął rumak.
- Zgoda - powiedział Eloi z wahaniem.
- Niech się nie trwoży twoje serce, panie. Zapytaj, ile kropel wina można zmieścić w pustym kielichu.
Eloi powtórzył zagadkę pewnym głosem. Smok myślał i myślał, drapał się sępim pazurem po pokrytej zieloną łuską głowie i w końcu gdy dzień chylił się już ku zachodowi zaryzykował:
- Tysiące?
- Nie, tylko jedną! - triumfował Eloi, któremu rumak podał już prawidłową odpowiedź. - Po tej pierwszej kropli kielich nie jest już pusty!
Cały orszak wiwatował i bił brawo, a królewna rzuciła się na szyję rycerza i oznajmiła:
- Ocaliłeś mnie i od tej chwili moje życie należy do ciebie.
- Domagam się rewanżu! - zasyczał smok.
- A o co tym razem chcesz stoczyć pojedynek? - dopytywał Eloi.
- Jeśli wygram, dasz mi twojego konia. A jeśli przegram... dobrze wiesz, że jak wszystkie smoki, posiadam magiczne moce. Jeśli po raz drugi uda ci się zwyciężyć, zwrócę ci wzrok.
- Zgódź się panie! - podpowiadał rumak. - Taka okazja już się nigdy nie powtórzy! Zapytaj smoka, co takiego znika za każdym razem, gdy wymówi się jego imię.
Eloi powtórzył na głos pytanie. Smok myślał i myślał, wachlował nerwowo skrzydłami, zmierzch ustąpił miejsca bladej twarzy księżyca, księżyc jutrzence, a gdy zabłysły pierwsze promienie wschodzącego słońca smok przyznał z rezygnacją, że nie ma pojęcia co to takiego.
- Cisza! - wykrzyknął z radością Eloi... i nagle przejrzał na oczy.

Świat, który się mu ukazał, wprawił go w osłupienie. Pod zasnutym szarością niebem rozciągały się nieurodzajne pola pełne ostów, pobliskie bezlistne drzewo obsiadły złowrogie kruki. Ministrowie i kurtyzany mieli zmęczone, blade twarze o podkrążonych oczach, a król przypominał raczej stracha na wróble, niż majestatycznego monarchę. Wpatrująca się w Eloi z uwielbieniem królewna była rozczochrana, w wymiętej sukni, jej kibić wcale nie taka smukła, stopy za duże, gesty bez śladu wdzięku. Przerażony Eloi zawołał na całe gardło:
- Poczekaj, smoku, zagrajmy jeszcze raz!
- O co tym razem?
- Jeśli wygrasz, dam ci mojego konia. A jeśli przegrasz... zwrócisz mi moją ukochaną ślepotę.
- Zgoda, słucham cię.
- Co nie posiada płuc, a kona, jeśli tylko braknie mu powietrza? - podszepnął rumak, a Eloi powtórzył zagadkę głosem mocnym i twardym jak kamień. 
Smok myślał i myślał, słońce ze wschodu wzbiło się do zenitu, by później powoli opaść na zachód i gdy nadszedł wieczór, smok ogłosił, że uznaje Eloi zwycięzcą pojedynku. 
- To ogień! - oczy Eloi wypełniły się łzami i w tej samej chwili na powrót ogarnęły go ciemności. 
- Zachodnie niebo jest przecudnej urody - starym zwyczajem wyszeptał koń. Pagórki lśnią, jakby wykute z miedzi, na niebie zawisły chmury z najszlachetniejszego koralu. O jakże piękną jest Twoja narzeczona wśród tych niebiańskich skarbów! Brak mi słów, by opisać jej urok... 

W autobusie, który niemrawo zawozi nas spod opactwa na położony w głębi lądu parking, już nawet nie oglądam się wstecz na oświetlone teatralnie granitowe mury twierdzy, wolę zamknąć oczy. Kto mi opowie o Wzgórzu położonym ręką olbrzyma na linii horyzontu, oprawionym w okienne ramy zamku zdziwaczałej staruszki? O światełkach, które w tamtą sierpniową noc powolutku zapalały się w przyrośniętych do Wzgórza domkach, by zgasnąć tuż przed świtem? O spacerze po ruchomych piaskach u podnóża obronnych baszt? O mnichach śpiewających łacińskie psalmy? I jeszcze o tym skrzydlatym Rycerzu w złotej zbroi, co spogląda na ocean z iglicy opactwa, co potrafi obronić przed każdym złem? Stare wierne wspomnienia? A może Ty?

wtorek, 3 maja 2016

Laon: Kropla złota



Kiedyś były tu winnice.

Laon zwija się w kłębek, jak drzemiący w słońcu kot. Z placu przed ratuszem wąska uliczka prowadzi do bramy w miejskich murach, potem jeszcze kilka metrów w lewo i już można zbiec po stromych schodkach pomiędzy brzozy i buki. Średniowieczne domy szczelnie okrywają wygięte w łuk wzgórze i potykając się o nierówny bruk trudno się domyślić, że to szorstkie kamienne miasto tuli na podołku kawałek najprawdziwszego lasu.

Kiedyś były tu winnice.

Mnisi kolumbańscy osiedlili się w Laon w VI w., a pięćset lat później przyjęli regułę świętego Benedykta. Klasztor Świętego Wincentego pozdrawiał katedrę Notre Dame stojącą na drugim krańcu wzgórza, ponad kotliną porośniętą winoroślą, jak przyjaciel z przeciwległego brzegu zielonego jeziora. Dziś obronne mury opactwa powoli chylą się ku ziemi, z budynków mieszkalnych po pożarze w 2008 r. zostało niewiele poza fasadą, z rozebranego w XIX w. gotyckiego kościoła nie ocalało nic. A co to był za kościół! Na 90 metrów długi  i na 45 szeroki, 4 olbrzymie rozety i 135 witraży... w niczym nie ustępował samej Notre Dame! W XIX w. stacjonowała tu armia, a krużganki przekształcono w arsenał artylerii. 20 000 woluminów z klasztornej biblioteki rozpierzchło się po świecie, na miejscu klasztornych ogrodów wyrosło blokowisko. Pod soczystą wiosenną trawą do dziś rozciąga się wykuta w skale pajęczyna piwnic, w których niegdyś leżakowały tysiące brzuchatych beczek.


Kiedyś były tu winnice.

"Goutte d'or", "Kropla złota", tak nazywało się to wino, które od V do początków XX w. szumiało w koronowanych głowach północnej Europy. Dostojne bordeaux mają zaledwie trzysta lat, przy "Złotej kropli" to niemowlęta. Jak okiem sięgnąć, pięciolinie winnych szczepów nadawały rytm równinom i pagórkom, zgięci wpół robotnicy uwijali się w winnicach należących do biskupa Laon, czy do rozmaitych zakonów, nawet tych z siedzibą w odległej Flandrii, bo posiadanie poletka winorośli w Laon było kwestią prestiżu. Francuscy królowie w dniu koronacji w Reims, w stolicy Szampanii, wcale nie wznosili toastów szampanem*. Chłodząc królewskie usta złoto kielicha Świętego Remigiusza przeglądało się w kroplach wina z Laon.

Kiedyś były tu winnice.

A potem rewolucja zamknęła klasztory, uprawa pszenicy okazała się bardziej opłacalna od winorośli, kolej żelazna przywiozła tanie wino z Południa. Ostatnie poletko, zaatakowane przez filokserę, wypalono w latach '20. Dziś garstka zapaleńców próbuje posadzić na zboczach Laon kilka winnych krzewów, by odnaleźć smak "kropli złota" i burmistrz wręcza w prezencie każdej parze nowożeńców lśniącą butelkę... ale niestety podobno trunek to znacznie lepiej prezentujący się w piwniczce, niż w kieliszku.

Kiedyś były tu winnice.

Gdy w końcu staję na szczycie wzgórza, zmęczenie ostatnich kroków upaja jak wino. Notre Dame niestrudzenie wyciąga ramiona, choć z drugiego brzegu już od dawna nie ma żadnej odpowiedzi. Strome ścieżki wciąż powtarzają melodię mozolnych kroków mnichów dźwigających do klasztoru brzemienne gronami wiklinowe kosze. Wiosenne słońce budzi w ulach Kotliny Świętego Wincentego skrzydlatych robotników toczących krople złota. Nie wolno nam zapomnieć, że...

Kiedyś były tu winnice.


* Winorośl zaczęto uprawiać w Szampanii dopiero w XVI w., a procedurę podwójnej fermentacji pozwalającą otrzymać charakterystyczne bąbelki opracował mnich dom Perignon pod koniec XVII w.


11.

piątek, 29 kwietnia 2016

Martynika: Drzwi


Biały kościółek w Anses d'Arlet stoi przy samej plaży. Gdy przechodzimy obok niego, zza uchylonych drzwi mroczny chłód zachęca, by choć na chwilę się w nim zanurzyć, więc wstępujemy do środka. Bukiety egzotycznych kwiatów przysiadły na ołtarzu jak kolorowe ptaki, z drewnianego sufitu spływają kaskady kryształowych żyrandoli, czarnoskóra Madonna z czarnoskórym Dzieciątkiem na ręku wyłapuje wzrokiem zawieszone w gęstym powietrzu modlitwy. Pstrokaty anioł skinieniem głowy dziękuje za brzęk monety i gdy odwracamy się w stronę wyjścia, w ramie otwartych drzwi ukazuje się nam ta perfekcyjna perspektywa, niczym autostrada do jakiegoś innego świata: zbiegające się w nieskończoności linie pomostu, ostra krawędź horyzontu i ta postać, jak akcent, jak wykrzyknik. 

Czasem, niezwykle rzadko, może kilka razy w życiu, a może tylko raz, zdarza się, że spotyka się człowieka dokładnie takiego, jak te otwarte na ocean drzwi. Ma się wtedy jedno jedyne pragnienie: bez chwili zastanowienia pobiec do samego końca pomostu i w ubraniu wskoczyć na głęboką wodę.